Michał Suliński

Lokalny patriota.

Pruszków pojawił się po raz pierwszy w historii mojej rodziny w latach 50., kiedy to dziadek przeprowadził się do małego pokoju kamienicy w centrum miasta. Co ciekawe mieszkam obecnie w tym mieszkaniu, ale o tym może kiedy indziej. Pruszków zdecydowanie jest miejscem z którym się utożsamiam, jest moim domem – miastem, w którym się wychowałem i miejscem, w którym mam najbliższych mi ludzi. Wprawdzie 26 lat temu, tuż po przyjściu na świat w Warszawie, rodzice zdecydowali o budowie domu w pobliskim Nadarzynie, jednak to w Pruszkowie byłem pod opieką dziadków, a następnie przeszedłem całą ścieżkę wczesnej edukacji – od przedszkola nr 10 po LO im. Tadeusza Kościuszki. I tak jakoś do 2006 roku trwało codzienne „kursowanie” pomiędzy tymi miastami, aż w końcu przeprowadziliśmy się z rodzicami do Pruszkowa na stałe. Jestem bardzo wdzięczny moim rodzicielom, że posłali mnie do „Kościucha” zamiast jakiegoś „wypasionego” warszawskiego liceum. Przede wszystkim ze względu na wspaniałych ludzi, których poznałem, całkiem dobre wyniki na koniec (które notabene przesądziły o mojej dalszej lotniczej przygodzie), ale i także za sam fakt, że nie mogłem narzekać na odległość do szkoły, ponieważ moja działka sąsiaduje z działką liceum.

Odkąd pamiętam, chodzę z głową w chmurach. Nie wiem, kiedy dokładnie złapałem lotniczego „bakcyla”, ale na pewno było to w czasach podstawówki. Zaczęło się niewinnie – od sklejania modeli samolotów, pokazów lotniczych w Góraszce i wizyt na starym tarasie widokowym Lotniska Chopina, gdzie z otwartą gębą i niedowierzaniem zakochiwałem się w odrzutowcach coraz bardziej. W gimnazjum częstym przypadkiem było zrywanie się i ucieczki na rowerze na lotnisko, żeby pooglądać samoloty. Wtedy też wybłagałem od rodziców pierwszy aparat, który rozpoczął moją przygodę ze spottingiem (odmiana fotografii lotniczej). Po maturze nie widziałem innego wyjścia niż studia związane z awiacją. Poszedłem na nowo otwarty kierunek lotniczy na Akademii Obrony Narodowej i już na pierwszym roku zdecydowałem, że zrobię wszystko, żeby dostać się na praktyki w liniach lotniczych — udało się, pierwsze doświadczenie w branży zdobyte, „szlaki przetarte”. Studia kończyłem, mając już doświadczenie pracy w dwóch liniach lotniczych i będąc po wymianie studenckiej na Estońskiej Akademii Lotniczej. Jednak czegoś wciąż brakowało – możliwości samodzielnego wzbicia się w przestworza. Pod koniec 2015 roku zacząłem szkolenie lotnicze, żeby po roku odebrać w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego licencję pilota turystycznego.

W lotnictwie zawodowo zajmuję się jego bezpieczeństwem – mam przyjemność pełnić funkcję kierownika ds. bezpieczeństwa lotniczego w jednej z polskich prywatnych linii lotniczych, która operuje prywatnymi odrzutowcami na większości kontynentów. W skrócie — moja praca polega na ograniczaniu ryzyk związanych z operacjami lotniczymi floty naszych samolotów, a więc w głównej mierze na badaniu i wyjaśnianiu zdarzeń lotniczych, analizie zapisów tzw. „czarnych skrzynek”, przeciwdziałaniu zdarzeniom z udziałem naszych samolotów, szkoleniu załóg z systemu bezpieczeństwa lotniczego czy też prognozowaniu poziomu bezpieczeństwa. Z perspektywy osoby zarówno zajmującej się bezpieczeństwem lotniczym, jak i będącej aktywnym użytkownikiem przestrzeni powietrznej, z przyjemnością podkreślam fakt, że lotnictwo to najbezpieczniejszy środek transportu. A dzieje się tak głównie dlatego, że ta dziedzina ceni sobie ludzi o zdrowym rozsądku, przestrzegających pewnych zasad czy spełniających określone kryteria, podczas gdy ewentualna bylejakość prędzej czy później wychodzi na jaw, tylko konsekwencje są różne. Nie byłoby jednak takiego poziomu, gdyby nie fakt, że jest to także, niestety, branża pisana krwią lotników.

Każdy wolny czas spędzam na lokalnych lądowiskach, z których latam po kraju różnymi samolotami, głównie ze znajomymi. Latanie jest jak narkotyk — gdy cię chwyci, to już nigdy nie puści — stąd w planach na ten rok znajduje się również punkt pod tytułem „licencja pilota zawodowego”. Jednak zawsze po każdym locie, gdy opadną już emocje, najprzyjemniej jest wracać do kochanego Pruszkowa.

Nazywam się Michał Suliński – imieniny mam 10 kwietnia, nie wierzę w zamach, odprowadzam podatki w Pruszkowie i z chęcią cię “przelecę”.