Marta Sikorska

Marta Sikorska

Nazywam się Marta Sikorska z domu Głuszak. Choć w moich żyłach płynie łódzko-kielecka krew (temperamentna ze mnie dziewucha), to w Pruszkowie mieszkam już od 38 lat. Dla jednych to krótko, dla innych długo, dla mnie z pewnością wystarczająco, by poznać to miasto wzdłuż i wszerz.
W jednym z pruszkowskich bloków pomieszkiwałam jakieś 10 lat (przepraszam, więcej nie dałam rady), czyli dokładnie do momentu, w którym moje serce kazało mi wrócić na stare śmieci do Malich. To tam osiadłam na stałe i przede wszystkim odnalazłam spokój dla siebie i córki.

Być może to dziwne, ale nigdy nie uczyłam się w Pruszkowie. Piastów pozwolił mi skończyć szkołę podstawową, Milanówek liceum ekonomiczne (pozdrawiam wszystkich absolwentów z Wójtowskiej), a Warszawa umożliwiała wznieść się na wyżyny intelektualne i skończyć studia. Zakusy były na AWF, a ponieważ od zawsze słyszałam od rodziców, że „sport Ci chleba nie da”, w końcu odpuściłam i ukończyłam administrację publiczną.

Mimo to zawsze byłam w Pruszkowie obecna, chociażby w chwilach, gdy jako dzieciak zabijałam nudę. Zdarzało się, że przesiadywałam na przystanku WKD-ki w Malichach z innymi dzieciakami, czasami błąkałam się po Regułach, a jeszcze innym razem kąpałam się w Utracie (tak, wtedy jeszcze Utrata była bardzo czystą rzeką). W centrum Pruszkowa w latach 90. nie było zbyt wielu atrakcji dla młodych ludzi, pomijając może basen przy pociągu, który w tamtym czasie był dla mnie mega rozrywką i do dzisiaj wspominam to miejsce z ogromnym sentymentem. W Pruszkowie poznałam też mojego męża, który już nie jest moim mężem i to by było na tyle.

Parę lat temu prowadziłam zajęcia aqua aerobiku na basenie Kapry. Pewnie niektóre babeczki pamiętają, że przychodziły do mnie na lekcje potańczyć, a nie poćwiczyć. To był wspaniały czas, kochałam te zajęcia i dziękuję losowi, że udało i mi się poznać tyle wspaniałych, mega pozytywnych kobitek. W międzyczasie miałam też inną pasję — uciekałam na konie ? Piękny sport, który dał mi prawdziwą szkołę życia i nauczył pokory. Może wydawać się to śmieszne, ale córka i konie spowodowały, że moje życie zwolniło o 50%, a uosobienie zakręconej dziewczyny się uspokoiło. Dzisiaj widzę innych dookoła, mam w sobie więcej empatii i uczucia, niż kiedyś.

Jak to mawiają mądrzejsi? Nic nie dzieje się bez przyczyny?
Rok 2013 i 2014 doświadczyły mnie tak mocno, że staram się o tym nie pamiętać, choć z drugiej strony, wspomnienie ówczesnej sytuacji skutecznie ściąga mnie na ziemię zawsze, kiedy zachodzi taka potrzeba. Zdrowa i pełna energii dziewczyna, która biega, skacze i tańczy, aż nagle trach… Operacja kręgosłupa z obustronnym paraliżem stóp i niestety kolejne ciężkie operacje. Zasadniczo na tym mogłabym poprzestać i skończyć opowiadać swoją historię, bo zakończenie zdaje się przewidywalne. Otóż nie. Pierwszy raz w życiu chciałam zagrać vabank. Postawiłam wszystko na jedną kartę, nie poddałam się i wszystkiego uczyłam się od nowa — chodzenia, wstawania, zakładania spodni, siadania. Dzień w dzień te same powtarzające się czynności, aż do znudzenia. Byłam jak robot na autopilocie, nie istniały inne potrzeby, nic się nie liczyło prócz tego, aby znów móc samodzielnie funkcjonować. I żeby nie było… Bywało ciężko, naprawdę trudno. Każdy krok był dla mnie ogromnym wyczynem, a porażka bolała dwa razy. Szczerze? Na początku naprawdę mnie to przerosło, myślałam, że to będzie prostsze i takie oczywiste, bo co to takiego jest wstać i iść? Przecież tego się nie zapomina. Nic bardziej mylnego. Los dał mi kolejnego pstryczka w nos. Z uporem maniaka raz po raz rozkładałam wszystko na czynniki pierwsze, analizowałam i próbowałam zrozumieć. Każdy stabilnie postawiony krok był spełnieniem moich marzeń, każda czynność wykonana samodzielnie miejscem na podium, a kolejna udana próba moim osobistym sukcesem. Stale próbowałam, każdego dnia przesuwałam własne granice i łzami szczęścia oblewałam swój triumf.

