Sandra Dalkowska

Cześć! Nazywam się Sandra i urodziłam się w Pruszkowie. Tu też spędziłam dwadzieścia lat swojego życia, przez kolejne cztery wpadając tylko na chwilę, aby przepakować walizkę.
Kiedy koleżanki z Pruszkowa wywoziły słoiki, ja kitrałam polskie przysmaki w bagażu, który nadany był na drugi koniec świata.

Jak do tego doszło? Przydługie nogi, ośli upór i dużo szczęścia. Na krańce świata zaprowadził mnie modeling. Przez modeling przywędrowało do mnie też zaproszenie do PRUSZKOWIAKA, więc opowiem o sesjach na polach parzniewskich i wybiegach nieco większego kalibru.

W Pruszkowie spędziłam całe swoje dzieciństwo – od przedszkola przy Obrońców Pokoju do liceum im. Tomasza Zana. Nie mieliśmy wtedy kina, centrum handlowego, brakowało atrakcji dla młodzieży, ale umieliśmy zorganizować sobie czas.

W podstawówce spędzałam całe dnie w parku „Sokoła”, do którego zawsze wlokłam ze sobą mojego jamnika. Tu poznawałam inne dzieci, zdzierałam kolana, ucząc się jeździć w za dużych rolkach i wspinałam się na drzewa. W okresie gimnazjalnym z koleżankami robiłyśmy „sesje zdjęciowe” na pruszkowskich osiedlach, czy polach parzniewskich, a czasy liceum kojarzę z imprezami na Zniczu, które organizowaliśmy sobie sami – nikomu nie chciało się po nocach wracać z Warszawy.

Fajnie wspominam dzieciństwo i czasy, gdy na każdym osiedlu byli jacyś znajomi, a z przyjaciółmi z przedszkola dzieliło się klasę na kolejnych szczeblach edukacji. Bardziej doceniam to chyba dziś — gdy z małych ulic, gdzie wszystkim po drodze mówi się „dzień dobry”, trafiłam do anonimowych miejskich dżungli, w których nawet sąsiedzi to nieznajomi.

Mimo dobrych wspomnień, w Pruszkowie zawsze było mi za ciasno i wiedziałam, że moje miejsce jest gdzie indziej. Od pierwszych kolonii za granicą w gimnazjum marzyły mi się dalekie podróże. Początkowo traktowałam swoje marzenia dość przyziemnie – kłócąc się z mamą o to, aby pozwoliła mi przynajmniej na chwilę opuścić granicę Pruszkowa i ze znajomymi jeździć do Janek, czy Warszawy.

Moja przygoda z modelingiem zaczęła się, gdy kończyłam gimnazjum. Jedna z „parzniewskich” sesji ( 😉) zwróciła uwagę scoutera, który zaprosił mnie na casting, obiecując gruszki na wierzbie – okładki magazynów, wyprawę do Nowego Jorku, karierę życia… Agencje werbując nowe modelki zawsze karmią je marzeniami i snują historie o tym, jakie sukcesy mogą odnieść. Nawet jeżeli obietnice dalece odbiegają od rzeczywistości, nie trudno im ulec. Ja słysząc hasło „Nowy Jork”, byłam gotowa lecieć nawet kolejnego dnia.

Pomysłu nie kupiła jednak moja mama, bo agencja miała siedzibę na drugim końcu Polski i nie było opcji, abyśmy tam jechali. Ja jednak uparłam się, że chcę spróbować i sama zaczęłam wysyłać zgłoszenia do warszawskich agencji – wszystkie odpowiadały z entuzjazmem, ale po kilkunastu castingach telefon milczał. To było spore rozczarowanie, w końcu tyle mi naobiecywano. Gdy już prawie zwątpiłam, udało mi się podpisać umowę i w pierwszej klasie liceum wyleciałam na trzymiesięczny kontrakt do Mediolanu. Dużym wsparciem w szkole była wtedy moja wychowawczyni, p. Frączkowska, której bardzo dziękuję.

