Ryszard Sawa

Ojciec czterech synów, doktor nauk ścisłych i pierwszy w Polsce niewidomy maratończyk z trzydziestosześcioletnim doświadczeniem. Pionierski bieg zaliczył w 1982 roku. Dziś ma za sobą ponad 500 biegów, przeszło 100 maratonów i dziesiątki tysięcy kilometrów w nogach, a jego apetyt na życie wcale nie słabnie.
Ryszard Sawa urodził się w 1944 roku we wsi Senderki w gminie Krasnobród na Zamojszczyźnie. Wraz z rodzicami szybko jednak przeniósł się do Korni, gdzie po akcji wysiedlania Ukraińców, zostało mnóstwo pustych domów i gospodarstw. To tam tak naprawdę zaczęła się historia Ryszarda Sawy. Miał wówczas 9 lat. Wypasał krowy na pobliskiej łące i znalazł niewypał. Z czystej, dziecięcej ciekawości chciał go rozbroić, ale pocisk wybuchł. Stracił wzrok i prawą rękę aż do łokcia, miał też poharataną twarz. To go jednak nie zatrzymało, a wręcz przeciwnie. Dziś bez żalu opowiada, że wypadek otworzył mu wiele drzwi — dał szansę na wyrwanie się z zapadłej wsi i zdobycie wykształcenia.
Miesiąc po wypadku trafił do szkoły muzycznej w Krakowie, ale jedną ręką nie mógł grać na żadnym instrumencie, więc przeniósł się do prowadzonej przez zakonnice szkoły w Laskach, gdzie system edukacji znacząco przewyższał poziomem inne placówki państwowe. Później, pracując (2 lata) w fabryce na stanowisku tokarz rewolwerowy, zrobił maturę w warszawskim liceum im. Tadeusza Czackiego i dostał się na Uniwersytet Warszawski na wydział matematyki. Pod koniec studiów ożenił się, następnie rozpoczął pracę w Instytucie Podstaw Informatyki Polskiej Akademii Nauk, gdzie zrobił doktorat z nauk technicznych.
Przez całe życie starał się być aktywny. Wspomina, że długo nie miał okazji, żeby ćwiczyć biegi. Okuliści i dyrekcja szkoły w Laskach kategorycznie tępili wszelkie próby uprawiania sportu, podpierając się twierdzeniem, że wysiłek fizyczny pogarsza wzrok. Niepokorny młody Ryszard nie poddał się. Truchtał po kryjomu, na żużlowych alejkach, pokonując odcinek 750 m, który wymierzył samodzielnie skonstruowanym urządzeniem z patyków. Poza tym w tamtych czasach sport organizowany był wewnątrz społeczności inwalidzkiej należącej do Zrzeszenia Sportowego Spółdzielczości Pracy „Start”, a Ryszard wówczas nie pracował w spółdzielni, tylko w fabryce. Dopiero w 1980 roku umożliwiono mu udział w treningu w klubie „Warszawianka”.
Biegał w sprintach „na słuch”, podążając za głosem przewodnika czekającego na linii mety. Czasami budował formę, przywiązując się dętką do kaloryfera i robiąc kilometry w miejscu, innym razem trenując na domowej bieżni. Przygotowywał się do pierwszego bardzo ważnego startu w swoim życiu — warszawskiego Maratonu Pokoju w 1982 roku. Trasa gościła już niedowidzących, ale jeszcze nigdy kogoś, kto nie widziałby wcale. Ryszard wziął wówczas na zawody dwóch synów na rowerach, którzy mieli pełnić funkcję, jego przewodników. Organizatorzy nie chcieli się zgodzić, zasłaniając się troską o dobro i bezpieczeństwo niewidomego uczestnika i dopiero wstawiennictwo twórcy maratonu, dziennikarza sportowego Tomasza Hopfera, zaowocowało dopuszczeniem do biegu.
