Zbigniew Ciszek

Mówię o sobie: „Najlepszy rowerzysta wśród agentów i najlepszy agent wśród rowerzystów”.

Wprawdzie urodziłem się w pobliskim Raszynie, ale całe życie „nosiło” mnie po świecie. Mieszkałem w województwie siedleckim, jakiś czas w Lublinie i w Łomży, aby po latach osiąść w Pruszkowie. Czy to koniec moich wędrówek? Nie wiem. Mieszkam tu od 5 lat i muszę przyznać, że polubiłem to miasto. Czuję, że mam tu swoje miejsce. Osiedle Przy Pałacu, zbudowane na gruzach dawnego Porcelitu ma tu symboliczną wymowę. Kiedy mieszkałem jeszcze w Raszynie, Pruszków znałem wyłącznie przelotnie, kojarzyłem Aleję Armii Krajowej czy ulicę Bolesława Prusa. Zawsze zwracałem uwagę na Pałac Ślubów czy Park Potulickich. Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że w Muzeum Starożytnego Hutnictwa po latach zorganizuję wernisaż, ale oranżeria tego obiektu tak mnie urzekła, że wspólnie ze Stowarzyszeniem JA I TY z Łomży zrobiliśmy to. Piękne miejsce, niepowtarzalny klimat i stało się – był koncert młodych wykonawców z klubu Carpe Diem, akompaniament Jana Suchodoły, słowo Pani Kasi Kuklińskiej i lokalni sponsorzy, a w centrum prace Iwo Świątkowskiego. Wyszło wybornie. Podobne wernisaże zorganizowałem jeszcze w uroczej Wili Radogoszcz w Grodzisku Mazowieckim oraz w Domu Kultury w Raszynie.

Jakiś czas później Pruszków ponownie pojawił się w moim życiu. Wraz ze wspaniałą grupą Żbiki Nordic Walking trenowaliśmy po pięknym parku Potulickim czy sąsiednim Parku w Tworkach. Z kolei na 200. PARKRUN wspólnie zaliczyliśmy trasę dziesiątki. To dla mnie wspaniała przygoda. Przygoda, która szczęśliwie trwa do dzisiaj.

Jednak nordic-walking to nie jedyna moja pasja. Mój czas z równym, a może i jeszcze większym, stopniu wypełniają narty i rower, z naciskiem jednak na to drugie. Muszę się przyznać, że na punkcie roweru mam lekkiego hopla. Czasami można mnie spotkać, kiedy wspólnie z niewidomym Ryszardem Sawą jedziemy na tandemie przez Pruszków, pobliski Komorów czy Podkowę Leśną. Zrobiliśmy również parę tras do Żelazowej Woli. Raz trochę przesadziliśmy, bo wyszło nam 130 km. Z kolei dwa lata temu w warszawskim „Biegu Niepodległości” zajęliśmy 2. miejsce w tandemach. W ubiegłym roku awaria roweru niestety wykluczyła nas z rywalizacji.

Mimo sportowego zacięcia, którego mi nie brakuje, jeszcze więcej satysfakcji sprawiają mi chyba poranne jazdy rowerem, pod warunkiem, że pogoda dopisuje. Jeżdżę wtedy do Nadarzyna drogami przez Komorów, a kiedy indziej wybieram się wzdłuż WKD, mijam Otrębusy i jadę aż do Podkowy, aby wrócić przez Brwinów wzdłuż KM. To nie Podlasie, ale tereny do udanej jazdy rowerowej zawsze się znajdzie.

W swojej rowerowej przygodzie zaliczyłem również dłuższe trasy. Dwa razy wybrałem się zieloną „Siódemką” z Warszawy do Gdańska, innym razem postanowiłem pojechać z Łomży do Wilna. To były fascynujące podróże, ale bez bolesnych wypadków się nie obyło. Kiedyś taką eskapadę zakończyłem wywrotką w Giżycku, złamanym barkiem i półroczną niedyspozycją. Mimo wszystko było warto – Polska na rowerze jest piękna! Green Velo, trasa Latarni Morskich wzdłuż wybrzeża Morza Bałtyckiego, ta ze Świnoujścia do Helu czy przepiękny Velo Czorsztyn – moim zdaniem najpiękniejsza trasa w Polsce. Dla takich widoków i przeżyć warto czasem zaryzykować kontuzję. Przede mną Europa do zdobycia. Zdążyłem na Majorkę. To cudowna wyspa, istny raj dla zapalonych rowerzystów – raj z fajnymi górkami, ekscytującymi podjazdami, serpentynami i równie niesamowitymi zjazdami. Wenecja czy Toskania – królestwo winnic – z pewnością robią wrażenie.

