Piotrek Skowron

Nazywam się Piotrek Skowron, produkt schyłkowego PRL, Pruszkowiak. Piotrek, bo mimo trzeciego krzyżyka na karku, imię Piotr nadal wydaje mi się zbyt poważne, zwłaszcza w zestawieniu z moją osobą. Choć urodziłem się w Warszawie, to od wypisu ze szpitala mieszkam niemal nieprzerwanie na pruszkowskich Malichach. W Pruszkowie odbyłem prawie całą ścieżkę edukacji: od przedszkola nr 1 na Sadowej, przez nieistniejącą „Dwunastkę” im. Kusocińskiego po „Kościucha”. Studia… tu spuśćmy zasłonę milczenia. W skrócie mówiąc, pewne zawiłości losu, doprawione szczyptą lenistwa, spowodowały, że po odfajkowaniu na liście trzech wydziałów, dwóch uczelni, zostałem jednak człowiekiem bez zawodu. Zgodnie z techniczną, rodzinną tradycją, aczkolwiek zupełnym przypadkiem, trafiłem w objęcia automatyki przemysłowej. Jako technik serwisu zjeździłem cały kraj, potem pracowałem stacjonarnie w jednej z firm w okolicach Piaseczna.

Cały czas w tle jednak były samochody, głównie te stare, „klasyczne”. Naprawiałem je, remontowałem, przerabiałem, pomagałem znajomym. Przez garaż na Malichach przewinęły się dziesiątki ciekawych ludzi i dziwnych samochodów. Sam też cały czas mam jakiegoś staruszka na podorędziu. Zaczęło się od Wartburgów, był 40-letni Seat, teraz towarzyszy mi SAAB 900 – popularny krokodyl. Niespełna trzy lata temu dzięki sprzyjającym okolicznościom losu oraz kilku osobom, zmieniłem całkowicie swoje życie zawodowe. Z automatyki trafiłem do motoryzacji i obecnie kieruję warsztatem w Autoryzowanej Stacji Obsługi jednej z marek premium.

Jednak przede wszystkim od dwunastu lat jestem szczęśliwym mężem oraz od dziewięciu i pięciu jeszcze bardziej szczęśliwym, acz czasem zrezygnowanym ojcem dwóch urwisów. Obaj kontynuują ścieżkę edukacyjną ojca – zaliczyli już przedszkole na Sadowej, a starszy uczy się w SP nr 4, która znajduje się w tym samym budynku co moja „Dwunastka”. Żona – „zaimportowana zza Wisły”, stała się również Pruszkowianką – polubiła to miasto, choć w przeciwieństwie do mnie mogłaby zmieniać miejsce zamieszkania choćby co kilka lat. Moja miłość do motoryzacji to nie tylko dłubanie w samochodach: to też rajdy turystyczne i nawigacyjne, wyścigi klasyków. Pasją nieco udało się zarazić żonę oraz synów. Jeździmy na imprezy razem i przy obopólnej radości.

Przez samochody zdobyłem znaczną większość swoich znajomych, a także kolejną sprawność. Od nastu lat zajmuję się dziennikarstwem. Początkowo było to tylko pisanie o samochodach, z czasem działalność rozszerzała się na inną tematykę. Najpierw była to tylko zabawa, hobby, później przerodziło się to w drugi zawód. Choć zawsze powtarzam, że nie jestem dziennikarzem, ja się tylko zajmuję dziennikarstwem. Niemal od początku, przez dwanaście lat współtworzyłem jeden z najlepszych magazynów o motoryzacji klasycznej „Classicauto”, rozwijałem nieistniejący już portal AutoStuff, czytać mnie można było przez kilka lat w magazynie internetowym ExuMag, pojedyncze teksty trafiały do wydawnictw Mercedesa czy pism o rajdach. Oprócz dodatkowego dochodu ta poboczna praca pozwalała mi utrzymać szare komórki w należytej kondycji.

W tym roku nastąpiła kulminacja. Wraz z trzema kolegami ruszyliśmy z całkowicie naszym i niezależnym projektem. Jest nim magazyn internetowy Movendus. Piszemy, jak chcemy, o czym chcemy i ile chcemy. O motoryzacji, technice, świecie i ludziach. Poświęcając kupę własnego wolnego czasu, część dotychczasowych zarobków i oszczędności chcieliśmy stworzyć miejsce w internecie, jakiego jeszcze nie było. Pragnęliśmy przenieść jakość prasy do internetu. Czy się uda? Na odpowiedź pewnie będziemy musieli poczekać jakiś czas. Jednak radość z posiadania czegoś, co się stworzyło własnym sumptem i przy okazji podoba się kilku osobom, jest bezcenna.

