Tomasz Wojda

Mówię o sobie żbikowskie dziecko. Z jednej strony to tylko sformułowanie, z drugiej bardzo prawdziwe i mówiące wiele o tym, kim byłem. Żbików kocham, ale to mój najcięższy krzyż i kłody, które całe szczęście usunąłem z drogi siedem lat temu, aby móc żyć dalej.

Urodziłem się w Pruszkowie 1969 roku i kolejne 39 lat życia spędziłem właśnie na Żbikowie. Razem z rodzicami i siostrą Agnieszką mieszkaliśmy w ciasnym mieszkanku niedaleko Szpitala Kolejowego, gniotąc się w czwórkę w jednym pokoju na zaledwie dwudziestu czterech metrach kwadratowych. O swoim dzieciństwie i wczesnej młodości mogę powiedzieć chyba wszystko, ale nie to, że były beztroskie i szczęśliwe. Kiedy moi rówieśnicy snuli wielkie plany na przyszłość, ja watą łatałem dziury pod oknem i marzyłem o całkiem przyziemnych rzeczach; o ciepłym domu, swoim kącie czy własnym rowerze, którym mógłbym dojeżdżać do szkoły. O takich rarytasach mogłem jednak tylko pomarzyć. Mama pracowała w szpitalu kolejowym na kuchni i jako salowa, starając się jakoś wiązać koniec z końcem, a tata – czynny alkoholik, zmarł w wieku 51 lat. Musiałem szybciej dorosnąć i zacząć sobie jakoś radzić. Nie mogłem tylko przewidzieć, w jakim kierunku popłynę, i to dosłownie.

Wróćmy jednak do mojej opowieści i właściwej chronologii wydarzeń. Edukację rozpocząłem w SP nr 9, gdzie już w piątej klasie poznałem moją obecną kochaną żonę, Renatkę. Do zawodówki poszedłem do Chemika w Piastowie, głównie dlatego, że moja Dziewczyna poszła właśnie tam do technikum. Wybrałem wtedy mechanikę samochodową, a praktyki miałem na myjni u Pana Kazimierza Płoskiego na ul. Majowej 2 – dzisiaj po smarach i kluczach francuskich nie ma tam śladu, można za to zjeść dobre sushi.

Wtedy był rok 1987. Myłem samochody, a z napiwków miałem więcej pieniędzy, niż najstarszy mechanik Benek. Jako dziewiętnastoletni, niedowartościowany dzieciak z zazdrością patrzyłem na samochody z nartami na dachu, które koledzy szefa podstawiali po powrocie z ferii, a ja dobrze nie wiedziałem, gdzie jest Zakopane, raz może byłem z mamusią nad morzem. Dla młodego, spragnionego normalności chłopaka, który nie godził się ze swoim bytem finansowym, a raczej jego brakiem, Żbików był jak jama, wciągająca w ciemną otchłań każdego, kto pragnął szybkich pieniędzy. Zaczęły się balangi i dyskoteki, a w konsekwencji towarzystwo, o którym rodzic powiedziałby, że jest „nieodpowiednie”. Pomiędzy imprezami w dyskotece RSM JUTRZENKA a tymi w klubach WENECJA, warszawskim HIPODROMIE czy grodziskim SŁONIU, biegałem na siłownię, która mieściła się w piwnicy na blokach kolejowych obok Bunkru i dźwigałem ciężary. Tam my, dzieci żbikowskie, wykuwaliśmy swe muskuły.

Rok po skończeniu szkoły, w 1991 ja i Renatka wzięliśmy ślub w najpiękniejszym kościele Najświętszej Maryi Panny mieszczącym się w dzielnicy Żbików, gdzie wikariuszem był kiedyś ks. Jan Twardowski. Brzmienie wypowiedzianych przez niego słów, słychać do dzisiaj: „Spieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Kiedy teraz o tym myślę, dochodzę do wniosku, że to dobre przesłanie i podsumowanie wielu lat mojego życia. Każdego dnia podziwiam moją żonę – silną i wytrwałą kobietę, która wytrzymała ze mną niemalże 30 lat i przeszła przez piekło pruszkowskiej świetności lat 1996-2000. Lat, kiedy ginęli znajomi, koledzy i przyjaciele; lat nalotów policji i „kominiarzy” z Warszawy, pogrzebów i więziennych krat. Lat przesiąkniętych zapachem alkoholu i pijackich rozkminek.

Każdy przestaje kiedyś pić, ale nie każdemu udaje się to za życia! Mnie się udało.

