Piotr „Kotlet” Kurkus

Nazywam się Piotr Kurkus, znany także jako „Kotlet”.
Jestem z krwi i kości warszawiakiem. Urodziłem się w szpitalu przy ul. Kasprzaka, przez pewien czas mieszkałem przy Żelaznej, później przy Lewickiej na Mokotowie. Dopiero w 3 klasie podstawówki przeprowadziliśmy się do Podkowy Leśnej, gdzie ukończyłem szkołę podstawową. Z kolei liceum oraz maturę zrobiłem w Brwinowie i naturalną koleją rzeczy poszedłem na studia. Dostałem się na Uniwersytet Warszawski, co na tamte czasy było niemałym osiągnięciem. Wybrałem wydział pedagogiki ze specjalizacją andragogika, czyli pedagogika ludzi dorosłych. Niestety edukację zakończyłem na 5. roku i złożyło się na to wiele czynników, na które po części miałem wpływ. Mimo wszystko studia wiele mi dały, bo dysponuję wiedzą, którą dzisiaj mogę z powodzeniem wykorzystywać w pracy zawodowej.

Od ponad 10 lat moim głównym zajęciem jest praca trenerska w GLKS Nadarzyn. Stworzyłem od zera sekcję MMA sportów walki. Pomysłodawcą i człowiekiem, który mnie do tego skłonił, a potem również motywował w działaniach, był śp. Wójt gminy Nadarzyn — Janusz Grzyb. Zapewnił świetne warunki do startu i dalszego rozwoju. Myślę, że to w dużej mierze właśnie dzięki niemu jesteśmy dzisiaj w tym miejscu, w którym jesteśmy, w takim składzie i z takimi osiągnięciami na koncie. Mamy na sali medalistów Mistrzostwo Polski, Mistrzostw Europy i międzynarodowych prestiżowych imprez. Moi podopieczni zdobyli łącznie około 350 medali na turniejach różnego szczebla.
Dodatkowo od paru lat pełnię również funkcję wiceprezesa klubu GLKS Nadarzyn, więc mam wpływ na działalność innych sekcji klubu.

Sport był tak naprawdę obecny w moim życiu od zawsze. Jak zapewne ¾ chłopaków z tych okolic, jeździłem na Znicz Pruszków grać w piłkę. Chociaż w mim przypadku „grać” to chyba za dużo powiedziane, raczej kopałem piłkę, a pomysł, aby zostać zawodowym piłkarzem, skutecznie wybił mi z głowy ówczesny trener Ryszard Dumała. Czułem kiedyś do niego o to żal, choć jego wersja tej historii jest taka, że dzięki niemu świat sportów walki zyskał znakomitego wojownika.

Przygoda ze sportami walki zaczęła się w wieku 13-14 lat, po obejrzeniu filmu „Kickboxer” z Jean-Claude Van Dammem Na dworcu centralnym przypadkiem trafiłem na ogłoszenie o szkole Taekwondo i poszedłem na pierwsze zajęcia, co zdefiniowało moją pasję na resztę życia. Wówczas trenerem był śp. Witold Brzozowski. Późniejszym trenerem, który miał bardzo duży wpływ na mój rozwój i sportowe wyniki był Artur Chmielarz. Następnie miałem 4-letnią przerwę spowodowaną różnymi zawirowaniami osobistymi i nie tylko. Powrót do aktywnego mocnego sportu miał miejsce w barwach klubu Lotos Jabłonna, gdzie spotkałem trenera Tomasza Szczepaniuka. Wówczas na mojej drodze stanęło wielu wspaniałych ludzi, którzy do dzisiaj są moimi bliskimi przyjaciółmi: Joasia „Paprotka” Paprocka — trzykrotna Mistrzyni Świata, wielokrotna Mistrzyni Europy oraz Łukasz „Juras” Jurkowski — pierwszy zwycięzca KSW. Można powiedzieć, że to właśnie przez Łukasza trafiłem do MMA. Zaszczepił we mnie ten temat tak mocno, że jestem w branży.

Jak dzisiaj pamiętam moją pierwszą domową siłownię, w której „znęcałem się” nad swoim ciałem, wyciskając z niego maximum. To było w piwnicy. Stopniowo kompletowałem sprzęt, ale wtedy mieliśmy tam z kumplem fajną, jak na tamte czasy prywatną rzeźnię. Dodatkowo na ogródku miałem sosnę owiniętą specjalną gąbką i poduszką, a pomiędzy dwoma konarami tych samych drzew rozwiesiłem drut i baniaki z wodą, na których ćwiczyłem kopnięcia. Już wtedy zaczęły krążyć straszne legendy, że od moich kopnięć wygięła się sosna. Dla sportowca to komplement 🙂

Tak samo jak zdobyte tytuły. Wyczerpujące treningi, właściwi ludzie, wartościowi trenerzy i moje własne podejście zaowocowały naprawdę dobrymi wynikami sportowymi. Do najcenniejszych osiągnięć w Taekwondo zaliczam między innymi Puchar Świata w Orlando USA z 2004 roku oraz Puchar Europy w Londynie zdobyty rok później. W 2005 roku na obiektach olimpijskich w australijskim Sydney zdobyłem również Puchar Generała Czoi — twórcy Taekwondo. Startowałem tam wówczas jako jedyny Europejczyk.