Czym jest dla mnie Pruszków? Może to wyświechtane, ale jest dla mnie małą ojczyzną. Skowronowie wylądowali tutaj na przełomie lat 20. i 30. Mój dziadek, syn rataja z folwarku z okolic Kazimierza nad Wisłą zdecydował udowodnić swemu, niechętnemu jego osobie teściowi, że jest w stanie zadbać o świeżo poślubioną żonę oraz nowo narodzoną córkę. Przyjechał tutaj, mając w oparciu jedynie mieszkającego na Malichach szwagra. Zaczął pracę, najpierw w fabryce armatur, potem w Fabryce Samochodów Państwowych Zakładów Inżynierii (powojenne ZPC Ursus). W międzyczasie skończył odpowiednik dzisiejszego technikum oraz „podyplomówkę” z zakresu budowy i konstrukcji pojazdów samochodowych i czołgów. Ukończył również szkołę podoficerską we Włodawie jako działonowy w Pułku Artylerii Lekkiej. Całkiem nieźle zarabiał, miał perspektywy na przyszłość. W pierwszej połowie lat 30. Ściągnął rodzinę do Pruszkowa, mój ojciec urodził się już tutaj. Niestety nadszedł rok 1939, dziadek zginął 17 września w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach w okolicach Brześcia. Na czas wojny babcia, wraz z moim ojcem i ciotką uciekła do rodziców do Wilkowa nad Wisłą, by bez żadnych perspektyw i nie mając tu niemal nikogo oprócz brata, powrócić do Pruszkowa niedługo po wojnie. Przeżyła jako wdowa 68 lat, nie wychodząc ponownie za mąż i dożywając niemal stu lat. Po jej śmierci sprowadziliśmy szczątki dziadka spod białoruskiej granicy i pochowaliśmy ich razem na jedynym w swoim rodzaju cmentarzu na Tworkach. Po latach, w domu, w którym dziadkowie mieszkali przed wojną, wychowuje się już czwarte pokolenie pruszkowskich Skowronów.

Kocham (i nie wstydzę się tego powiedzieć) Pruszków za jego niebanalną i chyba jedyną w swoim rodzaju historię. Miasta, które powstało przypadkiem i od ponad 100 lat ciągle się rozwija, choć nie zawsze w takim kierunku, jakim byśmy chcieli. Uwielbiam grzebać w archiwach, wynajdywać różne ciekawostki, dowiadywać się co, gdzie i po co było. Znoszę do domu (ku wątpliwej uciesze małżonki) różnego rodzaju dokumenty, drobiazgi, zdjęcia, wszystko, co jest choćby najmniejszym elementem układanki o nazwie „historia Pruszkowa”. Staram się zachować pamięć o przemysłowej historii miasta, której oznak już niewiele zostało. Mam też olbrzymi żal, że włodarze miasta przez lata nie zrobili niemal nic w kierunku zachowania jego niezwykle ciekawego dziedzictwa. Mam nadzieję, że takie projekty jak Pruskoviana organizowanie przez Muzeum Dulag 121, trafią na podatny grunt i wreszcie będziemy mieli w mieście „Muzeum miasta Pruszkowa” z prawdziwego zdarzenia, a nie tylko marną „izbę tradycji” obiecywaną od lat. I możecie być pewni, że choćby najmniejszym stopniu będę się starał uczestniczyć w organizacji takiegoż.

Pruszków przed niemal stu laty dał możliwość nowego startu mojemu dziadkowi – pozwolił mieć perspektywy na przyszłość, choć tragicznie przerwane przez wojnę. Takich historii są setki, dlatego każdy, czy mieszka w Pruszkowie od pięciu lat, czy jego rodzina żyje na tych ziemiach pięć pokoleń, jest winien temu miastu wdzięczność – a to można wyrazić choćby przez pielęgnowanie jego historii. Choć nie zostało w naszym mieście wiele zabytków, to każde wspomnienie, zdjęcie czy dokument jest wiele wart. Dlatego też na koniec mały apel – nie niszczcie i nie wyrzucajcie tego typu artefaktów – przekażcie je choćby do muzeum Dulag – nikt nie wie, ile ten z pozoru nic nieznaczący świstek powie o nas za kilka dekad.