Paulina Razum

Mam na imię Paulina. Urodziłam się w Warszawie, ale mój dom rodzinny znajduje się pod Grodziskiem, gdzie razem z dwoma braćmi, Patrykiem i Kacprem, każdego dnia tworzyliśmy historię naszej rodziny. Później chwilę mieszkałam w Grodzisku, a od 1,5 roku jestem mieszkanką Pruszkowa i mam nadzieję, że już tak zostanie — bo tu jest mega!

Co ja mogę Wam o sobie opowiedzieć?
Nie wiem, czy jestem ciekawą osobą i czy coś interesującego mogę wnieść do projektu… Spróbować jednak zawsze można 🙂.

Zanim znalazłam się tu w Pruszkowie, moje życie toczyło się w Milanówku. Uczęszczałem tam do Szkoły Podstawowej nr 2, w której właściwie zaczęła się moja poważna przygoda ze sportem. Któregoś dnia zupełnym przypadkiem koleżanki zaciągnęły mnie na trening dla łyżwiarzy i nie mówię tu o łyżwiarstwie figurowym. Wówczas po raz pierwszy zetknęłam się z łyżwiarstwem szybkim. Tak mi się spodobało, że „utknęłam” w nim na dłużej, bo aż do gimnazjum. Rozpoczęłam wtedy naukę w klasie sportowej i dopiero tamtejsze treningi nauczyły mnie, czym tak naprawdę jest dyscyplina, organizacja i dokonywanie wyborów. Najważniejsze, że nauka nie poszła w las.

W pewnym momencie przyszedł czas na ważną – w tamtym czasie najważniejszą – dla mnie decyzję: co dalej? Postanowiłam zrezygnować z łyżwiarstwa szybkiego. Z racji wysokiego wzrostu zapisałam się jednak do drużyny koszykarskiej GKK w Grodzisku Mazowieckim. I przez kolejne kilka lat biegałam po boisku za piłką, co przy okazji sprawiało mi mega fun.

Co natomiast dotyczy mojej edukacji, w tamtym czasie zapragnęłam czegoś „większego” i uparłam się na liceum w Warszawie. Do dziś pamiętam tę batalię z rodzicami – przecież ja „Zosia-Samosia” dam sobie radę i postawię na swoim. Tak też się stało! Okazało się, że szkoła w innym mieście, wcale nie była tak przerażająca i obca, jak można było zakładać. W klasie znalazłam się z kilkoma osobami z Milanówka, co więcej z paroma z nich chodziłam również do podstawówki i gimnazjum. Zupełnie naturalnie każdego dnia wspieraliśmy się więc w drodze do i z Warszawy.

Później przyszła pora na studia. Oczywiście kontynuowałam naukę w Warszawie. A ponieważ jestem „niespokojnym duchem”, natrafiłam na małe komplikacje, zanim udało mi się „dopłynąć do brzegu” i obronić 🙂. Ale kto nie przechodził etapu „dorosłego buntu” — niech pierwszy rzuci kamieniem.
Już podczas studiów zależało mi na tym, aby stać się samodzielną. Do dzisiaj lubię mieć wszystko pod kontrolą, ale wtedy chodziło mi przede wszystkim o bycie niezależną. Pracowałam więc od pierwszego roku studiów. Imałam się różnych prac, głównie dorywczych, a ponieważ z natury jestem osobą bardzo kontaktową, szybko nawiązywałam nowe znajomości i poznałam ludzi, którzy ostatecznie wiele mnie nauczyli.

Sport nadal był obecny w moim życiu i towarzyszył mi praktycznie każdego dnia. Wprawdzie „rozstałam się” z koszykówką, ale w zamian zaczęłam chodzić na siłownię. Można powiedzieć, że znów obudził się we mnie wspomniany już wcześniej „niespokojny duch”. Pierwszy raz na siłownię poszłam w styczniu. Tak — Nowy Rok, nowa ja! Kto tego nie przechodził?

