Michał Bochman

Witajcie! Nazywam się Michał Bochman i jestem mieszkańcem Pruszkowa od 42 lat. Urodziłem się w 1979 roku na Wrzesinie i to właśnie w tamtych rejonach spędziłem okres wczesnego dzieciństwa. Dziadkowie byli bowiem pracownikami szpitala, a moi rodzice mieszkali wówczas za portiernią tam, gdzie obecnie znajduje się apteka. Niedługo po moich narodzinach przenieśliśmy się do mieszkania przy ul. Kopernika, gdzie rodzice otrzymali lokal w bloku przy budce telefonicznej. Krótko przed stanem wojennym ponownie zmieniliśmy miejsce zamieszkania, żeby finalnie osiąść na stałe na osiedlu Staszica, gdzie wraz z rodziną mieszkam do dzisiaj.

Beztroskie dzieciństwo minęło mi głównie na zabawie, w bardziej lub mniej charakterystycznych dla Pruszkowa lokalizacjach. Dużo czasu spędzałem na placach zabaw albo wdrapując się na pobliskie drzewa. Razem z kolegami kopaliśmy piłkę za blokiem, szaleliśmy na rowerach i graliśmy w kapsle. Edukację zacząłem w przedszkolu w Parku Sokoła, zerówkę skończyłem w bloku przy Jasnej, a potem trafiłem do Szkoły Podstawowej nr 2. Wolny czas między zajęciami a odrabianiem prac domowych spędzałem oczywiście na wypadach z kolegami. Pamiętam lody w drewnianej budzie na ul. Kościuszki, zabawy na czołgu, a nawet drożdżówki i przepyszną oranżadę u Pani Sasankowej. Zimą również nie brakowało nam rozrywek. Chodziliśmy na „doły” i godzinami zjeżdżaliśmy na sankach. Wtedy jeszcze nie było tam osiedla i żeby trafić na miejsce, szło się przez pola za Kadrą Pracy.

Po ukończeniu szkoły podstawowej rozpocząłem naukę w zawodówce w Piastowie, obierając kierunek cukiernictwa. Zawód poniekąd wybrali mi rodzice, ponieważ zarówno mój tata, jak i ojciec chrzestny byli z branży. Zdobyłem tytuł czeladniczy, ale tak naprawdę zawsze ciągnęło mnie do mechaniki. Odkąd sięgam pamięcią, lubiłem pobrudzić się smarem i często grzebałem przy rowerach czy motorowerach. W zawodówce z kolei kupiłem pierwszy motocykl – Jawa 350 Twin Sport, a niedługo potem „Malucha”, który był starszy ode mnie. Wszystkie pojazdy, jakie miałem, niezależnie od tego, czy były to jednoślady, czy czterokołowce, zawsze naprawiałem sam.
Po wojsku nastał dziwny czas. Z pracą było ciężko i człowiek imał się różnych zajęć, żeby tylko zarobić parę groszy. Dla mnie dodatkowo były to trudne lata, ponieważ w międzyczasie zdecydowałem się na podjęcie nauki w szkole średniej. Poszedłem zaocznie do liceum w Zanie, ale szybko doszedłem do wniosku, że to nie to, więc ostatecznie zmieniłem profil i kontynuowałem edukację w warszawskim technikum ekonomicznym. Jakiś czas później postanowiłem pójść śladem mojej największej pasji i w końcu po latach zdobyłem trzeci zawód – mechanika samochodowego.

W tamtym czasie poznałem również moją żonę. Rok po ślubie przyszedł na świat nasz syn, a trzy lata później córka. Można by rzec, że wszystko układało się po mojej myśli. Rodzina, dzieci, własny biznes, bo to był moment, kiedy prowadziłem warsztat samochodowy w Pruszkowie, jednak los lubi czasem płatać figle, nie zawsze przyjemne. Rok po narodzinach córki doznałem udaru mózgu. Czekała mnie rekonwalescencja i konsekwentne zwolnienie życiowego tempa. Musiałem coś robić, więc otworzyłem sklep, ale nie potrafiłem przestać myśleć o tym, co sprawiało mi największą frajdę – o mechanice. To wtedy zacząłem poważnie interesować się starymi pojazdami. Obecnie jestem posiadaczem kilku zabytkowych aut, głównie rodzimej produkcji, bo według mnie mają to „coś”. W międzyczasie zamknąłem działalność i podjąłem się pracy na etacie w kilku warsztatach w Warszawie bądź okolicach, żeby ostatecznie osiąść zawodowo w Pruszkowie.

Kiedy natomiast nie pracuję, poświęcam czas rodzinie, jeżdżę na przeróżne zjazdy czy spotkania związane ze starymi autami i udzielam się charytatywnie w akcjach dla dzieci. Staram się też od czasu do czasu zajrzeć do mojego ukochanego auta – FSO Poloneza – który dawniej służył w policji. Trwało to trochę, ale stopniowo udało mi się przywrócić go do stanu i wyposażenia z czasów, gdy stanowił narzędzie pracy stróżów prawa. Ponad dwa lata temu w mojej głowie zrodził się pomysł, żeby pasję motoryzacyjną połączyć z akcjami charytatywnymi. I tak do wyposażenia ukochanego auta dołączyli pasażerowie, czyli trzy duże miśki. Dwa jeżdżą w czapkach i kamizelkach policyjnych, a trzeci to osadzony w pięknym pomarańczowym stroju więźnia. Jak to mawia mój kolega, z którym dość często wyjeżdżam na akcje: „Misie i błyskotki lubią wszystkie dzieci”.

Całe życie mieszkam w Pruszkowie. Na przestrzeni lat zdążyłem jednak zauważyć, jak wiele się zmieniło, szczególnie jeśli chodzi o sąsiedzkie interakcje i tempo życia mieszkańców. Za czasów, gdy ja byłem dzieciakiem, prawie przy każdym bloku były miejsca zabaw dla dzieci – place z huśtawkami czy chociażby boisko do piłki nożnej, a sąsiedzi chętniej ze sobą rozmawiali. Obecnie Pruszków stał się wielką sypialnią Warszawy; miejscem, w którym z roku na rok znikają tereny zielone na rzecz kolejnych blokowisk i ogólnego zabetonowania. Nie wyróżnię się jakoś, szczególnie jeśli napiszę, że trochę brak mi tej zieleni i klimatu, którym Pruszków szczycił się kiedyś.
A jakie są moje plany na przyszłość? Cóż. Chcę dalej rozwijać swoją pasję do starych aut i rzeczy. Myślę także o otwarciu prywatnego muzeum, aby pokazać zwłaszcza młodym ludziom, jak to dawniej wyglądało życie i uzmysłowić im, że można spędzić czas inaczej, niż tylko nieustannie wpatrując się w komputer, tablet czy telefon.