Michał Siwiński

Zacząłem nosić maskę, zanim stało się to modne…
Zawsze ciągnęło mnie do robienia czegoś z niczego. Nigdy nie potrafiłem usiedzieć w miejscu i poza typowymi dla dziecka aktywnościami mocno angażowałem się w rozwijanie umiejętności manualnych. Często nawet bardziej niż w naukę w szkole, ale od początku.

Wszystko zaczęło się niedługo po moim przyjściu na świat na pruszkowskim Wrzesinie. Już jako wychowanek najmłodszej grupy przedszkola wykazywałem ponadprzeciętne zainteresowanie motoryzacją, które zostało ze mną do dziś. Na hasło Pani przedszkolanki „narysuj swój dom” jako jedyny rysowałem budynek i samochód. „Narysuj swoją rodzinę”? Jasne! Siwiński znów narysował mamę, tatę i jakieś auto! Po niedługim czasie moi rodzice, widząc, z jaką starannością zajmuję się swoimi czterokołowymi zabawkami, postanowili dać mi prezent, który zmienił moje życie — model do sklejania. Już nie pamiętam, co to był za samolot, ale jestem praktycznie pewny, że był wyprodukowany przez pruszkowskie zakłady „Plastyk”. I tak oto ja, z pomocą ojca zbudowałem z malutkich części prawdziwy samolot! Może tak naprawdę nie latał, może był trochę koślawy, ale dla mnie był najlepszy, bo zbudowany własnoręcznie.

Lata mijały, a ja wciąż sklejałem modele. Krok po kroku, coraz dokładniej, coraz więcej, coraz lepiej, aż tu nagle nie wiadomo kiedy stałem się uczniem Szkoły Podstawowej nr 9 i tu nastąpił kolejny niespodziewany przełom w przygotowaniu do obecnego zawodu i do tego, kim jestem. Podczas jednej z wizyt u kolegi z klasy rzuciła mi się w oczy postawiona w kącie motorynka. Po bardzo krótkich namowach, ale za to po długim dystansie przebiegniętym z motorynką obok, silnik w końcu zaskoczył, a my improwizując, bo żaden z nas nie potrafił, zaczęliśmy oswajać się z jazdą na tym piekielnie, jak na tamte czasy, szybkim sprzęcie. Nie minęło dużo czasu, kiedy to dostałem drugi najwspanialszy prezent — swoją własną motorynkę! Ależ to był szał! Przynajmniej dla mnie, bo już wtedy zaczęła się pojawiać moda na skutery. Te były jednak wszędzie, a motorynka zaczynała już być rzadkością, więc stała się unikatowa. Może i denerwowało mnie to, że cięgle się psuła, ale byłem dumny z tego, że mam coś, co z racji roku produkcji było inne niż cała reszta. To był dopiero początek mojej „graciarskiej” przygody. I znowu lata mijały, a moja pasja do starych i nietypowych pojazdów rosła. Apetyt rósł w miarę jedzenia, więc gdy byłem już uczniem ożarowskiego gimnazjum im. Wincentego Pallotiego, wymarzyłem sobie odbudowę klasycznego samochodu. Tu znów z pomocą pojawili się moi niezawodni rodzice, którzy pomogli mi z kupnem mojego pierwszego samochodu, a było to nie byle co, bo auto z 1978 r., które na pierwszy rzut oka wyglądało ładnie, ale z racji zaporowo niskiej ceny miało mnóstwo bolączek, z którymi starałem się uporać.

Liceum było dla mnie bardzo intensywnym czasem nauki. I choć może niezbyt często widywano mnie w Kościuchu, do którego uczęszczałem, to moja głowa była nieustannie zajęta przyjmowaniem informacji na temat budowy, historii i technik prowadzenia samochodów. Któregoś razu za sprawą jednego z kolegów ze szkoły, auta musiały częściowo ustąpić miejsca lotnictwu. Mój imiennik, którego wtedy poznałem, był zakręcony na punkcie samolotów mocniej, niż ja byłem wierny swojej czterokołowej pasji. Kilka wizyt na lotnisku i mnóstwo wysłuchanych historii poskutkowały tym, że po ukończeniu ogólniaka obaj wylądowaliśmy na Akademii Obrony Narodowej na kierunku Lotnictwo. Choć z nieskrywaną fascynacją słuchałem o aerodynamice i typach konstrukcji, to jednak nie potrafiłem usiedzieć w ławce. Za dużo teorii, a za mało praktyki. Nie umiałem znieść faktu, że zamiast brudzić się w smarach i obsługiwać te piękne maszyny muszę notować. I tak oto po roku spędzonym na AON-ie nastał koniec mojej przygody ze studiami.