Miałam 16 lat i spędziłam trzy miesiące za granicą – branża modowa to dziwne środowisko, trzeba mieć głowę na karku i uważać na siebie. Niestety w biznesie pracuje mnóstwo dzieci. Na kontraktach w Azji spotykałam 14-latki, które pierwszy raz opuściły dom, aby na kilka miesięcy zamieszkać w Tajlandii, Indonezji, czy Korei. Oczywiście bez rodziców. Z perspektywy czasu myślę, że radziłam sobie bardzo dobrze, nie wpadłam w żadne tarapaty, ale zdrowie i stres związany ze szkołą sprawiły, że zrezygnowałam z modelingu. Zamiast okładki Vogue i podróży do Stanów, skończyło się na gazetce Złotych Tarasów, ale Mediolan był wspaniałą przygodą. Bez większych sukcesów.

Nie planowałam powrotu do modelingu – niby nie chciałam, ale tak naprawdę bałam się, że nic z tego nie wyjdzie. Dopiero gdy miałam dwadzieścia lat, fotograf z Pruszkowa zaprosił mnie na koleżeńskie foty – uznałam, że czemu nie.

Historia się powtórzyła: Ktoś zobaczył zdjęcia, zaprosił mnie na casting. Zdecydowałam się spróbować – najwyżej mnie odrzucą. Tydzień później byłam w Paryżu. Dla mnie to już był kosmos. Jednak prawdziwa przygoda zaczęła się miesiąc później, gdy dostałam propozycje wylotu na nowojorski fashion week. To ten Nowy Jork chodził za mną od dzieciństwa — Nowy Jork obiecano mi, gdy miałam 15 lat i ja sobie obiecałam Nowy Jork dużo wcześniej.

Decyzja o wylocie nie była prosta. Kończyłam trzeci semestr studiów, a wyjazd łączył się z długą nieobecnością – spełnienie największego marzenia z dzieciństwa oznaczało skreślenie z listy studentów. Choć studia nie przynosiły mi satysfakcji, bardzo ciężko na nie pracowałam.

Chyba nigdzie nie poleciałabym, gdyby nie moja mama – która w idealnym momencie dała mi „kopniaka” i przypomniała, że taka szansa może się nigdy nie powtórzyć, a marzenia trzeba spełniać. Dzięki, mamo. Jestem Ci za to ogromnie wdzięczna, bo być może gdybyś bieg po dyplom uznała za większą wartość niż moje sny, zostałabym w Polsce.

Odważna, trochę szalona decyzja o rezygnacji ze studiów i zejście z utartej ścieżki, aby podróżować, była do tej pory najważniejszą w moim życiu. Cieszę się, że podjęłam ryzyko — niektóre szanse pojawiają się tylko na chwilę. Albo je wykorzystamy, albo po ptakach. Wiem, że dużo osób ma marzenia podobne do moich. Chociaż droga realizacji może się różnić, podejmujcie ryzyko, jeżeli macie szansę realizować swoje sny. W „najgorszym wypadku” wcale nie jest aż tak źle.

Modeling nigdy nie był celem, a środkiem do spełnienia prawdziwego marzenia – podróżowania. Mój American Dream nie był do końca bajeczny, ale pozwolił mi dotrzeć do miejsc, o których nawet nie śniłam. Przez cztery lata pracowałam w stolicach Europy, w USA, ale też w egzotycznej Tajlandii, Malezji, Indonezji, czy Chinach.

W okresie licealnym modeling pomógł też uporać mi się z kompleksami — całe dzieciństwo słuchałam uszczypliwych uwag na temat swojego wyglądu – nagle ktoś uznał cechy, z których inni szydzili za atut.

Nie jest to jednak praca marzeń, a za każdym małym sukcesem kryje się mnóstwo wyzwań i rozczarowań, które ciężko jest znieść – szczególnie gdy ma się kilkanaście lat. Pewne kompleksy mogą zostać wyleczone, ale w ich miejsce pojawia się kilkanaście nowych, ponieważ młode dziewczynki nieustannie są porównywane do koleżanek z branży. Agencje wywierają ogromną presję, a kruche poczucie własnej wartości nastolatek buduje się na ich wyglądzie. Dalej pewnie wiecie, jak jest – albo niekoniecznie: wokół tego zawodu zrodziło się tyle stereotypów i mitów, że mało kto wie cokolwiek.

Użyję utartego stwierdzenia, że „Telewizja kłamie”, a modeling często jest prezentowany w sposób, który odbiega od rzeczywistości.

