Paulina Położyńska

Nazywam się Paulina Położyńska i mam najdłuższe 28 lat z mojego rocznika ’90 (jestem z grudnia).

Kiedyś przedstawiałam się jako Pruszkowianka Paulina Położyńska, teraz deklaruję się zaś jako Zachodnia Mazowszanka, gdyż moje serce rozdarte jest pomiędzy Pruszkowem, Komorowem i Grodziskiem Mazowieckim.
Na samym wstępie muszę powiedzieć, że mam wielkie szczęście, że urodziłam się już w czasach wolnej Polski.
Mimo iż urodziłam się w Warszawie (narodziny trwały około 5 godzin), to stolica nigdy nie zachęcała mnie do dłuższych w niej pobytów – przyznaję szczerze, że korzystam z jej dobrodziejstw tylko wtedy, gdy muszę lub nie mogę znaleźć dobrej alternatywy w okolicy. Wizyty u lekarza, spektakle i koncerty – to właściwie jedyne wydarzenia, które są w stanie spowodować, że pojawię się właśnie tam. Hasło „Zakochaj się w Warszawie” nigdy nie było czymś, co czuję. Bardziej docierało do mnie hasło: „Warszawę da się lubić”. Dlaczego o tym mówię?
Dlatego, że Pruszków był dla mnie zawsze ucieczką od wszechobecnego harmidru i tego pośpiechu, który jest widoczny w stolicy na każdym kroku. To właśnie w Pruszkowie dorastałam i to miasto kochałam. To tu skończyłam Szkołę Podstawową nr 2, która jeszcze za moich czasów nosiła imię Urho Kaleva Kekkonena, potem Gimnazjum nr 3 przy ulicy Kubusia Puchatka, a na koniec obowiązkowej edukacji i najlepiej wspominanych przeze mnie czasów – LO im. Tomasza Zana przy ulicy Daszyńskiego.

Kiedyś byłam inna – w czasach podstawówki miałam pryszcze i wiele innych kompleksów, które teraz wydają mi się naprawdę zabawne. Nigdy nie zapomnę, gdy pierwszy raz ogoliłam nogi, bo mój kolega z klasy (B.G.) na wycieczce szkolnej w teatrze zwrócił mi uwagę, po której śmiali się dosłownie wszyscy! „Paulina! Tobie spod rajstop wystają włosy!” Cała klasa miała wyraźną zabawę jeszcze przez najbliższe dwa lata, a teraz? Teraz prawdopodobnie #półżartempółserio uchodziłabym za wyzwoloną! (gdyż podobno owłosienie jest teraz modne).

Czasy gimnazjum to z kolei chyba najtrudniejszy okres mojego życia. Wtedy już wszystko się zmieniło: pierwszy makijaż, kobiece krągłości i zainteresowanie kolegów. To sprawiło, że moje koleżanki (najczęściej nieco starsze) sprawiły mi na chwilę dosłownie piekło na ziemi. Po latach obserwacji i różnych przemyśleń wydaję mi się, że była to zazdrość, a takie uczucie w chorym wymiarze potrafi uczynić z człowieka prawdziwego potwora. Krzyki i obelgi na korytarzach i prześmiewcze „Brit, daj autograf” w pewnym momencie spowodowały u mnie prawdziwą utratę gruntu pod nogami, ale nie poddałam się, bo zawsze wiedziałam, że to nie ja kogoś krzywdzę. Po jakimś czasie wiele z nich zrozumiało, że hejt (o którym teraz zresztą dużo się mówi) był bez sensu, ale cóż – dzieci w pewnym wieku potrafią być naprawdę okropne.

Kocham dzieci, choć własnych jeszcze nie mam i właśnie dlatego w tym roku szkolnym będę się realizować w Akademii Przyszłości. Projekt, o którym mowa jest kojarzony głównie ze Szlachetną Paczką. Chodzi w nim o to, że poprzez to, co robię i przeżyłam – będę próbować stać się bohaterką dla ucznia, któremu będę pomagać budować poczucie własnej wartości; pomagać w nauce i lekcjach, a także, choć może przede wszystkim próbować go zainspirować oraz zmotywować do wielu działań. Bohaterka to za dużo powiedziane, ale po prostu chcę być dla kogoś oparciem i taką starszą siostrą, której ja akurat niestety nigdy nie miałam.