Doskonale rozumiałem to, że minęłoby jeszcze dużo czasu, nim pozwolono by mi dotknąć prawdziwego samolotu, ale mój głód praktycznego działania i fakt, że dostałem propozycję pracy, która była fantastyczną przygodą, zadecydowały. Trafiłem na podwarszawski tor, na którym można było przejechać się prawdziwą rajdówką i słuchając podpowiedzi instruktora na prawym fotelu, podszkolić swoją technikę jazdy. My siadaliśmy najczęściej po stronie pasażera, a w wolnych chwilach sami się ścigaliśmy. Tak minął fantastyczny rok, po którym za sprawą jednego ze stałych bywalców toru skończyłem jako pracownik warsztatu motocyklowego, zajmującego się bieżącym serwisem, jak i renowacją zabytkowych sprzętów oraz budową konstrukcji na życzenie klienta. Lepiej trafić nie mogłem! Z początku próbowałem swoich sił na stanowisku mechanika, jednak już po tygodniu znalazłem swoje miejsce na lakierni. W życiu nie trzymałem w ręku pistoletu lakierniczego, ale po instruktażu szefa, który sam lakierował, zacząłem pracę w fachu, który pochłonął mnie całkowicie.
To było jak powrót do dzieciństwa, kiedy to zarywałem nocki, klejąc kolejny model. Różne wzory, grafiki, paski wyklejane przez długie godziny, aby potem przykryć je mieniącymi się lakierami i usłyszeć od szefa-perfekcjonisty, że „no niby ładnie, ale tu trochę krzywo”. To tylko motywowało mnie do działania, które trwało w tej firmie 3 lata. Po tym czasie było mi mało, wciąż chciałem więcej i tak idąc za namową kolegi Michała, który w liceum pokazał mi piękną stronę lotnictwa, wysłałem CV do największej bazy obsługowej na lotnisku Chopina, aplikując na stanowisko lakiernika lotniczego.

I udało się!

Początki nie były łatwe, bo mimo że wymalowałem już niezliczoną ilość elementów, to tam z wrażenia opadła mi szczęka. Nie dość, że wiele „detali” jest wielkości przeciętnego dostawczaka, to jeszcze wymagana jest konkretna grubość powłoki, a czasem nawet i waga, bo może mieć to wpływ na sterowność maszyny. Z czymś takim nigdy wcześniej się nie spotkałem. Zawsze liczył się wygląd końcowy i trwałość, ale podjąłem wyzwanie i odkładając na bok stres, wziąłem się do roboty. To nie był jednak koniec zaskoczeń. Organizacja pracy i jakość jej wykonania w obsłudze samolotów jest na tak wysokim poziomie, że praktycznie każde działanie mechanika jest odnotowywane w dokumentacji, a każdy etap pracy jest nadzorowany przez technologów. Tu nie ma miejsca na błąd. Gdy w powietrzu przydarzy się awaria, nie ma możliwości zatrzymać się na poboczu.

Jednak mnie wciąż było mało.

Wczesna godzina końca zmiany na lotnisku sprawiła, że miałem dużo wolnego czasu, więc żeby nie siedzieć bezczynnie w domu, zacząłem zaglądać do warsztatu prowadzonego przez kolegę, gdzie mogłem się oddać przyjemności dawania drugiego życia starym samochodom. Prace trwały miesiącami i każda drobnostka przybliżająca mnie do celu była ogromnie motywująca, a finalne pokrycie całości tej ręcznej roboty lakierem wylanym na gładko było najlepszą nagrodą za krew i pot zainwestowane w dany projekt. Z czasem pojawił się też pewien problem, ponieważ do każdego z realizowanych zleceń trochę się przywiązywałem i z bólem serca oddawałem je potem właścicielom. Rozwiązanie mogło być tylko jedno — znalezienie własnego kąta, w którym mógłbym realizować swoje pomysły na samochodach zgromadzonych przez te wszystkie lata, czasem angażując w nie trochę więcej pracy niż to konieczne. Nie łatwo było znaleźć odpowiednie miejsce, ale po żmudnych poszukiwaniach ostatecznie się udało. W Błoniu natrafiliśmy na fajną lokalizację, a właściwie na niepozorne podwórko, które okazało się bardzo przyjazne wszelakim pracom nad starymi autami. Mieszczący się tam garaż stał się moim drugim domem, w którym ze szczerym uśmiechem na twarzy tnę, spawam, lakieruje, odnawiam i przerabiam, sukcesywnie dążąc do pełni zadowolenia ze stanu technicznego i wizualnego swojej kolekcji. Między innymi tej konkretnej motorynki, którą dostałem w podstawówce.

I tak oto mały prezent od rodziców, sprawił, że wciąż — jak to miałem w zwyczaju będąc jeszcze dzieckiem — maluję samoloty i przerabiam resoraki. Zmieniła się tylko skala.