Patryk Opara

Nie jestem nikim wyjątkowym, szczególnym, wyróżniającym się z tłumu, dlatego duże było moje zdziwienie, kiedy Maciek zaproponował mi udział w PRUSZKOWIAKU. Może to przez promile we krwi albo chwilowy atak głupoty, ale nie wycofał się z tego kolejnego dnia i oto jestem (dla kontrastu) w jednym projekcie obok wartościowych ludzi – strażaków, doktorów, nauczycieli czy artystów.

Patryk Opara, pruszkowiak od zawsze, mimo że ze Żbikowa. Od urodzenia mieszkam w tej jakże PIĘKNEJ, MALOWNICZEJ i SPOKOJNEJ dzielnicy. To tu tata, własnymi rękoma, wybudował dom dla mnie, mamy i trójki mojego rodzeństwa. To tu rodzice ciężką pracą wychowali nas na ludzi i postarali się, aby nigdy nam niczego nie zabrakło. Poświęcili dla nas zdrowie i marzenia. Nie trudno sobie wyobrazić jak czwórka dzieciaków potrafi dać w kość. Mimo częstych braterskich awantur jakoś przeżyliśmy okres dorastania. Dopiero po latach zrozumieliśmy jak dużo dali nam rodzice – mam nadzieję, że będziemy umieli zaopiekować się nimi na starość równie dobrze, jak oni kiedyś nami.

Karierę naukową zacząłem w „Dziewiątce”. To tam poznałem pierwszych przyjaciół, a niektórzy są ze mną do dzisiaj. Tam też odkryłem zapał do książek i rysowania. Z edukacją nigdy nie miałem problemu, czerwone paski (nie na tyłku) towarzyszyły mi do końca liceum. Gimnazjum szybko przemknęło mi na Hubala, a wisienką na torcie pruszkowskich szkół był ZAN – nie ten olbrzymi, szklany moloch znany teraz, ale stary, dobry Zan w bloku. Mmm, to były czasy. Ciasne korytarze, ochrzaniające nas ciotki i sklepik w podziemiach – główne miejsce schadzek. Najpiękniejsze 3 lata życia. To tam spotkałem najlepszych przyjaciół, z którymi trzymam się do teraz. To tam nauczyciele pokazali mi, że wkuwanie na pamięć dla ocen nie jest najważniejsze – a wiedza i chęć rozwijania się. To tam zrozumiałem, że nie należy przejmować się głupotami takimi jak np. matura, bo jak się jest wśród wspaniałych ludzi, zawsze się jakoś ułoży.

Po liceum trafiłem na Politechnikę Warszawską. Studia, w porównaniu do Zana, to była czysta katorga i strata czasu. Jedyne co trzymało mnie na wydziale to ponownie – spotkani tam cudowni ludzie. Gdyby nie oni, nigdy bym nie skończył tej uczelni. Wspieranie się w sesji, wspólne projekty i imprezy, czy pisanie pracy inżynierskiej na Skype w nocy – złote wspomnienia. W tym roku skończyłem swoją karierę naukową z obronionym tytułem inżyniera i skupiłem się na tym, co od zawsze sprawiało mi przyjemność.

Pasja, jaką jest rysowanie towarzyszy mi od dziecka. Nigdy nikomu nie pokazywałem swoich prac, zawsze się krępowałem i tego wstydziłem. Stale sądziłem, że nie jestem wystarczająco dobry w tym, co robię — że mogę być lepszy. Taki wyścig z samym sobą często prowadził mnie do chęci odpuszczenia – bo przecież nigdy nie będę najlepszy… Dzięki Bogu tego nie zrobiłem. Pasja w pewnym momencie przerodziła się w pracę. Postanowiłem (za namową przyjaciół) spróbować swoich sił w tatuażach. Pewnie nigdy nie znalazłbym się w miejscu, w którym jestem teraz i nie wykonywałbym zawodu swoich marzeń, gdyby nie człowiek, którego spotkałem 2 lata temu – na początku swojej „kariery”.
To on przyjął mnie pod skrzydła i od zera, kompletnie niczego ode mnie nie chcąc, przekazał całą swoją wiedzę. Wspierał mnie i wymagał – dzięki czemu robię to, co kocham, w Pruszkowie, w studiu tatuażu, które jest teraz moim drugim domem. To tu mogę w pełni poświęcić się swojej pasji i tworzyć. Codziennie wkładać całą duszę w tatuowanie — bo jeśli pracować, to tak by zostawić najlepszą część siebie na Ziemi.

Nie potrafię dokładnie powiedzieć, gdzie jest w tym wszystkim Pruszków, może dlatego, że nie znam niczego więcej. Tu pracuję, tu się wychowałem i tu planuje wychować swoje dzieci. Tu chce wracać z każdego dłuższego wyjazdu i tu są najbliżsi mi ludzie. Mogę powiedzieć, że tu jest mój świat.

W instrukcji, jak ma wyglądać tekst, dostałem podpunkt o tym, jaki jestem na co dzień. Jest to dla mnie najtrudniejsze pytanie, bo nie wiem, co mogę o sobie powiedzieć. Swój charakter w jednym słowie mogę streścić jako „pajac”. Staram się wszystko obrócić w żart, żeby za wszelką cenę rozbawić innych. Próbuje z dystansem podchodzić do własnej osoby i ogromu własnych wad. Śmiech to najpiękniejsze co dostaję w zamian. Czasem jednak, gdy należy być poważnym i stanąć twarzą w twarz z problemami – przychodzi mi to z trudem.

Pisząc te wypociny, uświadamiam sobie, jak dużo zawdzięczam ludziom, którzy towarzyszyli mi przez całe moje życie. Ludziom, którzy nauczyli mnie odwagi, zanim odeszli. Z zapartym tchem pokazali mi, czym jest wieczność. Pokazali jak niespotykane i piękne jest to, że w ogóle istniejemy. Tak wiele osiągnąłem, dzięki ich wsparciu i dobroci. Wszystko, co teraz mam, to ich zasługa. Przyjaciele pomogli mi ukończyć studia i wspierają mnie w trudnych chwilach. Na rodzeństwo zawsze mogę liczyć, mimo częstych awantur. Kamil pomógł mi zacząć „karierę” i podzielił się całą swoją wiedzą. Rodzice wychowali i zapewnili wszystko, bym był szczęśliwy, często robiąc to swoim kosztem.

Każda osoba, której elaborat czytałem w Projekcie PRUSZKOWIAK coś osiągnęła, coś sobą reprezentuje lub stara się w jakiś sposób zmieniać świat na lepsze – tworzy piękniejsze jutro. W odróżnieniu od nich ja nic takiego nie robię, niczego nie zmieniam, nikomu nie pomagam. Co więcej, to ja wciąż potrzebuje wsparcia. Jestem sumą dobroci, jaką każda z napotkanych przeze mnie osób mi dała. To oni mnie stworzyli, tak jak ja teraz codziennie mogę tworzyć rysunki czy tatuaże. Mam nadzieję, że w końcu nadejdzie taki moment, kiedy przestanę brać, a zacznę dawać szczęście innym.