Czasy liceum to już całkiem dobra zabawa, nawet dla kogoś, kto nigdy nie miał żadnych kłopotów z nauką. Książki fizycznie posiadałam tylko w pierwszej klasie, gdyż na moją prośbę w czasie pozostałych dwóch lat mojej obowiązkowej edukacji, rodzice mi ich nie kupowali. Nie trzeba było, bo dziadek miał dosłownie kilka ton książek o różnej tematyce, a poza tym zawsze uważałam, że najwięcej wyciąga się z lekcji. Niestety był zawsze jeden przedmiot, z którego byłam bardzo słaba: W-F. Nie lubiłam go, a on nie lubił mnie. Może dlatego, że nigdy żaden nauczyciel nie nauczył mnie grać w żadną grę zespołową, czego skutki spijam do dziś. Wszystkie bowiem sporty, jakie uprawiam, są indywidualne: jazda na rolkach, rowerze, nartach, łyżwach i snowboardzie. Umiem jeszcze grać w badmintona, ale ostatnimi czasy jakoś niewiele miałam okazji do takiej gry.
Jeśli zaś chodzi o grę w „zbijaka”, to po kilku latach w-fu spędzanego tylko w tej formie nauki, mogłabym z tego napisać doktorat (a ten mam nadzieję, jest jeszcze przede mną).

Czasy liceum, to też wspaniały czas pełen przyjaciół i różnych zajawek – właśnie wtedy na całego ruszyła moja przygoda z teatrem. Studio-Bis działające przy Młodzieżowym Domu Kultury w Pruszkowie, a także Teatr Pandemia. Były wyjazdy, spektakle i przygotowywania do śpiewanego recitalu, a także prawdziwe emocje i talenty. Niektóre znajomości zostały mi do dziś. W końcu jednak stwierdziłam, że czas na scenie w takiej formie dobiegł dla mnie do końca. Teraz już wiem, że po prostu nie byłam na tyle dojrzała, żeby to kontynuować. Trochę żałuję, lecz ze sceny tak naprawdę nie zeszłam. Poszłam w podobną stronę, bo pierwsze studia, jakie wybrałam to Historia Sztuki.
Ah, jakich ja wspaniałych ludzi tam poznałam. Potem nieudana próba dostania się na Akademię Teatralną, a na końcu mojego długiego sznurka edukacji ukończyłam już studia I stopnia na kierunku Dziennikarstwo i II stopnia na kierunku Zarządzanie, marketing medialny i PR. W międzyczasie udało mi się też zahaczyć i skończyć międzywydziałowe studia na Żydowskim Uniwersytecie Otwartym na kierunku Żydzi i popkultura.

Przez cały ten czas brałam udział w różnych projektach, byłam laureatką konkursu o tematyce różnorodności w społeczeństwie organizowanego przez Mazowiecki Instytut Kultury, a także brałam udział w projekcie Młoda Kultura autorstwa Narodowego Centrum Kultury, gdzie miałam niezwykłą przyjemność współpracować z najwyżej przeze mnie ocenianą placówką muzealną w Polsce, czyli Muzeum Historii Żydów Polskich Polin. Spędziłam tam wspaniałe 9 miesięcy.

Moja obecna praca zawodowa jest niezwykle różnorodna. Łączę swoje pasje i jednocześnie zarabiam, choć na razie nie tyle, ile bym chciała (na budowę domu jeszcze długo nie wystarczy). Pracuję w Radiu Bogoria w Grodzisku Mazowieckim i jestem tam prezenterką, djem i po prostu bardzo uśmiechniętą osobą, która (jak mówią inni) zaraża ich swoją energią. Swoją pracę w mediach rozpoczęłam jednak jeszcze na studiach, kiedy to zaczęłam pisać do najstarszej gazety w Powiecie Pruszkowskim – Głos Pruszkowa, gdzie poznałam fantastycznych ludzi. Do dziś są to moi przyjaciele i przede wszystkim ludzie, których podziwiam. Potem projekt PruszkówMówi.pl, założony przez mojego serdecznego, licealnego kolegę, mającego zawsze smykałkę do dwóch rzeczy: komputerów i rowerów. I jest szczęściarzem, bo dodał do tego jeszcze kulturę i naprawdę świetnie wychodzi mu to łączenie swoich pasji. Projekt PruszkówMówi.pl, co prawda działa do dziś, ale w nieco okrojonej formie i nie tak, jakbyśmy kiedyś tego chcieli. Może jeszcze do tego wrócimy pewnego dnia. Niezależnie od obecnego stanu strony i tego projektu wiem, że to właśnie my zrobiliśmy tym w Pruszkowie sporo szumu.

Najlepiej wspominam wyjątkową dla mnie uroczystą galę „Zaangażowani w Pruszkowie” za sprawą, której chcieliśmy udowodnić poprzedniej władzy, że można zrobić coś fantastycznego za bardzo małe środki i jednocześnie zebrać tam najciekawsze postacie z naszego miasta. Pojawiło się bardzo dużo osób, które nadal funkcjonują w kręgu kulturalnym Pruszkowa, jednakże Naczelnika Wydziału Promocji mimo zaproszenia nie było (czego Panu Witoldowi nigdy nie wybaczę).

