Tomasz Bartłomiejczuk

Jestem 43-letnim Warszawiakiem, z Pruszkowem związanym od 9 lat za sprawą rodowitej Pruszkowianki. Aktualnie mieszkam w Granicy, ale moja działalność, w tym praca zawodowa, skupiają się głównie w Pruszkowie. Z wykształcenia jestem historykiem, który niestety nie przepracował w zawodzie ani jednego dnia. Na studiach trochę niespodziewanie trafiłem do branży finansowej i związałem się z nią zawodowo na kilkanaście lat. Dzięki pracy w największych korporacjach poznałem wielu znakomitych i inspirujących ludzi, przydatną wiedzę i kompetencje biznesowe, które wykorzystuję w prowadzeniu firmy.

Przez cały ten czas nie opuszczała mnie jednak myśl o stworzeniu unikatowego miejsca zrzeszającego hobbystów. Pomiędzy kolejnymi umowami, spotkaniami i wykresami, migotał plan otwarcia sklepu z grami. Idea narastała z roku na rok, do tego stopnia, że każdy wyjazd za granicę organizowałem tak, by zwiedzając, trafić do sklepu z grami. Z każdej takiej wizyty czerpałem mnóstwo inspiracji i tak właśnie zrodził się pomysł połączenia hobby z pracą. Pomysł, który nabrał realnych kształtów w 2013 roku i działa do dziś pod szyldem „Galaktyka Gier”.

A jak to się zaczęło? Grami interesowałem się od zawsze. Bardzo dobrze pamiętam z dzieciństwa chwile, gdy wspólnie z rodzicami zasiadaliśmy przy stole i graliśmy w chińczyka, domino czy nieśmiertelne bierki. Był to początek lat 80. Nie było takich zabawek, jak teraz; stare telewizory emitowały dwa, szaro-bure kanały telewizyjne, na których niekiedy jedynym przebłyskiem koloru stawały się bajki o Reksiu, Rumcajsie albo Bolku i Lolku. Trzeba było znaleźć receptę na zabicie nudy i w miarę możliwości na kreatywne spędzanie czasu. Rodzice okazali się nieocenionym źródłem pomysłów w tym zakresie. Sami chętnie urozmaicali popołudnia, spędzane z rodziną czy znajomymi, chociażby partyjką „Tysiąca”. Gry towarzyskie były więc obecne w domu od niepamiętnych czasów. Nic dziwnego, że mając taki wzorzec, połknąłem bakcyla.

Kiedy byłem nieco starszy, przyszła pora na warcaby i szachy. W szczególności to królewska gra mocno mnie wciągnęła i to na ładnych kilka lat. Ponieważ, już jako 7-latek wykazywałem duży talent taktyczny i ogrywałem wszystkich, poczynając od rówieśników, a kończąc na wujkach i kolegach Taty, ktoś doradził rodzicom, żeby zaprowadzili mnie do klubu szachowego. Stałem się dumnym posiadaczem Licencji zawodniczej klubu HKS Hutnik Warszawa. Jednak szachy to nie jedyna dziedzina, jaka wówczas do reszty pochłaniała mój wolny czas. Równolegle pasjonowałem się historią, a także sklejałem i malowałem modele redukcyjne samolotów.

Pod koniec lat 80. zaczęły się pojawiać pierwsze gry planszowe, wzorowane na grach zachodnich. W głównej mierze to gry strategiczne niezwykle mnie wciągnęły. Spędzaliśmy wtedy z kolegami długie wieczory podczas walk w Ardenach, na Krecie czy pod Wiedniem. Jednocześnie to był moment, kiedy polubiłem klasyczne gry karciane (którymi również zafascynowali mnie rodzice), w tym brydż sportowy w czasach licealnych. Z kolei w połowie lat 90. oczarowały mnie narracyjne gry fabularne (ang. Role Playing Games). Później przyszedł czas figurkowych gier bitewnych, z wraz z nimi organizacja turniejów i konwentów. Zresztą w organizację różnego rodzaju wydarzeń, włączałem się od zawsze, bez względu na to, którego mojego hobby to dotyczyło. Jeździłem też w rajdach samochodowych i grałem w paintball sportowy.

Od ponad 5 lat działam społecznie w stowarzyszeniu „Forum Pruszków”, od 3 lat, jako wiceprezes zarządu. Zajmuję się organizacją wydarzeń związanych z grami planszowymi dla dzieci i dorosłych. Nie da się ukryć, że poprzez pracę zawodową oraz działalność społeczną, zacząłem naprawdę identyfikować się z Pruszkowem. Przez ostatnie lata poznałem lokalnych aktywistów i pasjonatów, w pewnym momencie zdając sobie sprawę, że jestem jednym z nich.

Zapytany o ulubione miejsca w Pruszkowie, bez wahania odpowiem, że prym w moim osobistym rankingu wiedzie Ostoja, która jest według mnie najładniejszą i najbardziej okazałą dzielnicą miasta. Latem chętnie zaglądam też do „Starej Cukierni” w Komorowie. Lokal ujął mnie praktycznym ogródkiem, smacznymi i pomysłowymi daniami oraz obsługą dbającą o to, by w upalne dni zawsze znalazła się miska z wodą nie tylko dla naszego pieseła. Na mapie z ulubionymi punktami znalazła się również kawiarnia „Zapach Szczęścia” ze swoimi słodkościami, a także restauracja „Fabrizio” za bezsprzecznie najlepszą włoską pizzę w mieście.