Radosław Majewski

Nazywam się Radosław Majewski i jestem pruszkowianinem z krwi i kości. Takim, który kocha to miasto za jego blaski i cienie. Choć nie zawsze było radośnie i kolorowo, tutaj stawiałem pierwsze kroki, tu uczyłem się życia, stąd wyfrunąłem w wielki świat i tu wracam bez względu na to, gdzie w danym momencie rzuci mnie los. A rzucał mnie już w różne miejsca – takie uroki bycia zawodowym sportowcem.

Nie urodziłem się nim jednak. Ciężko pracowałem, aby każdego dnia być lepszą wersją samego siebie. Zaczęło się jak u wielu, za dzieciaka. Wydaje mi się, że jeszcze za czasów przedszkola, do którego uczęszczałem nieopodal kościoła św. Józefa. Piłka nożna była obecna w moim życiu praktycznie od zawsze. Pamiętam dokładnie fascynację wielkim piłkarzem Romario, pierwszą koszulkę, jaką jeszcze na „Koronie” (Stadion Dziesięciolecia) kupił mi tata i dziecięcy zachwyt nad mistrzostwami we Francji, gdzie piłkarski kunszt pokazał Zidane – mój Idol.

Miałem 5, może 6 lat, kiedy sam zacząłem grać, wówczas jeszcze pod skrzydłami MKS MOS Pruszków, potem MKS Znicz Pruszków. Kopałem w piłkę z kumplami w każdej wolnej chwili, niekiedy od rana do wieczora; za „siatką” przy Gomulińskiego, gdzie się wychowałem; na szkolnym boisku SP nr 12, do której się przeniosłem z „Ósemki”; albo na zawodach międzyszkolnych, gdzie zostałem zauważony, jako „sprawny”.
Gdzieś po drodze trenowałem jeszcze długie dystanse i zdobywałem medale w biegach przełajowych, rozgrywanych w parku Potulickich. Pamiętam jak dziś zawody, które wygraliśmy razem z kolegą z klasy, Maćkiem Bendą – przekroczyliśmy metę, trzymając się za ręce.

Piłka nożna nawet na chwilę nie odeszła w cień. Ani za czasów podstawówki, ani podczas wakacji, ani potem gdy wróciłem na „stare śmieci” i postanowiłem kontynuować naukę w znanych wszystkim „Mechanikach”. Grałem zawsze i wszędzie, często za wszelką cenę, podejmując czasem „trudne” decyzje – jak wtedy, gdy w podstawówce wybrałem mecz w weekend, zamiast zawodów międzyszkolnych i zarobiłem „dwóję” na koniec roku!

Miałem jednak to szczęście, że na swojej drodze spotkałem wyjątkowych ludzi, którzy wzięli mnie pod swoje skrzydła, ukierunkowali, pokazali, co to znaczy mieć serce do sportu, wiele mnie nauczyli i być może przed wieloma rzeczami ustrzegli. Nie pochodzę z bogatej rodziny. Zdarzało się, że nie stać mnie było na korki czy wyjazd na obóz piłkarski, o którym marzył każdy zafiksowany na punkcie piłki chłopak w moim wieku. Wówczas pomógł mi trener Marek Milankiewicz i w jakiś tylko sobie znany sposób, zorganizował środki. Z kolei pan Włodek Iskra, który jest wieloletnim kibicem i partnerem Znicza, kiedyś organizował mi obiady w barze w pasażu na górze, żebym nie przychodził głodny na treningi. Kiedy tata zabrał mi but, bo nie chciał, żebym jechał na mecz, gdzie nieustannie mnie kopią, trener Milankiewicz załatwił mi korki i pojechałem. Natomiast wieloletni prezes klubu Znicz, Sylwiusz Mucha-Orliński obwoził mnie po wszystkich boiskach wokół Pruszkowa i oglądał ze mną mecze, ucząc przy tym piłkarskich zachowań. Zawsze pilnował, żeby żadne osiedle mnie nie wciągnęło. Udało mu się.

W wieku 16 lat — meczem wyjazdowym z Radomiem — rozpoczęła się moja poważna przygoda z profesjonalnym sportem. Choć nieczęsto o tym mówię, w tamtym czasie byłem również na test-meczach w holenderskim Heerenveen, potem w Polonii Warszawa i Górnik Łęczna, ale żadna z tych drużyn nie była zainteresowana współpracą ze mną. W klubie MKS ZNICZ grałem do 20. roku życia. Potem wyjechałem, aby realizować się na szczeblu ekstraklasy.