Ciężko jest mi o tym mówić, bo do opowiedzenia jest bardzo dużo, a trudno jest zachować narrację, która nie będzie wyolbrzymiona – w negatywnym, czy pozytywnym brzmieniu. To zawód, który otwiera wiele drzwi, ma sporo zalet i może być fantastyczną przygodą, ale jednocześnie funkcjonuje w środowisku pełnym nadużyć i zagrożeń. To praca fizyczna, daleko od domu, bez gwarantowanego zarobku i ustalonych ram godzinowych – nawet dla nieletnich.

Modeling i podróże były ogromną lekcją. Poznałam swoje słabości, silne strony, nauczyłam się podejmować ryzyko i oswoiłam się z ciągłymi zmianami. Niedawno wróciłam na studia i powoli odsuwam się od modelingu. Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym, co nie? 😉

Dla mnie to po prostu kolejna zmiana – czas na nowe. I tak samo, jak ekscytowała mnie wizja podróży po świecie, dzisiaj ekscytuje mnie powrót na uczelnię. Swoje doświadczenie zdobyte w ciągu ostatnich lat chcę wykorzystać, aby poprawić warunki pracy modelek i pomóc młodym dziewczynkom uporać się z wyzwaniami tego zawodu, które mogłyby przytłoczyć nawet sporo starsze koleżanki. Co później? Zobaczymy.

Często słyszę pytanie „Jak to jest wrócić do Pruszkowa po takim czasie?”

Życie w podróży może być bardzo trudne, ale punkt widzenia zmienia się z punktu siedzenia – dzisiaj podróżowanie i zmiana miejsca zamieszkania co kilka miesięcy to dla mnie łatwiejszy scenariusz, niż ułożone życie w Pruszkowie. Jednym pasuje stabilność, inni wolą zmiany – dla mnie „Jedynym pewnikiem jest sama zmiana”, dlatego życie na walizkach to moja strefa komfortu.

Moja relacja z Pruszkowem jest słodko-gorzka. Gdy byłam nastolatką, uwierała mnie „małomiasteczkowość” i marzyłam o wielkim świecie. Zawsze chciałam z niego uciec, teraz chętnie wracam. To tu spędziłam większość swojego życia i w dużej mierze to właśnie pruszkowskie otoczenie ukształtowało to, kim jestem.

Dziś Pruszków wygląda inaczej — a może to ja inaczej patrzę na Pruszków. Żyjąc w azjatyckich metropoliach, tęskniłam za zaletami małego miasta. Ciszą, spokojem, czystym powietrzem, ogrodem za domem. Łatwo jest narzekać, nie mając wielu punktów odniesienia – dzięki podróżom mogę docenić rzeczy, na które wcześniej nie zwracałam uwagi.

Cieszę się, widząc, jak Pruszków się rozwija. Pojawiają się nowe miejsca, możliwości, ale przede wszystkim – ludzie. W mojej głowie ludzie zawsze byli największym walorem tego miasta: moi przyjaciele, rodzina, sąsiedzi i pedagodzy, którym sporo zawdzięczam.

Mogę znaleźć wiele domów na świecie, ale to w Pruszkowie zawsze czuję się jak u siebie.

OD AUTORA:
Niejednokrotnie powtarzałem już, że jeśli robiąc coś, jesteś w stanie zainspirować choć jedną osobę do spełniania marzeń i konsekwentnego dążenia do celu, to zawsze warto. Historia Sandry poniekąd i dla mnie jest właśnie taką inspiracją. W momencie, kiedy postanowiłem wrócić do komercyjnej fotografii i szukałem modelek z Pruszkowa, znalazłem namiary na Sandrę. Tylko że ona była wówczas w Tajlandii, więc nie udało nam się spotkać. To było jakieś 3, może 4 lata temu. Od czasu do czasu obserwowałem ją na Instagram i inspirowałem się jej sesjami zdjęciowymi. To stamtąd dowiedziałem się też, że wróciła do Polski.
Obserwując Sandrę w mediach społecznościowych, uderzyła we mnie myśl, że tak naprawdę w życiu nie ma żadnego znaczenia, skąd jesteś, ile masz lat i jaki światopogląd wyznajesz. Liczą się marzenia, pasja i chęć, aby próbować i nigdy nie rezygnować. Bo nie ma rzeczy niemożliwych, trzeba tylko mieć odwagę chwycić się z życiem za bary i wycisnąć je jak cytrynę. Pruszków to takie samo miejsce jak każde inne i dla wielu pas startowy na kraniec świata.

Maciek