Piotr Lipiński

Nie chodzę do pracy. Idę sobie polatać.

Nazywam się Piotr Lipiński i jestem pilotem. Moja pasja jest jednocześnie moim chlebem powszednim i nie zamieniłbym tego na nic innego. A jak się zaczęło? Zupełnie naturalnie. Trudno było przejść obojętnie obok samolotów i śmigłowców, wychowując się na warszawskim Żoliborzu. Od najmłodszych lat fascynowało mnie wszystko, co latało. Z biegiem lat moje zainteresowanie tylko przybierało na sile, zaczęły się lotnicze książki, składanie modeli i wycieczki na każde możliwe lotnisko. Przez bardzo długi czas wszystko to zastępowało mi prawdziwe marzenie o byciu pilotem. Wiedziałem bowiem, że nie przejdę badań lotniczych z powodu przegrody nosa. Być może w codziennym życiu nie jest to aż tak istotny niuans, ale w spełnieniu marzeń okazał się kluczowy. Musiałem przełknąć tę gorzką pigułkę, a przynajmniej tak wówczas myślałem. Krótki wakacyjny wyjazd do Cioci do NY jeszcze na początku lat 80. wiele zmienił. Pojechałem na kilka dni, zostałem kilkanaście lat. Dlaczego? Z jednego prostego powodu, dowiedziałem się, że mogę tam zrobić licencję pilota. Nie było takiej siły, która mogłaby mnie powstrzymać przed realizacją największej pasji.

Miałem 15 lat, kiedy pierwszy raz usiadłem za sterami samolotu. Wtedy ogromnym wsparciem byli dla mnie rodzice, którzy nie tylko dopingowali mnie w spełnianiu marzeń, ale bez protestów dowozili na lotnisko, oddalone od miejsca zamieszkania o ponad 80 km.
Połknąłem bakcyla. Od początku wiedziałem, że to jest to, co chcę robić w życiu. Kiedy siadasz za sterami, świat staje się mniejszy, zmienia się perspektywa. Z góry widać więcej. Przyroda, miasta, wszystko jak na dłoni o każdej porze roku. Tego nie da się opisać, to trzeba zobaczyć na własne oczy. Człowiek scala się nawet z pogodą; patrząc na chmury, wie, czego może się spodziewać. Nie będzie w tym grama przesady, jeśli przyznam, że latanie sprawiło, że czuję się bliżej natury. Zrozumie mnie tylko ten, kto doświadczył czegoś podobnego.

A wiedza? Aviation High School na Queensie dało mi naprawdę dobre podstawy, a nauczyciele pomagali, abym mógł polatać nawet podczas dni szkolnych. Wreszcie w wieku 17 lat zrobiłem licencję i naturalną koleją rzeczy rozpocząłem studia na Nowojorskim Uniwersytecie Stanowym w Farmingdale — tylko parę kilometrów od lotniska. Potem były już tylko dalsze szkolenia, uprawnienia na latanie w złej pogodzie i te na samoloty wielosilnikowe, następnie instruktorka i dużo latania. Z czasem Kapiatan LOT-u namówił mnie na latanie liniowe. Udało się za trzecim podejściem i takim oto sposobem powróciłem do Polski. Po niespełna półtora roku latania w liniach zostałem już kapitanem na samolocie ATR.

Świat zrobił się jeszcze mniejszy, kiedy w 1999 roku poleciałem uczyć latania liniowego w Indiach. Później powrót i znów wylot tym razem do Tajlandii. Na krótko zagościłem w Polsce, aby znów wrócić do Tajlandii, a nawet osiąść w bazie w Nepalu. Dopiero po ślubie, wraz z małżonką powróciłem do Europy. Rodzimy kraj przywitał mnie jakiś czas później, kiedy otrzymałem pracę w Warszawie. Wówczas Stolica stała się „domem”, świat codziennością. Można śmiało powiedzieć, że żyłem trochę na walizkach, ale to wszystko do czasu.

Perspektywa przyjścia na świat bliźniaków zweryfikowała rzeczywistość i nadszedł moment znalezienia gniazdka. Padło na pruszkowskie okolice, które wcale nie były mi całkiem obce. Jeszcze za dzieciaka kojarzyłem Pruszków z czołgiem przy jednej z głównych ulic. Teraz czołgu już nie ma, ale wszystko inne jest pod ręką. Parki, sklepy, banki i nawet kino. Jedna „wycieczka” i wszystko można załatwić, a i dzieciaki też się cieszą. Starsze bliźniaki, bo kino; młodsze, bo place zabaw. Mniejsze są też korki, niż w typowej metropolii, a nad głową często latają coraz cichsze samoloty. Czego chcieć więcej? Pruszków da się lubić i piszę to całkiem szczerze. Nieraz przyłapuję się na tym, że widok tablic rejestracyjnych WPR gdzieś daleko od domu, wywołuje mimowolny uśmiech na mojej twarzy – w końcu to nasi.

Co dziś robię zawodowo? Latam na Boeingu 737 i mniejszych samolotach sportowych. Destynacje bliskie i dalekie. Z biegiem lat nauczyłem się też więcej o swojej branży. Uświadomiłem sobie, że lotnictwo, to nie tylko samoloty czy infrastruktura, to przede wszystkim ludzie – niezależnie od tego, skąd pochodzą, szybko znajdują wspólny język. To osoby, które kochają powietrzne maszyny, a mają strach przed lataniem; osoby pracujące w branży, albo ci, którzy zwyczajnie lubią spędzać czas pod płotem lotniska, oglądając startujące i lądujące samoloty, często z aparatem fotograficznym w ręku. Bakcyla można połknąć w każdym wieku, tu nie ma reguły. Lotnictwo po prostu wchodzi w krew. Wprawdzie do kokpitu wcale nie jest łatwo się dostać, ale kiedy już się uda, wkraczasz w krąg niezwykłych osobowości. Każdy pilot ma swoją historię, niekiedy bardzo burzliwą i rodzą się z tego dobre rozmowy na długie loty.

Piękne widoki, wschody i zachody słońca lub księżyca, czy szybkie przemieszczanie się z zimy do lata, to taki nietuzinkowy bonus. Czasami podczas lotu, kiedy na chwilę zapada cisza, patrzę za okno i zazdroszczę sam sobie… tak wygląda mój świat.