W trakcie działania PruszkówMówi.pl i kolejnych projektów, między innymi filmowych, takich jak PruszkówMovie, rozpoczęła się moja przygoda z nowym wtedy, pruszkowskim Pop Radiem. Gdy przypadkiem poszłam tam, żeby poznać ludzi, to poproszono mnie, abym przeczytała jeden tekst… Mój głos, mimo braku radiowego opierzenia tak zachwycił, że pojawiła się szansa na jakieś wspólne działanie. Była audycja PruszkówMówi co tydzień, ale także spełniałam się jako redaktorka i wydawczyni Informacji Kulturalnych. Z kolei, gdy pierwszy raz miałam mieć swój dyżur prezentersko-djski, mój ówczesny szef powiedział: „Będziesz sama, musisz sobie jakoś poradzić. Dasz radę. Jak czegoś nie sknocisz, to się nie nauczysz.” – miał rację. I mimo to, że było między nami więcej niż parę spięć, to jestem wdzięczna za możliwość zdobywania doświadczenia. Ja i konsoleta z kilkunastoma heblami i tysiącem guzików – ojjjj tak, to lubię!

Było też Radio Płońsk, a teraz? Teraz, a dokładnie od listopada 2017 są najlepsze fale na Zachodnim Mazowszu, czyli Radio Bogoria na 94.5fm – zapraszam do słuchania, szczególnie w moim czasie antenowym, kiedy to staram się spełniać w formule #półżartempółserio, której jestem wierna i którą sama sobie wymyśliłam. W tym miejscu poznałam kolejnych wspaniałych ludzi, na których wsparcie zawsze mogę liczyć.

Oprócz pracy głosem w niewidoczny sposób (bo radio), to spełniam się również jako szkoleniowiec. Uwielbiam uczyć (i pouczać) ludzi  Prowadzę szkolenia z zakresu komunikacji medialnej, relacji mediów i organizacji pozarządowych, zdarza się też, że z autoprezentacji. Uwielbiam też pracę konferansjerki, którą chciałabym wykonywać zdecydowanie częściej. Na scenie jestem w swoim żywiole, kocham ludzi i chciałabym im przekazywać dobrą energię, uśmiech, radość, ale też i wiedzę.
Ostatnio postawiłam również na rozwój rodzinnej firmy i staram się poznawać coraz to nowsze niuanse ze świata szeroko rozumianej identyfikacji wizualnej i designu.

W domu umiem sama: wkręcić żarówkę, pomalować ścianę, nakleić tapetę, zdjąć drzwi z framugi, przykręcić klamkę, zagipsować ścianę i użyć szlifierki i papieru ściernego (nie tylko do paznokci), a także umyć okna (czego akurat bardzo nie lubię). Żadnej pracy się nie boję, dopóki wiem, że ani ja, ani moja praca, nie wyrządzamy nikomu krzywdy.

Słucham każdej muzyki (głównie rocka), oprócz tej, która jest dla mnie absolutnie niedopuszczalna, czyli disco-polo. Na weselach zaś tańczę i tańcuję prawie do wszystkiego, pod warunkiem, że jestem w towarzystwie, w którym dobrze się czuję.
Uwielbiam kuchnię azjatycką, jestem też fanką sałatek i schabowych mojej Babci Ali.

Mam najwspanialszą rodzinę na świecie i cała moja najbliższa rodzina mieszka właśnie w Pruszkowie, więc wszędzie blisko!

Mieszkam obecnie z moją ukochaną psiną o imieniu Trauma, która rozkochała mnie w sobie na zabój. Mimo że mam ją u siebie dopiero od początku tego roku, a jest to już leciwy pies (14 lat), to nazywam ją emerytką z duszą szczeniaka. Przed poznaniem Traumy, nie sądziłam i nigdy nie przypuszczałam, że możliwa jest taka miłość i relacja pomiędzy psem i człowiekiem.

Mam w życiu kilka autorytetów, ale dwa najważniejsze są związane właśnie z Pruszkowem. Jednym z nich jest mój osobisty i prywatny dziadek Gerard Położyński, który to właśnie zaszczepił we mnie od najmłodszych lat miłość do teatru i nauczył miłości, akceptacji i tolerancji. (Podkreśliłam: osobisty i prywatny, dlatego że kiedyś tak go uwielbiali wszyscy w klasie, że był on dziadkiem wszystkich moich rówieśników).

Drugim zaś moim autorytetem jest rodowity Pruszkowianin, wzór człowieka o najczystszym sercu, a także ktoś, kto niezależnie od władzy, kolorów w logo, rodzaju zabudowań, czy rozkładu PKP – zawsze tak samo i niezmiennie od 1931 roku kocha swoje miasto, które uważa za swoją małą ojczyznę.
Mowa tu o Tadeuszu Hubercie Jakubowskim – moim trzecim, nabytym dziadku.

To właśnie ja.