Michał Sokołowski

Cześć, jestem Michał. Michał Anioł Sokołowski, ale mów do mnie Sokół. Mam 28 lat, urodziłem się w Warszawie i w wieku 5 lat zawitałem wraz z Mamą i Siostrą do Pruszkowa. Dzisiaj mam wspaniałą żonę Dominikę oraz cudownego syna Stasia!

Zawodowo jestem sportowcem, konkretnie koszykarzem. Praktycznie od 16. roku życia reprezentuję Polskę w rozmaitych zawodach – zaczynałem od drużyn młodzieżowych, w obecnej chwili gram w lidze seniorskiej

No, dobra, ale może opowiem, jak to się właściwie zaczęło.

W pierwszej klasie podstawówki, w SP nr 2 poznałem mojego przyjaciela, Bartka. To on pokazał mi koszykówkę — tą na osiedlu i tą NBA. Kiedy tylko była pogoda, po szkole często chodziliśmy do niego, wystawialiśmy kosz przed klatkę i graliśmy. Niestety, po roku przeprowadziliśmy się z Mamą do innej części Pruszkowa i siłą rzeczy musiałem zmienić szkołę, stając się uczniem SP nr 6 przy ul. Lipowej. Nowa szkoła, nowe otoczenie, ale koszykówka ze mną została. Już na początku roku uczniów odwiedził trener Kwasiborski, pytając, kto jest chętny na treningi koszykówki. Zgłosiłem się bez chwili wahania. Potem były już tylko kolejne treningi. I tak zaczęła się moja przygoda z MKS MOS Pruszków.

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo okaże się ona ważna w moim życiu. Trener był bardzo zaangażowany w rozwój młodzieży i ściągał ze wszystkich szkół w Pruszkowie najbardziej utalentowanych zawodników. Pierwsze lata były dla nas bardzo ciężkie, bo wszystkie mecze graliśmy ze starszymi rocznikami i głównie przegrywaliśmy dość dużą różnicą punktów. Do dzisiaj pamiętam słowa trenera, które wypowiedział do nas po jednym z takich nieudanych meczów, że za rok, to my będziemy wszystkich tak ogrywać w naszym roczniku. I faktycznie miał rację. Z roku na rok nasza drużyna była coraz lepsza i osiągała lepsze wyniki.

Skończyła się podstawówka, ale trener i na to miał swój pomysł. Zaproponował całej drużynie zorganizowanie klasy koszykarskiej w Gimnazjum nr 4. Wszyscy bez słowa protestu zgodziliśmy się na to i cała drużyna, 22 zawodników!, trafiło do jednej klasy. Od tego momentu cała rodzina Kwasiborskich o nas dbała. Jerzy i jego synowie, Tomek oraz Grzesiek. Mieliśmy takie warunki, że o nic nie musieliśmy się martwić. Z perspektywy czasu myślę sobie, że to wszystko stało się dla nas mocnym fundamentem do odważnego wejścia w dorosłość.

Lata mijały i w końcu nadszedł moment szkoły średniej. Niektórzy wybrali dla siebie inne drogi, przygodę ze sportem zostawiając w gimnazjum. Niecała drużyna się więc ostała. Ja jednak cały czas wierzyłem, że moją ścieżką jest koszykówka. Wybrałem liceum im. T. Zana i łączyłem naukę z treningami. Tym bardziej że mieliśmy naprawdę dobre warunki do doskonalenia swoich umiejętności. Pod koniec liceum zacząłem już występować w seniorskiej drużynie Znicza w pierwszej lidze i chyba wtedy doszedłem do silnych wniosków, że niezależnie od wszystkiego, koszykówka będzie moim sposobem na życie.

Po pół roku występowania w Zniczu przeniosłem się do Anwilu Włocławek, do ekstrakalasy. I wtedy zderzyłem się z wielką ścianą! Nic nie przychodziło mi łatwo, musiałem wiele kwestii zweryfikować w swojej głowie. Trener nie widział mnie w składnie i praktycznie cały rok przesiedziałem na ławce. Nie poddałem się jednak i wciąż ciężko pracowałem. W końcu dostałem swoją szansę. Rok później zacząłem na poważnie grać w KOSZYKÓWKĘ, ale na najwyższym poziomie. We Włocławku spędziłem 3 lata, a kolejne 4 w Radomiu, gdzie wraz z drużyną zdobyliśmy Puchar Polski, Super Puchar Polski i Wicemistrzostwo. To było coś wielkiego, zarówno dla nas zawodników, jak i dla całego klubu, szczególnie że nie byliśmy faworytami do medali i pucharów.

W Radomiu zacząłem grać na arenie międzynarodowej, a ciężka praca i wytrwałość zaprocentowały powołaniem do seniorskiej reprezentacji Polski. Dla zainteresowanych wtrącę taką ciekawostkę, że koszulka reprezentacji, która towarzyszy mi na zdjęciu, dzisiaj wisi w gablotce w szkole przy ul. Gomulińskiego i jest dla mnie namacalnym dowodem na to, że marzenia się spełniają. Choć nie same.

Wracając jednak do mojej opowieści… W międzyczasie grałem w brawach Zastalu Zielona Góra i ponownie w Anwilu. W zeszłym roku natomiast postanowiłem spróbować swoich sił na rynku zagranicznym. Sezon zacząłem w Legii, ale po 9 meczach wyjechałem do włoskiego Treviso, gdzie zagrałem dość udany sezon w tamtejszej Serie A.

Nie da się ukryć, koszykówka to całe moje życie. Co więcej, właśnie dzięki niej poznałem moją żonę. Była koszykarką najpierw w Pivot Piastów, później w OSSM Warszawa. Tak się złożyło, że mieliśmy wspólnych znajomych, którzy podobnie jak my byli częścią koszykarskiego świata. Nie przesadzę, kiedy napiszę, że ten sport dał mi wszystko to, co dla mnie najważniejsze – cudowną rodzinę, super przyjaciół, ogromny bagaż doświadczenia i wiele niezapomnianych chwil!

Dzisiaj całe moje życie związane jest z Pruszkowem. Tutaj mam rodzinę i przyjaciół. To właśnie tu wracam w przerwie między sezonami, to tutaj odpoczywam i umiem się zregenerować. Przez ponad 20 lat Pruszków bardzo się zmienił, w moim odczuciu na plus. Cieszą mnie prowadzone renowacje parków i placów zabaw, których jestem częstym bywalcem, bo mój syn bardzo lubi się na nich bawić. Cieszy mnie również, że w Pruszkowie kontynuowane są koszykarskie tradycje. Ja wyjechałem, ale znajomi trenerzy cały czas pracują z młodzieżą. Jak tylko jestem w domu, staram się ich odwiedzać, porozmawiać o nowych, młodych talentach i podpatrzeć, jak trenują. W końcu to oni nas zastąpią, kiedy przyjedzie pora.