Z tym miejscem wiąże się też inna, dość ciekawa historia osobista. Zaraz z Sydney wyruszyłem do Melbourne i tam po 17. latach spotkałem się z ojcem. Wdzięczność za tę wizytę okazał mi rok później. Kiedy chciałem lecieć do Sydney, żeby bronić ważnego dla mnie pucharu, odmówiono mi wizy, bo jak się okazało, ojciec napisał na mnie fałszywy donos. Władze ambasady nieszczególnie się popisały i sprawdziły to dopiero po interwencji mojego menadżera. Sprawa się wyjaśniała, ale straciliśmy cenne dwa dni zapasu, o które zadbaliśmy nauczeni doświadczeniem z poprzednich zawodów. Ale jak to mówią — co cię nie zabije, to cię wzmocni. U mnie doskonale się to sprawdziło.

W 2006 roku zdobyłem Puchar Świata w Benidorm w Hiszpanii, a w 2007 roku Puchar Europy w Tampere w Finlandii. Następnie Puchar Świata 2008 w Rivia del Garda we Włoszech oraz Puchar Europy 2009, który odbył się tym razem w Polsce — w Lublinie. Już wtedy pod koniec zawodów w Taekwon-do, promowałem Nadarzyn i klub GLKS. Zaczynałem powoli budować szkółkę — początkowo to miało być Taekwon-do, ostatecznie zostałem przy MMA. Mój ostatni start w Taekwon-do miał miejsce na imprezie międzynarodowej w 2010 roku na Słowacji. To był otwarty Puchar Europy, na który pojechałem kompletnie nieprzygotowany. Kolega długo mnie namawiał, aż w końcu namówił. Pojechałem, wystartowałem, przywiozłem brązowy i złoty medal.

Gdzieś w międzyczasie odnotowałem też medale na Otwartych Mistrzostwach m.in. Włoch, Hiszpanii, Szwecji, Słowenii, Holandii, Irlandii, Anglii w Taekwon-do. Później zdobyłem Mistrzostwo Europy w hiszpańskiej Barcelonie, gdzie wystąpiłem w brazylijskim Ju-Jitsu. W 2018 roku zdobyłem złoty medal na Rome Open International (Rzym-Włochy). Z kolei w 2019 roku z tej samej imprezy przywiozłem złoto i srebro.

A jaki jestem prywatnie? Ciężki do życia. Głównie ze względu na to, że cierpię na chroniczny brak czasu. Mój dzień zaczyna się przed 7 rano, a kończy o 12 w nocy. A im bliżej zawodów, tym bardziej jestem nieznośny, niecierpliwy i w gorącej wodzie kąpany. Dołóżcie do tego gadulstwo i przyzwyczajenie, że wszystko ma być tak, jak ja chcę i macie Kotleta na talerzu. Najbardziej jestem wdzięczny za to, że najbliżsi i przyjaciele, wytrzymują ten ciężki okres przed ważnymi zawodami.

Wolny czas także zdarza mi się mieć. Wtedy najchętniej siedzę w domu i nigdzie się nie ruszam. Sięgam wówczas po dobre książki, głównie historyczne, o tematyce II wojny światowej i reporterskie. Ostatnio na przykład przeczytałem trzy książki o Escobarze, tak mnie ten temat zainteresował. Podobnie jak serial „Narcos”, bo dobrym serialem czy filmem wcale nie pogardzę. Lubię wracać do starego dobrego kina, dlatego przynajmniej raz na pół roku oglądam całą trylogię „Ojca Chrzestnego”, serię „Rocky” czy kultową „Rodzinę Soprano”.
Nie zapominam jednak w tym wszystkim o sporcie, nawet na kanapie przed telewizorem. Lubię oglądać z synem mecze piłki nożnej, a moja ulubiona drużyna to Manchester United. Wprawdzie ma teraz kryzys, ale wierzę, że to się skończy. Nie będzie też dziwić, że lubię oglądać galę MMA, ale patrzę raczej okiem szkoleniowca — co podpatrzeć i przenieść na salę dla chłopaków. Na należyte świętowanie zdobytych medali też jest zawsze odpowiedni czas oraz miejsce, najchętniej dobrym polskim piwem i jak na wagę super ciężką — nie w małych ilościach 🙂.