Monika Pawełczyńska-Ślusarczyk

28-letnia żona, mama 5-letniej Zosi i 2-letniego Beniamina, córka i siostra, kobieta, chrześcijanka, instruktor harcerski w stopniu harcmistrza, autorka książki o historii powojennej pruszkowskiego harcerstwa, pracownik pruszkowskiego Muzeum. No dobra, to tylko hasła, ale co mogę więcej powiedzieć o sobie?

Pruszków – to hasło jest określeniem moich korzeni i mojego domu. To są wszystkie moje powiązania i moje miejsce na ziemi. Zawsze sobie mówię, że wielkie rzeczy musiałyby się stać, żebym opuściła to miejsce, np. decydujące o zdrowiu i życiu moich dzieci – wtedy człowiek się nie zastanawia i w pięć minut jest na drugiej półkuli.

Pruszków to dla mnie małe-wielkie dziedzictwo, w którym żyję, ale to też historia mojej rodziny. Pruszkowianką “jestem” od kilku pokoleń. Pruszków w mojej rodzinie pojawił się dzięki mojemu prapradziadkowi Antoniemu Pawełczyńskiemu herbu Turzyna-Kotwicz, który wraz z Jakubem Teichfeldem – właścicielem fabryki fajansu w Pruszkowie (słynny “Porcelit”) przyjechał z okolic Konina i Koła do pracy w nowootwartej fabryce. Lepsze środki finansowe i możliwość budowania czegoś nowego sprawiły, że domem naszej rodziny stał się Pruszków. Moje pierwotne korzenie są jednak w Koninie, w woj. wielkopolskim. I choć nazwisko mam strasznie długie i niewygodne, to historia mojej rodziny oraz dobro w panieńskim domu nie pozwoliły mi się rozstać z moim pierwszym nazwiskiem.

Moja rodzina – choć nieidealna, jak każda – jest moim powodem do dumy. Mój Pruszków to taras w panieńskim domu podczas lata, wieczór przy świeczkach i rozmowy z moim tatą. Pruszków to moja mama, która jest dla mnie symbolem niezwykłej wytrwałości i oddania się w działaniu drugiemu człowiekowi. Myślę, że to rodzina jest fundamentem naszego wzrastania – może dlatego zapragnęłam, mając wcześnie swoją miłość – wziąć ślub tuż po maturze oraz bronić magisterkę i drugi dyplom na raz wówczas, kiedy w domu czekało na mnie moje pierwsze kilkumiesięczne dziecko. I choć życie już nie jest takie beztroskie, to są rzeczy na tym świecie, za które warto dać się pokroić. Czym jest dla mnie rodzina? To bycie razem podczas rodzinnego grilla, ale też trwanie przy sobie przede wszystkim wtedy, kiedy nie ma pieniędzy, cierpliwości, sił i farta. Rodziną jest dla mnie moja córka śpiewająca ze mną “Szarą lilijkę” na dobranoc i tłumacząca Beniowi, swojemu młodszemu bratu, że najważniejsze w życiu “to mieć dobre serduszko”.

Święty Augustyn, mój ulubiony święty, powiedział kiedyś, żebyśmy “nie mówili, że czasy są złe, bo to my jesteśmy czasem. Bądźmy dobrzy, a czasy będą dobre”. I w tym nurcie postanowiłam realizować moje studia. I choć nie złożyłam ślubów zakonnych, a zamiast habitu noszę czasem szpilki na nogach a na twarzy pełny makijaż, to z wykształcenia jestem… magistrem teologii. Strasznie niemodne, prawda? Ale jeśli można studiować fizykę kwantową, mechatronikę, albo równie szaloną japonistykę, to czemu nie teologię? Oprócz poznawania myśli Chrystusa i Kościoła poznawałam również tajniki kulturoznawstwa, gdyż specjalnością moich studiów jest teologia kultury. I choć naukę tę mam głęboko w sercu, poznałam tam niesamowicie mądrych ludzi, to moje powołanie krzyczy “Kultura! Historia!”, do czego mnie przygotowały studia oraz dwuletnia pedagogizacja z zakresu wiedzy o kulturze. To właśnie w czasie studiów poznałam swoich największych przyjaciół, miałam największe wyzwania życiowe. To był czas wielkich decyzji i przemiany ducha.