Bardzo sceptycznie podchodziłam do przysłowiowego „pakowania”, dlatego częściej uczęszczałam na zajęcia zorganizowane, niż ćwiczyłam na samej siłowni. Z czasem to się jednak zmieniło, bo polubiłam się z maszynami i ciężarami. Mój wrodzony upór sprawił, że trenowałam zawzięcie, a widoczne z miesiąca na miesiąc efekty jeszcze bardziej motywowały mnie do pracy.
Któregoś dnia zobaczyłam w Internecie zawodniczki bikini fitness i obiecałam sobie, że też kiedyś wystąpię. Jak postanowiłam, tak zrobiłam. Zaczęłam konsekwentnie realizować swój plan. Pierwszy przystanek był w lutym 2019 roku, czyli całkiem niedawno — Debiuty i IV miejsce. Dobrze i niedobrze zarazem, ale ja się przecież nigdy nie poddaję! Jak ta mróweczka pracowałam dalej, a ten sezon był dla mnie spełnieniem marzeń — polubiłam się z podium:
🥉Mistrzostwa Świata Mr Universe WPF
🥇Puchar Polski NABBA/WFF oraz WBBF WFF
🥉Puchar Polski IBFF i WPF.

Dostałam również kwalifikacje na zawody międzynarodowe — Mistrzostwa Świata federacji WPF Poland & IBFF Poland. Udało mi się wywalczyć 3 miejsce, ale najważniejsze jest dla mnie to, że będę mogła reprezentować na tak ważnych zawodach mój kraj, moje miasto! Jestem dumna! Tak, jestem z siebie dumna!

Na zdjęciu widać koszulkę – w barwach narodowych i z moim nazwiskiem, którą otrzymałam na ostatnich zawodach we Francji. I wiecie co? Za każdym razem, kiedy na nią patrzę wiem, że było warto! A gdy przypominam sobie, jak stałam w niej na scenie i śpiewałam hymn Polski, łezka mi się w oku kręci. To spełnienie marzeń każdego sportowca!

Wbrew pozorom sport to nie wszystko. W międzyczasie rozpoczęła się moja „kariera” zawodowa, bo dostałam upragniony wakat z banku. Zaczynałam na stażu, a teraz powoli wspinam się po drabince i kto wie, może kiedyś… chociaż nie, lepiej nie zapeszać. Czas pokaże.

Aktualnie pracuję w Warszawie, codziennie dojeżdżam SKM i codziennie widuję tych samych ludzi. Zdarza mi się nawet żartować w duchu, że właściwie to my wszyscy dobrze się znamy – widzimy się każdego dnia, zajmujemy te same miejsca w pociągu, czekamy na peronie, stojąc w tych samych miejscach, co dzień wcześniej. A jak kogoś nie ma, to zupełnie naturalnie zaczynamy się zastanawiać, czy ma urlop, czy jest chory. Taka nasza pruszkowska SKM-kowa ekipa 🙂.

Prywatnie jestem nieogarnięta. Ale tylko pozornie, bo prawda jest taka, że ZAWSZE mam wszystko w 100% zaplanowane i zorganizowane. Chyba mogę się nazwać „sportowcem po godzinach”, a ponieważ sport od najmłodszych lat uczył mnie dyscypliny, nie widzę dla siebie innej alternatywy. Muszę rozplanować, co, kiedy, o której i gdzie, ale lubię to!

A Pruszków? Pruszków poznaję każdego dnia i za każdym razem odkrywam coś nowego. Nigdy nie zapomnę momentu, kiedy po przeprowadzce postanowiłam pójść pobiegać i żeby się nie zgubić, włączyłam GPS w telefonie. Choć mieszkam tutaj od 1,5 roku, to miasto już zdążyło stać się moim azylem, z którego nie mam zamiaru się ruszyć. Czasami wydaje mi się, że po prostu mnie wchłonęło, przyjęło niczym gościnna pani domu – bo ja czuję się tutaj jak w domu.
Jak każdy mieszkaniec, mam też swoje ulubione miejsca. Niezmiennie zachwycam się pruszkowskimi parkami, które bez względu na porę roku kradną moje serce. Uwielbiam klimat, który panuje w tym mieście, gdzie każdy się uśmiecha, kiwnie głową, pozdrowi z drugiej strony ulicy. Niby duże miasto, a ma się poczucie, że każdego się zna – przynajmniej z widzenia.