Nie wiem, gdzie człowiek gromadzi te nadprzyrodzone siły, tego ducha walki. Ja nigdy nie użalałam się nas sobą, zawsze wychodziłam z założenia, że nie ma rzeczy niemożliwych. Może dlatego, że kojarzyło mi się to raczej ze słabością, niż brakiem możliwości. A ja za nic w świecie nie chciałam być słaba. Chciałam i nadal chcę być silną i niezależną kobietą. Zaraz ktoś powie: Marta na traktory! Odpowiem: Czemu nie? Odnoszę wrażenie, że w nas kobietach, brakuje tej siły, która będzie nas pchać do przodu i która doda nam odwagi. Ten, kto myśli, że czegoś nie może, jest po prostu słaby. Nie dajmy sobie nigdy, ale to przenigdy wmówić, że czegoś nie można, bo to wszystko tak naprawdę zależy od nas, od naszych potrzeb, chęci i uporu.

Ciężka i długa rehabilitacja pozwoliła mi odżyć, w pewien sposób narodzić się na nowo, z większą radością i pokorą. Mam ogromny dług wdzięczności wobec tych ludzi, którzy wówczas najmocniej we mnie wierzyli, a teraz staram się go spłacić z nawiązką.
Kiedy poczułam już siłę w ciele, wróciłam do sportu. Biegam triady warszawskie oraz bieg kobiet — zawsze pierwsi (motywacja, energia, wiedza, profilaktyka — zawsze Pier(w)si — zawsze, kilka kroków przed rakiem). Ostatnio do mojej listy dołączył również runmageddon oraz crosfitt, ale wszystko z umiarem. Ktoś mnie kiedyś zapytał: A Pani to tak codziennie jeździ tym rowerem? Ja mu na to, że tak, a on: Do Warszawy z Pruszkowa????, a ja: no, TAK!
Właśnie, zapomniałam napisać, że niedługo zaczynam kolejny sezon rowerowy, gdyż od kwietnia do końca września jeżdżę rowerem do pracy. Wtedy jest inny stan ducha, ciała i umysłu — człowiek wie, że żyje.

Na co dzień pracuję w Warszawie i choć jestem tak zwaną „biurwą”, to kocham swoją pracę. Skończyłam studia na wydziale Prawa i Administracji na jednej z warszawskich uczelni, co ukierunkowało moje życie zawodowe w stronę administracji rządowej i w pewnym stopniu służby krajowi. Liczę i analizuję, więc cyfry nie są mi obce, a w kryzysowych sytuacjach… Zawsze widzę wyjście z sytuacji ? To tak jak w życiu: zawsze jestem, o ile ktoś tego potrzebuje.

Kilka lat temu założyłam na Facebooku PGS Pruszkowską Grupę Sprzedażową. Był pomysł i szybka realizacja. Zakładając grupę, nie myślałam o sobie, tylko o nas — Pruszkowiakach. Grupa zaczęła szybko się rozrastać. Po reakcjach ludzi wiedziałam, że to był super pomysł. Byli nie tylko ludzie, którzy dziękowali, ale też tacy, którzy prosili o pomoc. To przykre, kiedy czyta się wiadomość: „nie mamy co jeść, mamy chore dziecko, nie mam dla niego na mleko”. Moja wrażliwość jest tak duża, że nie pozwoliła mi pozostać obojętną na to, co się wokół mnie dzieje. To dzięki członkom grupy udało się pomóc niejednej rodzinie. I zawsze, jeśli tylko będzie taka możliwość, to pomożemy, bo grupa to nie tylko ja, ale prawie 20 tysięcy członków, którzy nie odwracają się od potrzebujących. Jestem z tego naprawdę bardzo dumna i jednocześnie wdzięczna za każdą formę pomocy i dotychczasowe zaangażowanie.
Pod moim skrzydłem jest też inna facebookowa grupa, tylko dla kobitek, którą założyła moja koleżanka Iwonka: „Babski krąg znajomych w Pruszkowie i okolicach”. To jedno z takich miejsc, gdzie czasem trzeba komuś pomóc, podpowiedzieć, doradzić, odradzić i podyskutować.

Prywatnie jestem mamą 17-letniej Julki, uczennicy pruszkowskiego „Kościucha”. Mieszkam w Malichach, mam wspaniałego faceta Rafała, którego bardzo kocham; piekę chleby, uwielbiam zamszowe buty, żołnierskie płaszcze i marynarki. Należę do fundacji DKMS, lubię czarny humor i śmiać się do łez. Wolę złoto od srebra, lubię szybko jeździć samochodem i dlatego jeżdżę rowerem; nie mam głosu, a wierzę w to, że pięknie śpiewam. Moją przyjaciółką od 23 lat jest Karolina więc… Nie będę rozpisywać się o swoich życiowych porażkach, choć byłoby o czym. Pamiętam je jednak i uczę się nie powielać własnych błędów — to, co było, jest już za mną. Liczy się to, co jest teraz, liczy się to, co mogę dać od siebie, bezinteresownie, zawsze myśląc o drugim człowieku, z radością i szczerym uśmiechem. Fajnie być Pruszkowianką.