Na początku 2007 roku przeszedłem ze Znicza do Dyskobolii Grodzisk Wielkopolski (Groclin), z którą zdobyłem Puchar Polski i dwukrotnie Puchar Ekstraklasy. Dopiero latem 2008 roku po fuzji Groclinu oraz Polonii Warszawy dostałem się do składu tej drugiej. Nie pograłem tam jednak długo. W 2009 roku zostałem na rok „wypożyczony” do angielskiego klubu Nottingham Forest. Miesiąc po tym fakcie, w meczu Pucharu Ligi Angielskiej, zdobyłem swojego pierwszego gola dla nowej drużyny, a kilka dni później w pierwszej minucie spotkania swoją pierwszą bramkę dla ligi, strzałem z 28 metrów. Ostatecznie w angielskim klubie grałem przez kolejnych pięć lat, zdobywając szereg goli, które zapewniły mi miejsce w jedenastce kolejki Sky Sports. Później reprezentowałem jeszcze barwy angielskiego Huddersfield Town, gdzie spędziłem zaledwie rok, zanim przeniosłem się do greckiego klubu PAE Weria.

Jednakże ten zagraniczny klub nie spełnił moich sportowych oczekiwań, a trwająca dość długo posucha sprawiła, że wróciłem do Polski. Zacząłem grać najpierw dla Lecha Poznań, by po dwóch latach trafić do Pogoni Szczecin. Ostatecznie w dotychczasowej karierze piłkarskiej rozegrałem już 300 spotkań, w tym również dla barw narodowych. Grałem w młodzieżowej kadrze Polski do lat 21 oraz do lat 23. Z kolei w 2007 roku zadebiutowałem w kadrze seniorskiej, w której dostałem szansę rozegrania dziewięciu spotkań.

Latem 2019 roku znów trafiłem do zagranicznego klubu. Tym razem na współpracę zdecydował się australijski Western Sydney Wanderers FC. To miał być mój debiutancki sezon w lidze, z którą do tej pory nie miałem styczności. Nowy rozdział, trzy i pół miesiąca treningów, dwanaście sparingów i wielkie oczekiwanie na TEN moment. I pach! Dwa tygodnie przed pierwszym meczem australijskiej ekstraklasy – kontuzja i to podczas treningu! Diagnoza była jednoznacznie brutalna – zerwane więzadło krzyżowe przednie i więzadło poboczne piszczelowe. Teraz przede mną operacja, a potem kilka miesięcy sportowej pauzy. Niestety, takie jest życie piłkarza. Bywa nieubłagane.

Należę jednak do takich osób, które nie potrafią długo usiedzieć na miejscu, lubię, gdy wokół mnie coś się dzieje i dlatego uznałem, że mogę wykorzystać fakt, że chwilowo jestem „uziemiony”. Przyleciałem do Polski i razem z moim długoletnim przyjacielem, Maciejem Machalskim, postanowiliśmy wcielić w życie plany, które pojawiły się w naszych głowach przeszło trzy lata temu. Nigdy nie było na ich realizację wystarczająco dużo czasu. Teraz miałem go w nadmiarze i tak w październiku powstała pierwsza w Pruszkowie hala pneumatyczna, czyli tzw. balon. Chciałem zrobić coś dla piłki, zachęcić do niej ludzi, dać możliwość grania nawet wtedy, gdy pogoda temu nie sprzyja. To, że udało się zrealizować to małe marzenia akurat teraz i to w rodzinnych stronach, to moja rekompensata za ten nieszczęsny wypadek 🙂

A jaki prywatnie jest Radosław Majewski? Jestem mężem, tatą, zainteresowanym ludźmi wędkarzem-amatorem. Kiedy nie „pracuję” spędzam czas z rodziną, czasem obejrzę dobry film czy poranną telewizję śniadaniową, głaszcząc rozłożonego na kanapie kota… albo dwóch. Jestem zwykłym gościem, który miał w życiu trochę szczęścia i garść talentu. I codziennie walczy o to, by sportowy sen nie skończył się zbyt szybko. Trzymajcie kciuki!