Waldemar Nacewicz

Nazywam się Waldemar Nacewicz. Urodziłem się, wychowałem, obecnie mieszkam i pracuję w Pruszkowie. Z zawodu jestem ratownikiem na tutejszym basenie miejskim, a także instruktorem pływania. Prowadzę zajęcia ze szkołami oraz lekcje indywidualne zarówno z dzieciakami w różnym wieku, jak i z dorosłymi, którzy chcą nauczyć się pływać albo doskonalić swoje umiejętności pod okiem wyszkolonej osoby. Na basenie pracuję od jakichś 15 lat, wcześniej bardzo długo woziłem dzieci niepełnosprawne do szkół i przedszkoli.

Praca to jednak nie wszystko i jak większość z Was mam coś, co robię „po godzinach” i co daje mi ogrom satysfakcji, okupiony latami morderczej pracy. Moją największą, a zarazem jedyną pasją jest sport. Początkowo była to piłka nożna. Grałem na bramce w pierwszej drużynie Znicza Pruszków, która wówczas była jeszcze w A klasie. Przygoda z piłką utrzymywała się jakieś dwa lata. Potem przyszła fascynacja siłownią, która trwa nieprzerwanie do dzisiaj, czyli już przeszło 40 lat.

Zaczynałem w Warszawie w siłowni na Solcu, w młodzieżowcu, z tym że była to dla mnie raczej rozgrzewka kulturystyczna niż typowe wyciskanie. Później po trwającej dłuższy czas tułaczce po okolicznych siłowniach, trafiłem do siłowni „Goliat” mieszczącej się jeszcze wtedy w piwnicy SP nr 2. To tam poznałem człowieka, który nie tylko intensywnie ćwiczył, trenując wyciskanie na ławie, ale pokazał mi, czym tak naprawdę jest ten sport i zabrał na pierwsze zawody. Tak to się u mnie zaczęło. Połknąłem bakcyla i sam zacząłem trenować. Szło różnie, raz lepiej, innym razem miewałem gorszy moment. Przez kolejne lata ze sportowym uporem pracowałem jednak nad formą, w końcu dochodząc do rezultatów, z których dzisiaj mogę być dumny. Świadectwem tego mogą być liczne sportowe osiągnięcia, tak na arenie krajowej, jak i światowej.

Mimo że przygoda z siłownią i wyciskaniem zaczęła się cztery dekady temu, na zawody jeżdżę o jakichś dwóch. Przez wszystkie te lata parę razy zdobyłem Mistrzostwa Świata i Mistrzostwa Polski, kilkukrotnie biłem też rekord świata. Mam na koncie liczne wystąpienia w zawodach lokalnych, gdzie zdobywałem miejsca na podium, zanim jeszcze podjąłem decyzję o koncentrowaniu się na głównych turniejach, m.in. na Pucharze Świata, który odbywa się co roku w Złotoryi, a który kilka razy również udało mi się wygrać.

Zresztą, odnoszę czasem wrażenie, że Pruszków wie o wszystkich moich osiągnięciach. To wbrew pozorom nieduże miasto, wiele osób się zna albo zna kogoś, kto zna kogoś innego. Sam to odczułem, bo mieszkańcy znają mnie osobiście albo przynajmniej kojarzą, jak nie z pracy na basenie, to z siłowni właśnie. Z drugiej strony nie ma się czemu dziwić. Urodziłem się w Pruszkowie i spędziłem tu całe 58-letnie życie. Tu chodziłem to szkoły podstawowej (SP nr 1), choć dalszą edukację kontynuowałem w Ursusie w Wilhelmie Piku przy zakładach mechanicznych; tutaj się wychowałem i tutaj mieszkam do dzisiaj.

Pruszków kiedyś wyglądał jednak zupełnie inaczej i chyba właśnie do dawnego Pruszkowa czuję największy sentyment. Dobrze wspominam stawy Kapry, które kiedyś były ogólnodostępne. Chodziliśmy tam z rówieśnikami się kąpać i latem często spędzaliśmy tam naprawdę mnóstwo czasu. Obecnie stawy są ogrodzone i od wielu lat niedostępne dla mieszkańców. W ogóle Pruszków za czasów mojego dzieciństwa czy młodości był bardziej przyjazny, mniej zatłoczony i pełen zieleni. Pamiętam kina, do których się chodziło i pamiętam ślizgawkę w Parku Potulickich, gdzie zimą jeździliśmy na łyżwach. Od tamtej pory wiele się zmieniło i wielu miejsc już nie ma. Mówią, że to dobrze, że miasto się rozwija, ale mówią też, że punkt widzenia zależy od miejsca siedzenia. I pewnie jedni i drudzy mają rację.

ZDJĘCIE ZROBIONE W RAMACH WYSTAWY w CH NOWA STACJA