Paweł „Polak” Polakiewicz

Piotr Polakiewicz

Moja historia z Pruszkowem zaczęła się w 1989 roku w szpitalu na Wrzesinie, gdzie donośnym krzykiem zakomunikowałem swoje przyjście na świat. Przez pierwsze lata życia miałem okazję obserwować Pruszków niemalże z lotu ptaka, ponieważ mieszkaliśmy wtedy na 7 (a może na 8, dokładnie nie pamiętam) piętrze w jednym z wysokich bloków przy skrzyżowaniu Alei Niepodległości z Aleją Wojska Polskiego. Z kolei pierwsze poważne koleżeńskie grono uformowałem w Przedszkolu Miejskim nr 3, mieszczącym się w pobliskim parku Tadeusza Kościuszki. Ciekawe, ale niestety jedyne zdarzenie, jakie pamiętam z czasów przedszkolnych, wiąże się z tamtejszym ogródkiem, gdzie pewnego dnia zostałem znokautowany rzuconym we mnie bakłażanem. Trzeba przyznać, że to dość wyrachowany i niecodzienny sposób na zawiązywanie przyjaźni, choć z biegiem czasu nie jestem już nawet pewien, czy ten incydent faktycznie miał miejsce, czy jednak w tym przypadku zadziałała dziecięca wyobraźnia ?

Lata mijały i z przedszkola przeszedłem do pamiętnej Szkoły Podstawowej nr 12. Byłem akurat rocznikiem, który załapał się na reformę edukacji i płynnie zmieniłem „dwunastkę” na gimnazjum nr 4, znajdujące się w tym samym budynku. W podstawówce uczęszczałem do klasy o profilu sportowym, ale najwyraźniej moje zamiłowanie do ruchu i wszelkich aktywności, nie było wystarczająco silne, ponieważ w gimnazjum mój wybór padł na klasę o profilu matematycznym.
Nie wiem, jak w innych szkołach, ale w tej potrafiły dziać się naprawdę szalone rzeczy. Jeżdżenie sankami po schodach w okresie zimowym było właściwie niepisaną tradycją wśród niektórych uczniów. Podobnie zresztą jak petardy typu Achtung, rzucane w kąty korytarza, przed czy po sylwestrze. Pamiętam, że w któreś ferie wpadłem na „genialny” pomysł i jako naturalny brunet postanowiłem przefarbować włosy na głowie (wówczas je jeszcze miałem) na blond. Teraz pewnie nauczyciele nic by nie mogli takiemu uczniowi powiedzieć, bo zaraz wywiązałaby się awantura o ograniczanie swobody i inne, tym podobne bzdety. Jednak w tamtych czasach usłyszałem parę ciepłych słów na swój temat, a pseudonim „Złotowłosa” obowiązywał mnie, aż do czasu odrośnięcia naturalnych włosów.

Po gimnazjum edukację kontynuowałem w Liceum Ogólnokształcącym nr 23. W sumie nawet nie wiem, dlaczego rodzice zdecydowali, że to odpowiedniejsze miejsce, niż liceum państwowe, jednak wówczas ciekawsze dla mnie było granie w gry komputerowe, niż wdawanie się w szczegóły planu mojej edukacji. Liceum jak to liceum. Szalone 18-stki (w sensie, że imprezy urodzinowe :D) i pierwsze legalne kontakty z alkoholem. Do tej pory unikam soku o smaku kaktusa, gdyż jak to wspominamy czasem z kumplem: „To nie był udany rejs do Finlandii”. To były czasy, które najlepiej kojarzą mi się z Pruszkowem. Razem z kumplami mieliśmy swego rodzaju tradycję czwartkowych piwnych spacerów, podczas których chodziliśmy bez celu między Pruszkowem a Malichami i prowadziliśmy mniej lub bardziej sensowne dyskusje na tematy aktualne czy związane z naszymi planami na przyszłość. A te szybko musiałem zweryfikować. Rocznik ’89 był ostatnim, którego obowiązywała służba wojskowa, dlatego jak zapewne większość moich rówieśników, starałem się dostać na jakiekolwiek studia. Udało mi się. Rozpocząłem studia cywilne na Wojskowej Akademii Technicznej (WAT) na kierunku Inżynieria bezpieczeństwa technicznego. W tamtym czasie odkryłem też dwie moje największe pasje, które zresztą towarzyszą mi do dzisiaj — programowanie i sztuki walki.

Zapewne wielu młodych chłopaków zapatrzonych w amerykańskie kino akcji z nieskrywanym podziwem obserwowało na ekranie poczynania mistrzów sztuk walki, myśląc sobie: „Też chciałbym tak umieć”. Swego czasu również byłem jednym z takich chłopców i pewnego dnia po prostu postanowiłem spróbować.
Swoją przygodę ze sztukami walki zacząłem od zajęć z Krav Magi, które odbywały się wówczas na hali sportowej mojej uczelni. Bardzo szybko pochłonął mnie ten sport, a regularne treningi stały się nieodzownym elementem mojego tygodnia. Jako pasjonat tego systemu walki chciałem dołożyć swoją cegiełkę do rozszerzenia grona osób trenujących sporty walki, dlatego ukończyłem kurs instruktora samoobrony (taki ogólny dający uprawnienia do prowadzenia zajęć) i otworzyłem w Pruszkowie własną sekcję. Udało mi się zebrać i poznać wiele świetnych osób, w tym Maćka Bochnowskiego, które mam nadzieję, zaraziłem swoją pasją do sportu, a w szczególności do sportów walki. To była fajna przygoda, która trwała jakieś 3 – 4 lata. Niestety, odniesione kontuzje, na jakiś czas przerwały moją przyjaźń ze sportami walki.

Jak to mawiają: „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Mając przerwę od maty, mogłem skupić się na swojej drugiej pasji, jaką okazało się programowanie i przede wszystkim skoncentrować się na założeniu rodziny. Mam to niesamowite szczęście, że udało mi się spotkać dziewczynę na tyle szaloną, że wytrzymuje ze mną nieprzerwanie już od 8 lat.
Po lekkim hamowaniu moje życie znów nabrało tempa. Zaoczne studia informatyczne (znów na WAT-cie) oraz fakt, że zostałem ojcem, nie pozostawiały złudzeń co do cichego i spokojnego spędzania dni. Szczęśliwie, studia udało mi się zakończyć, a córka ma już ponad 2 lata.
Aktualnie pracuje w zawodzie jako programista. Cieszę się też każdą chwilą, jaką spędzam z rodziną, wyczekuję narodzin drugiego dziecka oraz dzięki mojej niezastąpionej partnerce, udało mi się wrócić na matę. Tym razem moje serce skradło Brazylijskie jiu-jitsu (BJJ), które z nieskrywaną przyjemnością trenuję w klubie BJJ Copacabana Pruszków z naprawdę świetną ekipą. Mam już nawet za sobą start w pierwszych zawodach. Wprawdzie nie można zaliczyć go do udanych, gdyż dostałem lanie w pierwszej walce, jednak pierwszy szlif zawodniczy jest.

A za co lubię Pruszków?
Za jego rozwój. Mieszkając tu od urodzenia i widzę, jak to miasto się zmienia. Oczywiście, jak w każdym dużym mieście jest jeszcze wiele do zrobienia, ale podoba mi się to, że coś, co 5 lat temu mogło wydawać się niemożliwe w tym mieście, dziś jest faktem, oczywiście w pozytywnym sensie.