Podczas tamtych zawodów, Ryszard przełamał własne bariery, szokując kibiców, innych widzących zawodników, ale przede wszystkim samego siebie. Jak niejednokrotnie opowiada, było to dla niego niewątpliwie wyzwanie, zarówno psychiczne, jak i wysiłkowe, bo biegł przez pięć godzin. Z roku na rok było jednak łatwiej, forma rosła, a wyniki poprawiały się o godzinę. Życiówkę wybiegł w 3 godziny 11 minut 56 sekund, to było w maratonie we Wrocławiu, miał wtedy 43 lata.
Od tamtej pory minęło ponad 30 lat. Ryszard Sawa biegał nie tylko w kraju, ale również na masowych imprezach za granicą. Ma na swoim koncie starty m.in.: w Berlinie, Rzymie, Wiedniu, Moskwie, Budapeszcie, Pradze, Londynie, Pekinie i Nowym Jorku. Z krajowych imprez w swoim biegowym życiorysie odnotował, chociażby maratony krakowskie i Orlenu, Bieg Noworoczny, maraton w Poznaniu, kaliski supermaraton czy ciechanowskie „Piętnastki”. Z sentymentem wspomina 15-krotne starty w Biegu Pokoju i Pamięci Dzieci Zamojszczyzny, podczas których blisko dwustu zawodników pokonuje z cztery dni sto kilometrów. W pruszkowskim mieszkaniu na poddaszu wisi blisko 30 kg medali, nie brakuje wyjątkowych dyplomów, bliskich sercu pucharów i nagród — tej z 2009 roku za zdobycie w ciągu dwóch lat „Korony Maratonów Polskich — Dębno, Wrocław, Kraków, Warszawa, Poznań” czy otrzymanej w 1985 roku „Nagrody im. Tomasza Hopfera dla R. Sawy za popularyzację biegania w masowej formie i rozwoju kultury fizycznej — Komitet Organizacyjny VII warszawskiego Maratonu Pokoju”. Oczywiście na wszystkie wyniki Ryszard pracuje w duecie z przewodnikiem — rowerzystą, z którym połączony jest specjalną linką lub innym widzącym biegaczem. W 2014 roku miał nawet swoją premierę film dokumentalny pt. „Kumple”, który opowiada o Ryszardzie i jego ówczesnym przewodniku Felku, czyli o tytułowych kumplach z pruszkowskich tras biegowych. Podczas całej swojej maratońskiej przygody Ryszard miał kilku, różnych przewodników, choć bez skrępowania przyznaje, że najprzyjemniej biega mu się w towarzystwie życiowej partnerki, Krystyny, z którą w ubiegłym roku obchodził 25-lecie znajomości. Biegają również dwaj jego synowie z żonami i wnuk.
Ryszard zainspirował nie tylko rodzinę, ale też wielu spotkanych na swojej drodze ludzi, którym wydawało się, że los nie potraktował ich sprawiedliwie. Dzięki jego niezłomności i startom w biegowych imprezach, niepełnosprawnych dzisiaj chętnie gości się na zawodach. Aktualnie kontuzja kolana i rehabilitacja popsuły plany Ryszarda i wykluczyły z zaciętej walki o najlepsze wyniki. To nie znaczy, że weteran maratonów porzucił aktywny tryb życia. Na zawody wpada dla towarzystwa i frekwencji. Trenuje w zaciszu domowym na bieżni sprezentowanej przez synów. Przesiada się też na rower i jeździ w tandemie z partnerką. Do ostatnich dużych sukcesów zalicza uzyskanie zgody organizatorów Warszawskiej Triady Biegowej na drugi już start grupy niewidomych w tandemach w Biegu Niepodległości.
Wolny czas w miarę możliwości wypełnia podróżami, które zaraz obok biegania, są jego największym hobby. Odwiedził już Maroko, Egipt, Tunezję, Wyspy Kanaryjskie, Jordanię, Izrael, Kenię, Kubę, Indie i Madagaskar. I nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Ryszard Sawa to żywy dowód na to, że nie ma w życiu rzeczy niemożliwych, a chcieć naprawdę znaczy móc. Sportowiec, życiowy rekordzista i „maratończyk w pepegach”, ale przede wszystkim człowiek, który bez skrępowania realizując swoje marzenia, daje pstryczka w nos losowi.