Na dwóch kółkach zwiedziłem także Karpaty w Rumunii. Najlepsze wspomnienia mam z Wesołego Cmentarza, przepięknych monasterów oraz karkołomnych podjazdów i niemniej trudnych zjazdów. Trasom wzdłuż Dunaju też niczego nie brakuje. Przejechałem całą Austrię aż do Bratysławy, zrobiłem wówczas 440 km w 4 dni. Krajobrazy bajeczne i te majestatyczne, pięciopiętrowe statki płynące po rzece. W Czechach z kolei Morawy i tu jak w Toskanii winnice, górki, wspaniałe święto burcaka (odpowiednik bogole we Francji). Przejechałem też całą Chorwację z Zadaru do Dubrownika. Kto był w Dalmacji, zgodzi się ze mną, że takich scenerii nie ma nigdzie indziej. Dla rowerzysty to mekka. W Makarskiej Góra Switi Juri 1762 m n.p.m., cztery godzinny nieustannego podjazdu, bezlitosne 40 km, a potem godzinny zjazd z kwadransem odpoczynku na przegrzane, czerwone hamulce, aby się schłodziły. Podobnie niezapomnianą wyprawą był Camino – z Lizbony do Santiago de Compostella szlakiem Św. Jakuba. Dla mnie okazał się swoistą drogą duchową, zakończoną w Finisterze na końcu świata.

Jednak rower to nie tylko hobby. Moja pasja zainspirowała mnie to robienia rzeczy, które mają znaczenie. Stwierdziłem, że skoro i tak jeżdżę, dlaczego przy okazji nie mogę komuś pomóc? I tak stałem się częścią akcji charytatywnych. Pierwsza, w jakiej wziąłem udział, „Rowerem po szczęście” zorganizowana została na rzecz Fundacji HelpFuraha (w języku suahili furaha = szczęście), zajmującej się w Kenii dziećmi z porażeniem mózgowym, zespołem Downa i autyzmem. Cel był prosty i wcale nie tak odległy – 5.500 zł na zakup ziemi pod budowę ośrodka rehabilitacyjnego dla dzieciaków, zebraliśmy 7.700 zł. Aktualnie biorę udział w akcji „Rowerem na Równik”, w której zbierane są fundusze na budowę studni. Tym razem celem jest 55.555 zł. Kwota wysoka, ale cel szczytny. Mamy już patronat medialny Radia Białystok, patronat honorowy Wójta Gminy Raszyn, Prezydenta Miasta Pruszków, Prezydenta Miasta Łomża oraz patronat Stowarzyszenia Agentów Bezpieczna Perspektywa. Mam nadzieję, że się uda, w końcu razem można więcej.

Przebrnęliśmy przez większą część mojej opowieści i pewnie niektórzy z Was zastanawiają się: „No, dobrze, ale co on robi, kiedy nie jeździ?” Odpowiem – pracuję. I to nie w byle jakiej branży, a zawodowa ścieżka, jaką obrałem, przy okazji poprowadziła mnie do projektu „Coś z niczego”, w którym wziąłem udział na zaproszenie autora, Tomasza Słodkiego.

Jak można stworzyć coś z niczego? Otóż można!

24 lata temu mieszkając jeszcze w Łomży i pracując w firmie reklamowej, spotkałem faceta, który twierdził, że ubezpieczenia na życie na zachodzie są bardzo popularne i że w Polsce pewnie będzie to samo. Dało to mi wiele do myślenia. Coś się we mnie zmieniło. Zacząłem współpracę z jedną z przodujących firm ubezpieczeniowych na rynku. Pierwszy Prezes Marian Miziołek kierował się maksymą „uczciwość do przesady” i tym mnie kupił. Moja przygoda z ubezpieczeniami trwa do dzisiaj. Mieszkając jeszcze w Łomży, zostałem pierwszym agentem, który spełnił kryteria MDRT (Million Dolar Rund Table), czyli Stowarzyszenia najlepszych agentów ubezpieczeniowych na świecie!!! Dojście do tego zajęło mi dziesięć lat, ale codzienna ciężka praca i sportowa wytrwałość pomogły mi spełnić jedno z moich marzeń. Poleciałem na Kongres MDRT do Toronto, zobaczyłem Niagarę i wykąpałem się w jeziorze Hurong, blisko działki Prezesa. Później była złota era OFE, nagrodowy wyjazd do Chin, na Balaton czy do Austrii. Przy okazji każdego kolejnego wyjazdu upewniałem się tylko w przekonaniu, że świat jest piękny.
Konfucjusz powiedział: Wybierz pracę, która stanowi twoją pasję, a nie przepracujesz ani jednego dnia w swoim życiu. Tak staram się robić. Robię tak.

A Was serdecznie pozdrawiam i w tych niecodziennych czasach życzę wszystkim przede wszystkim zdrowia. Bo to jest dla nas najważniejsze.