Paulina Anna Kaleta

Mam na imię Paulina i z Pruszkowem związana jestem praktycznie od urodzenia, choć z przerwami. To stąd pochodziła rodzina mojego Taty i ja również tu się wychowywałam. Pod koniec lat 90. na krótko przeprowadziliśmy się do Warszawy, aby 1 września 1999 jednak wrócić do Pruszkowa. To właśnie wtedy przekroczyłam mury Szkoły Podstawowej nr 8, gdzie spędziłam sześć kolejnych lat. Poznałam wielu wspaniałych ludzi i razem z koleżankami oraz kolegami walczyłam o pierwszą w Pruszkowie klasę integracyjną, do której zresztą sama uczęszczałam. Udało się, klasy „F” ostatecznie nie rozwiązano, a my przetarliśmy szlak dla kolejnych roczników.

Gimnazjum i liceum to czas spędzony poza Pruszkowem, choć bywałam tu regularnie, odwiedzając dziadków, a później także czekając rano na pociąg do Warszawy. W trakcie studiów ponownie przeprowadziłam się do Pruszkowa i na razie nigdzie się nie wybieram…

Z wykształcenia jestem geografem i choć kocham tę dziedzinę, zawodowo zajmuję się nauką w szerszym zakresie i pod innym kątem. Pracuję w największym centrum nauki w Polsce, gdzie m.in. prowadzę pokazy naukowe. Krótko mówiąc: kopię ludzi prądem i jeszcze mi za to płacą. Po pracy natomiast oddaję się niekontrolowanie rosnącej liczbie hobby. Ponieważ bardzo lubię wszelkie rękodzieło, regularnie uczę się czegoś nowego, najczęściej jednak można mnie zobaczyć z szydełkiem. Jeśli akurat nie mam w ręku szydełka, to jest duże prawdopodobieństwo, że siedzę przy maszynie do szycia. Od niedawna zgłębiam tajniki szycia odzieży, zwłaszcza ubrań w stylu lat 50. i 60. A jak już taki ciuch uda mi się wyprodukować, to jeszcze się odpowiednio czeszę i maluję. Poza tym, co jakiś czas oddaję się także przetwórstwu: sezon zaczynam od dżemu truskawkowego, potem ogórki kiszone, grzyby a na koniec sok z pigwy i nalewka.

Moją największą pasją są jednak lalki, a właściwie Królowa lalek – Barbie. Niesłychaną frajdę sprawia mi zakupienie używanej, sfatygowanej zabawki, a następnie przywrócenie jej życia i blasku. Rzadko się zdarza, żeby jakaś lalka była w stanie nie do uratowania, wystarczy nieco cierpliwości i kilka sztuczek w zanadrzu. A wszystko zaczęło się od rozczesywania peruki pewnego manekina w butiku, w którym jakiś czas pracowałam. Oglądając na YouTube instruktaże jak naprawić takie poczochrane włosy, trafiłam na video o naprawianiu lalek. Od razu zapragnęłam spróbować. Czym prędzej pobiegłam do pobliskiego ciucholandu i przywlokłam do domu pierwszą Barbie. Na początku trochę się broniłam, ale to hobby nie ma litości. Jak już człowiek się wkręci, to na całego. To właśnie ze względu na moje niecodzienne hobby, czasem można mnie spotkać w pruszkowskich ciucholandach, zwykle buszującą w regałach czy koszach z zabawkami. Obecnie moja kolekcja lalek liczy przeszło 150 sztuk i stale się powiększa, a ja aktywnie uczestniczę w życiu społeczności kolekcjonerów. Czasem przyjmuję także do naprawy lalki innego typu, zwłaszcza takie z wartością sentymentalną. Wystarczy się do mnie odezwać. Niepotrzebne, stare Barbie ze strychów i piwnic też z przyjemnością przygarniam.

Długo zastanawiałam się, czy mam jakieś ulubione miejsce w Pruszkowie i niestety nic konkretnego nie wymyśliłam. Bardzo lubię jeździć rowerem po „Potuliku” czy dookoła pól Parzniewskich. Fascynują mnie też stare, ceglane budynki w okolicach dworca PKP a moim najnowszym odkryciem jest Park Żwirowisko. To, co mnie w Pruszkowie pociąga, a jednocześnie trzyma, to jego klimat i charakter. Z jednej strony mieszkam w mieście, mam na wyciągnięcie ręki dużo sklepów, knajp, to wszystko, czego dostarcza miejska infrastruktura, a z drugiej strony jest cisza i spokój, której nie doświadczy się w ogromnych aglomeracjach.

Z czasów szkolnych spędzonych w Pruszkowie, wspaniale wspominam z kolei okres przynależności do 1 Pruszkowskiej Drużyny Harcerskiej „Iskierki” oraz wyjazdy wakacyjne z parafii Św. Józefa. Natomiast jeszcze wcześniej jako całkiem mały szkrab zdarzało mi się bywać na koncertach czy odczytach historycznych w Muzeum Starożytnego Hutnictwa (w towarzystwie dziadków oczywiście).

Na koniec chciałabym powiedzieć jeszcze kilka słów o moim nieżyjącym już dziadku, Jerzym. Niektórzy starsi mieszkańcy Pruszkowa pewnie go jeszcze pamiętają. Wiele lat pisywał artykuły i układał krzyżówki do lokalnej prasy, śpiewał w parafialnym chórze i aktywnie uczestniczył w życiu pruszkowskich towarzystw. Bardzo kochał swoje miasto, a zwieńczeniem jego pasji i zamiłowania było napisanie książki o przemysłowej historii miasta. To właśnie opowieści dziadka pokazały mi Pruszków od zupełnie innej strony. Inaczej wędruje się ulicą, której historię znasz. Jednakże nie tę z Wikipedii tylko tę, którą opowiedzieli ludzie. Ilekroć przejeżdżam obok pałacu w Helenowie, przypomina mi się dziadek, który w czasie wojny w ramach jakiejś kary musiał szorować tam schody… Ta ukryta, często zapomniana historia jest czymś, co pociąga mnie najbardziej. To ona sprawia, że moje miasto jest „moje” trochę bardziej.