Robert Makowski

Witam Państwa! Nazywam się Robert Makowski. Mam 44 lata i jestem pruszkowiakiem! To w tym mieście się urodziłem, dokładniej na tutejszym Wrzesinie, i w tym mieście żyję razem z żoną Magdaleną, córką Adrianną i ukochanym psiakiem rasy west, o imieniu Pako. Moja edukacja również związana jest z Pruszkowem, bo wystartowałem w „zerówce” w osiedlowym bloku przy ul. Jasnej 3. Potem była podstawówka i pierwsza klasa w pruszkowskiej „Ósemce”, a następnie kl. II – VIII w nowo wybudowanej „Dwójce”. Z kolei szkoła średnia to technikum elektryczne w pruszkowskich „Mechanikach”. Szkołę ukończyłem, napisałem maturę i na tym moja edukacja stanęła. Podjąłem pracę w zawodzie i działam w branży do dzisiaj. Dokładniej rzecz ujmując, wykonuję prace związane z elektryką, automatyką, monitoringiem, systemami zabezpieczeń, siecią czy systemami BMS. Jednak praca to nie wszystko. Wolny czas spędzam na spacerach z psiakiem i na moim hobby, jakim jest kulturystyka. Może nie kulturystyka przez duże „K”, ale na poziomie amatorskim przez większe „A”. Można śmiało powiedzieć, że właśnie to zajmuje większość mojego czasu, a niekiedy okazuje się, że i doba jest za krótka.

Początki były całkiem niewinnie. Chcąc wyglądać atletycznie, zacząłem od robienia w domu pompek na taboretach pod okiem śp. taty. Miałem wtedy może z 16 lat. Potem spędzałem czas na prowizorycznej siłowni w piwnicy u kolegi. Domowej roboty sztanga i licha ławeczka, to było jedyne, na co mogliśmy sobie wtedy pozwolić. Z czasem to jednak przestało nam wystarczać, więc postanowiliśmy z kumplem zapisać się do przyklubowej siłowni na „MOS-ie”, jeszcze ze starym sprzętem. Zaczęło się wyciskanie na ławeczce i robienie „wielkiej łapy”. To się wtedy tam liczyło. Jeśli chciałeś zaistnieć, swobodnie ćwiczyć i być zaakceptowanym przez tamtejszych starych bywalców, musiałeś sobie zasłużyć, ciężko ćwiczyć, rosnąć i podnosić coraz większe ciężary. Co prawda mnie ciężko szło rozwijanie centymetrów w bicepsie, ale dość szybko rosłem, a jeszcze szybciej przyrastała mi siła, szczególnie we wspomnianym wcześniej wyciskaniu na klatę.

W międzyczasie zmieniłem miejscówkę i zacząłem ćwiczyć w innej, równie znanej siłowni „Goliat”. Ponieważ już wtedy byłem mocno zaprawiony w wyciskaniu, zacząłem ostro rozwijać się w tym boju, a budowanie sylwetki zeszło całkiem na boczne tory. Jakiś czas później w moim sportowym życiorysie naturalną koleją rzeczy nastąpiła przerwa. Na świat przyszła moja córka i to jej poświęcałem cały swój wolny czas. Na siłownię wróciłem po około pół roku za sprawą mojego serdecznego przyjaciela Tomka. Znów zacząłem regularnie odwiedzać siłownię na MOS-ie – wtedy już po remoncie, na nowiutkim sprzęcie i w towarzystwie „grupy zawodowej” oraz ekipy autentycznych zapaleńców sportów siłowych, m.in. medalistów mistrzostw Polski w kulturystyce. Oni wówczas robili swoje, a ja nadal dźwigałem i wyciskałem te swoje ciężary. Niestety, jak to w sporcie bywa, po pewnym czasie zacząłem łapać kontuzje na tyle poważne, że wyeliminowały mnie z tego, co do tej pory sprawiało mi największą frajdę. Trochę szkoda, ponieważ miałem naprawdę niezłe efekty i spore personalne rekordy.

Nie będę ukrywał, w pewnym sensie się załamałem. Przez rok błąkałem się po salach treningowych, nie do końca wiedząc, co ze sobą zrobić. Byłem pewny tylko jednego, że lubię dźwigać ciężary i nie odpuszczę sobie tego tak do końca. I takim sposobem wróciłem do korzeni. Od nowa zafascynowałem się kulturystyką, ćwicząc, żeby wyglądać imponująco, a nie po to, żeby przerzucać ciężary. Musiałem zagłębić się w tematykę diet, metod treningowych, suplementacji. Wszystkiego uczyłem się od nowa, a wtedy nie było to tak proste, jak byłoby dzisiaj. Nikt nie znał internetu, a trenerów można było policzyć na palcach jednej ręki. Zadowalałem się więc szczątkowymi informacjami zaczerpniętymi z gazet czy nielicznych książek i bazowałem na metodzie prób i błędów. Jak to w kulturystyce, zrobiłem etap pierwszej redukcji tkanki tłuszczowej i odsłoniłem mięśnie. Okazało się, że nie jest tak źle i nawet fajnie to wyszło, więc znowu złapałem bakcyla i tak jak kiedyś starałem się podnosić kilogramy, tak teraz chciałem nabierać kilogramów i wyglądać coraz lepiej.

W międzyczasie zacząłem trenować również nogi, do których wcześniej w ogóle nie przywiązywałem uwagi. Z jednej strony, chyba z lenistwa, bo przecież przy wyciskaniu na klatę, nogi nie były mi potrzebne, z drugiej jednak był też aspekt zdrowotny, bo urodziłem się z dość poważną wadą w jednej nodze, która nie do końca sprzyjała treningom na dolną partię mięśni. Szybko doszedłem do wniosku, że to dla mnie sprawa całkowicie drugorzędna i wcale nie tak problematyczna przy ćwiczeniach, jak mi się kiedyś wydawało. Gdzieś po drodze zrobiłem jeszcze kurs instruktora sportu o specjalności kulturystka i tak rozwija się ta moja pasja. Nim się obejrzałem, przeleciało mi 28 lat zabawy z ciężarkami.

Dzisiaj można mnie spotkać w TOTAL FITNESS Pruszków, gdzie poznałem wielu fajnych ludzi, z którymi super się ćwiczy. Dzięki kulturystyce na pewno wyrobiłem sobie charakter, a takie cechy jak konsekwencja, cierpliwość, rzetelność, wytrwałość i pokora na stałe wpisały się w moją osobę. Oczywiście na temat kulturystyki mógłbym pewnie pisać i pisać, opowiadać liczne anegdoty, ciekawostki i zagadnienia, ale to tak w telegraficznym skrócie.

Co do samego Pruszkowa… Cóż, z tym miastem wiąże się masa wspomnień, przeżyć zarówno tych dobrych, jak i tych złych, a także sporo miejsc, które pojawiały się w konkretnych momentach mojego życia. Jednak to nie jest aż tak ważne, ponieważ Pruszków to dla mnie przede wszystkim ludzie – rodzina, bliżsi i dalsi znajomi, sąsiedzi, osoby, których znam z widzenia i kojarzę, w większości pozytywnie. Tu czuję się jak u siebie, to moje miasto i pewnie tak zostanie.

Pozdrawiam wszystkich i życzę zdrówka!!!