Mogę powiedzieć, że od 7 lat jestem poukładany. Nie piję od 9 września 2013 roku, czyli odkąd trafiłem pod Bociana na Kraszewskiego. Dzisiaj jestem szczęśliwym i spełnionym człowiekiem – mężem wspaniałej żony i ojcem dwójki dorosłych i niezależnych życiowo dzieciaków. Przemierzyłem w życiu długą, niełatwą, krętą drogę, na własne życzenie przeszedłem przez osobiste piekło, z którego udało mi się wrócić – do rodziny i społeczeństwa. Wymagało to ode mnie wiele pracy, ale nie ma rzeczy niemożliwych, a wyjść można z najgorszego szamba, pod warunkiem, że się chce. Mam za sobą depresję dwubiegunową, terapię i kilka miesięcy pobytu w Tworkach. Żbików jest nadal moją wielką miłością, ale uwolniłem się od jego wpływu wiele lat temu. Czasami wracam tam, gdy mi źle. Za kościołem jest duży pomnik Jezusa Chrystusa niosącego swój krzyż. To dla mnie wyjątkowy symbol, pod wieloma względami. Tam dziękuję za spełnione marzenia i zdobyte cele, a mam za co.

Od wspomnienia Tomka z tamtych lat, zdecydowanie bardziej wolę moje dzisiejsze wcielenie, które co dzień kształtuję, aby obudzić się lepszym człowiekiem, niż byłem wczoraj. Pracuję ciężko nad uduchowieniem i zmianami w moim siedmioletnim, trzeźwym życiu, jednocześnie wspierając tych, którzy wciąż jeszcze cierpią. Staram się nieść przesłanie tym, którzy chcą przez to przejść i choćby w ostatecznym rozrachunku miało się okazać, że pomogę tylko jednej osobie, wiem, że i tak warto. Sam dwa razy w tygodniu uczęszczam na mitingi: we wtorki o 17.30 w Komorowie, w salce, którą udostępnił nam tamtejszy proboszcz oraz „Opoka” w Brwinowie. Na obydwu mitingach, jak i poza nimi pomagam, bo choć niewiele osób być może zdaje sobie z tego sprawę, to stowarzyszenia AA są samowystarczalne, co oznacza, że nie przyjmują od nikogo dotacji.

Jestem wdzięczny za wszystko, co mam. Zachwycam się każdym drobiazgiem, bo jest mój. Prowadzę ustabilizowane życie zawodowe, mam zdrowe dzieci, szczęśliwe małżeństwo, spokojne życie i trzeźwe siedem lat. Cieszy mnie, kiedy wsiadam w samochód, a świat stoi przede mną otworem. Często jeżdżę na działkę – tak po prostu. Zaprojektowaliśmy tam z żoną nasz RAJ od początku do końca, 4 miesiące ciężkich prac i zmian, ale jest jak w bajce. Praca w ogrodzie, zieleń i śpiew ptaków stały się moim kolejnym hobby. To moja wielka radość, tu się spełniam, ładuję akumulatory i doznaję spokoju duszy. Kolejna moja radość, to 4-miesięczny stafik, Ryszard.

Z psiakiem wiąże się kolejna ważna dla mnie historia. Miałem kiedyś suczkę Herę, owczarka długowłosego. Zmarła 2 lata temu, miała wtedy 13 lat. Była wszystkim, czego nie otrzymałem od ludzi. Spędzaliśmy ze sobą całe dnie. Jeździła z nami wszędzie, nad morze, na Mazury. Byłem z nią nawet kiedyś w Pałacu Kultury, ale ochroniarz nie wpuścił nas do windy, bilety z tamtej wyprawy mam do dzisiaj. Traktowałem ją jak najlepszego przyjaciela, stała się najwierniejszym z nich, a w roku, w którym podupadła na zdrowiu chciałem jej pokazać Warszawę z lotu ptaka. Nasza więź była niezwykła, momentami niewiarygodna dla mnie samego. Myślę, że tęsknota za tym niesamowitym stworzeniem nigdy nie zgaśnie, a pamięci nigdy nie przykryje kurz. Godziłem się z jej odejściem dwa lata, tyle trwało, nim zdecydowałem się kupić psa. Padło na stafika, Ryszarda. Pokochaliśmy go wszyscy, cała rodzina. I mam nadzieję, że długo z nami zostanie. Będzie ze mną, gdy się śmieję, złoszczę i nucę rytmy muzyki lat 90., którą tak lubię wspominać. Wychowam Ryszarda na przyjaciela, wiernego druha. Już zauważyłem, że ma dar rozładowywania emocji. Jego spojrzenie mnie powala.

Najważniejsze w życiu dla mnie, to kochać i czuć się kochanym.