Peter Bertoti

Zaproszenie do grona „Pruszkowiaków” uważam za wielki zaszczyt. Myślę, że są tysiące ludzi, którzy o wiele dłużej i godniej reprezentują Pruszków, niż ja. Jednak — skoro grono pruszkowiaków w ramach tej inicjatywy nie jest ograniczone i będzie się dalej wzbogacać — ze wzruszeniem przyjąłem to miłe zaproszenie.
Widocznie nigdy nie jest za późno stać się pruszkowiakiem!

Sądzę, że jestem dość nietypowym pruszkowiakiem. Moje korzenie są włoskie, urodziłem się w Tunezji, wychowałem na Węgrzech, uczyłem się we Francji. Moja żona jest Polką, a nasze dzieci urodziły się w Moskwie. To brzmi dziwnie, prawda? Wydaje się, że chodzi o jakąś bardzo skomplikowaną historię, lecz wszystko jest proste. Opowiadając w dużym skrócie: nasz dziadek — Włoch, ożenił się z Węgierką, gdzieś pod koniec I wojny światowej. Moi rodzice z kolei urodzili się na Węgrzech, a ponieważ oboje byli sportowcami, na dodatek członkami reprezentacji Węgier w siatkówce, (Mama była również w reprezentacji świata — „Dream Team”), po aktywnej karierze dostali kontrakty trenerskie w Tunezji. Spędzili tam 7 może 8 lat i podczas tego pobytu postanowiłem przyjść na świat. Urodziłem się w Kartaginie.

Skończyłem studia z handlu zagranicznego w Budapeszcie, natomiast we Francji, a dokładniej w Normandii, studiowałem w dziedzinie handlu artykułów spożywczych. I to właśnie z handlem wiązała się moja późniejsza kariera zawodowa. Przez przeszło 23 lata pracowałem w dwóch dosyć znanych na rynku korporacjach, zarówno w polskich, jak i zagranicznych oddziałach. Piastowałem wówczas stanowiska, które odpowiadały przede wszystkim za poszukiwanie nowych lokalizacji pod otwarcie kolejnych sklepów, negocjacje z właścicielami nieruchomości czy włodarzami miast oraz budowanie od podstaw sieci supermarketów w danym mieście. Mieszkałem wówczas we Francji, w Moskwie (gdzie urodzili się moi dwaj synowie) i w końcu w Polsce, gdzie jak widać, osiadłem na stałe.

Szczerze mówiąc, gdyby ktoś wówczas powiedział mi, że kiedyś będę pruszkowiakiem, z pewnością bym nie uwierzył. Nie pomyślałbym nawet, że moje serce będzie kiedyś bić inaczej, kiedy usłyszę np. w radiu, albo gdzie indziej: Pruszków?
Moja przygoda z tym miastem, która notabene szczęśliwie trwa do dzisiaj, zaczęła się kilka lat temu, gdy postanowiłem opuścić świat wielkich korporacji i jeszcze większych biznesów, i otworzyć własny biznes, zdecydowanie mniejszy. Pomysłów było kilka, ale ostatecznie zapadła decyzja o powrocie do tradycji rodzinnej, czyli produkcji i sprzedaży świeżych lodów. Swego czasu rodzina we Włoszech eksploatowała lodziarnię, z produkcją lodów na miejscu. Dość znaczna część naszych obecnych receptur pochodzi właśnie z tych czasów. Wprawdzie w latach 80. razem z bratem prowadziłem niewielką cukiernię w Budapeszcie, którą zamknęliśmy, kiedy zdecydowałem się na studia we Francji, ale postanowiliśmy spróbować raz jeszcze. Tym razem w Polsce.

Do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego tak długo szukałem odpowiedniej lokalizacji w Warszawie. Tak się złożyło, że dokładnie w tym samym czasie próbowałem nawiązać współpracę w zakresie księgowości i taką możliwość znalazłem właśnie w Pruszkowie. Pomyślałem, że skoro kwestie finansowe będziemy prowadzić w tym mieście, to dlaczego by nie otworzyć tu lodziarni? Odpowiedni lokal znaleźliśmy w przeciągu zaledwie dwóch tygodni. Przypadek? Nie sądzę. Potem był czas na remont, który jak to zwykle bywa, wygenerował wyższe koszta, niż zakładaliśmy i trwał dłużej, niż miał. Lodziarnię otworzyliśmy, więc w połowie sezonu lodów i przyznam szczerze, że nie spodziewaliśmy się tak ciepłego i serdecznego przyjęcia.
Dziękuję za to każdego dnia!

Lodziarnię otworzyliśmy w 2016 roku. Obecnie trwa czwarty sezon, a co się zmieniło przez tych kilka lat? Oprócz wracających gości, z roku na rok mamy więcej nowych — i to z bardzo różnych miejsc, niekiedy takich przyjeżdżających do nas z bardzo daleka.
W 2017 roku wygraliśmy tzw. Gelato Festiwal w Warszawie ze smakiem: śliwka. W tym samym roku i z tym samym smakiem na Mistrzostwach Europy we Florencji zdobyliśmy wyróżnienie jury. W 2018 nasza czarna porzeczka zdobyła nagrodę publiczności oraz II miejsce na Gelato Festiwal w Warszawie. Jednocześnie zakwalifikowaliśmy się do Mistrzostw Świata, które odbędą się w 2021. Z roku na rok rozwijamy się i inwestujemy, aby proponować coś nowego i dobrego naszym klientom. Co się nie zmieniło? Nasze ceny. Od początku te same.

Prywatnie jestem mężem i ojcem dwóch chłopaków — Łukasza i Mateusza (15 i 12 lat). Obaj urodzili się w Moskwie. Z Mamą mówią po polsku, ze mną po węgiersku i czasami po włosku. O nich mógłbym naprawdę bardzo dużo pisać, ale nawet nie zaczynam!

W wolnym czasie, którego nie mam znów w nadmiarze, pochłania mnie sport i poezja. Synom rzecz jasna pomagam w dziedzinie sportu, z kolei w ramach poezji, piszę słowa do piosenek, a czasami również wiersze. Po polsku również udało mi się napisać kilka tekstów. Co więcej, wraz z moim przyjacielem Gaborem z Węgier, wystąpiliśmy nawet z dwiema polskimi piosenkami własnego autorstwa na Festiwalu Poezji Śpiewanej w Olsztynie (w zamku) w 2004 r. Nazwa naszej formacji brzmiała: „…i do szklanki”. Niedługo wystąpimy także na Węgrzech z parodiami języków.

Myślę, że dalszy ciąg i koniec kariery zawodowej, ale przede wszystkim życie prywatne, zapiszą się w mojej historii w prostszy sposób, niż początek. Zamiast: Włochów, Tunezji, Węgrów czy Francji, po prostu będzie Pruszków, gdyż moje plany są związane już tylko z tym miastem!
Lubię to miejsce. Na Pruszków patrzę głównie przez pryzmat osiedla Staszica. Nie tylko dlatego, że tam znajduje się nasza lodziarnia, ale również dlatego, że przez długie lata wychowywałem się na bardzo podobnym osiedlu w Budapeszcie. Może właśnie dzięki temu, niemal od razu poczułem się tu, jak „u siebie”. Poza tym nigdzie indziej nie mam tylu znajomych, co w Pruszkowie. Nie wiem, ile razy w ciągu dnia mówię „Dzień dobry” idąc ulicą, chociażby na targowisko, które z wiadomych powodów jest jednym z moich ulubionych punktów na mapie miasta.