“Szaleńcy, którzy myślą, że chcą zmieniać świat, zmieniają go” – i ot mała wariatka, totalna roztrajkotana, świergocząca, czasem uparta gaduła została harcerką. Krócej mówiąc, rozpoczęła szkołę życia. Harcerstwo w czasie mojego dorastania było przygodą, miejscem, w którym poznałam mojego męża oraz innych serdecznych ludzi. To była zabawa połączona z pracą nad sobą, z wymaganiem od siebie, chociaż XXI wiek i lenistwo tak strasznie protestowało! Gdy dorosłam, zrobiłam stopnie instruktorskie i gdy harcerstwo mnie już ukształtowało, stało się ono dla mnie po prostu służbą. A służba jest jak życie – jest czasem pełna szczęścia, a czasem pełna bólu. Moją ogromną nauka empatii, której czasem bywało za mało i oduczeniem się egocentryzmu była 10-letnia służba na funkcji drużynowej. Teraz jestem komendantem Szczepu, czyli opiekuję się kilkoma gromadami zuchowymi i drużynami harcerskimi. Obecnie zapraszam do nauki i przygody harcerskiej ok. 120 młodych mieszkańców Pruszkowa i okolic. Wiecie, co jest w tym wszystkim najpiękniejsze? Moment, kiedy spotykasz dorosłego już, dawnego uczestnika harcerskiej przygody i spotykając cię dziękuje, że harcerstwo było miejscem, gdzie wreszcie ktoś w niego uwierzył. Moim małym harcerskim konikiem jest też historia, m.in. założenie i prowadzenie Izby Pamięci Hufca ZHP w Pruszkowie – pierwszej filii Muzeum Harcerstwa w Polsce i napisanie książki o historii powojennej harcerstwa w Pruszkowie.

Ale dobrze czynić można nie tylko w harcerskim mundurze. Od niedawna jestem członkiem Stowarzyszenia Jaspis i jednym z moich zadań jest praca nad projektem “Między ziemią a niebem” polegającym na stworzeniu Grobu Dziecka Utraconego, wypracowaniu wsparcia rodzin po stracie dziecka przed narodzeniem oraz wspólnie z zespołem opracowanie książeczki terapeutycznej dla dzieci i rodziców dotkniętych taką stratą w rodzinie.

Obecnie poznaję tajniki pracy nad wizerunkiem i promocją w Muzeum Starożytnego Hutnictwa Mazowieckiego im. Stefana Woydy w Pruszkowie. Czy jest coś piękniejszego? Połączenie nowoczesności, nauki, sztuki, i historii w jednym miejscu? Kiedy wchodzę przez zabytkowe drzwi do wnętrza muzeum mam wrażenie, że tu nawet powietrze pachnie historią – ale taką, którą chce się poznać i taką, którą chce się zaopiekować.

Jakiś czas temu odkryłam w sobie nową pasję – lubię pracę przed obiektywem. Czasem aparatu, a czasem kamery. Moim nowym sposobem na dorobienie i ciekawą przygodę jest wcielanie się w role bohaterów w serialu paradokumentalnym, epizody w serialach czy materiałach reklamowych.

Jakie są moje marzenia? Pierwsze z nich jest takie, że chciałabym żyć 400 lat, bo boję się, że nie zdążę zrealizować wszystkich marzeń. Mamy tylko jedno życie, ale podobno “jeśli będzie się żyć właściwie, to ten raz wystarczy”. Chciałabym kiedyś urodzić mojemu mężowi jeszcze jedno dziecko, zrobić doktorat z historii, ukończyć dwuletnią szkołę aktorską, obudzić się we własnym domu z kominkiem poprzez skaczącą na mnie gromadkę dzieci z myślą, że nie muszę się martwić o byt materialny swój i swoich dzieci. Czasem myślę, czy nie dać się namówić mojemu przyjacielowi i nie założyć bloga. Czuję, że mogłabym wyrazić, napisać parę ciekawych rzeczy. Chciałabym, żeby mój kraj był ciepłym domem dla katolika, ateisty, osoby każdej wiary, bądź niewiary, pochodzenia czy światopoglądu. Chciałabym, żebyśmy siebie szanowali, żebyśmy nie kazali innym na siłę być takimi jak my. Chciałabym, byśmy się lubili. Nawet jeśli wierzymy, myślimy i wyglądamy inaczej to nic nas nie różni, bo nasze serca biją tak samo. Moim marzeniem jest żyć zgodnie ze swoim powołaniem, a czy to będzie wieloletnia kultura w Muzeum, działalność na rzecz miasta w innym zakresie, czy może coś zupełnie innego – nie wiem. Niech Szef wszystkich Szefów prowadzi tam, gdzie mam swoje zadanie. Kiedy zadaję sobie pytanie, co najbardziej w życiu chciałabym zrobić, czasem sobie myślę, że chciałabym zorganizować i poprowadzić interwencyjny ośrodek preadopcyjny – aby znajdować dzieciom „nowe życie” i kochające rodziny, albo poznać tajniki opieki paliatywnej i założyć hospicjum dla niemowląt i małych dzieci wzorem jednej z łódzkich fundacji – aby ich utulić w ostatniej drodze i pomóc im godnie i w miłości odejść. Ale cały czas boję się, że na takie wyzwanie mam za mało sił.

Moim marzeniem jest to, abyśmy wszyscy wierzyli w siebie i abyśmy żyli tak, aby nie wstydzić się spojrzeć każdego dnia w lustro. Wszystkiego dobrego!