Marta Matylda Moszczyńska

Wiem, że zdania nie zaczyna się od „no”, ale w tej sytuacji muszę (inaczej się uduszę).
No, i spełnia się właśnie jedno z moich marzeń. Dziękuję Ci Maćku ogromnie!

Dzień dobry. Nazywam się Marta Moszczyńska, choć znajomi mówią do mnie Matylda. Mieszkam w Pruszkowie, ale się tutaj nie urodziłam. Urodziłam się w Żyrardowie, ale długo nie zagrzaliśmy tam miejsca. Wraz z rodzicami szybko przenieśliśmy się do Piastowa, gdzie z kolei chodziłam do szkoły podstawowej i ukończyłam liceum.
Nigdy nie byłam pokornym dzieckiem, wprost przeciwnie. Rodzice mieli niezły orzech do zgryzienia. Chłopaczara, łobuzica, z własnym zdaniem, indywidualistka, na pewno honorowa, lojalna i szczera. Wewnątrz samotnik, mimo że wokół mnie zawsze było mnóstwo znajomych.
Lata liceum pamiętam jako czas totalnego buntu, glanów i rozciągniętych swetrów. Z perspektywy czasu współczuje serdecznie mojej mamie, która nie miała ze mną łatwo.

W tamtym okresie rozpoczął się dla mnie cudowny rozdział, który (w konsekwencji) stał się jednym w ważniejszych w moim życiu. Zaczęłam śpiewać. Najpierw w szkolnym chórze, a niedługo potem wkroczyłam w świat rocka i własnej kapeli. Tu zaczyna się moja przygoda z Pruszkowem, która w zasadzie trwa do dziś. Mój pierwszy zespół miał próby w piwnicy Domu Kultury „Kamyk” pod czujnym okiem Michała Śniadowskiego. To był mniej więcej 1996 rok. Pamiętam „Dni Pruszkowa” na Zniczu i nasz zespół jako support supportów. Graliśmy w środku dnia, dla nielicznej publiczności, a i tak było to dla nas niesamowite przeżycie. My! Tacy mali na takiej wielkiej scenie! Mogę chyba śmiało powiedzieć, że graliśmy na jednych deskach z niejedną gwiazdą polskiej sceny muzycznej 🙂
Michał Śniadowski odegrał w moim życiu jeszcze jedną bardzo ważną rolę (choć myślę, że nie zdaje sobie z tego sprawy). To dzięki niemu w 2000 roku poznałam swojego przyszłego męża. Michał! Jeśli to czytasz, to wiedz, że jesteśmy z Przemkiem nadal razem, szczęśliwie zakochani 🙂

Odkąd pamiętam, wszyscy do mnie mówili. Ktoś dostał dwóję w szkole i było mu przykro — przychodził do mnie się wygadać. Ktoś się w kimś zakochał, ale bez wzajemności — przychodził do mnie się wygadać. Ktoś chciał kogoś poznać — przychodził do mnie, bo „Matylda zna wszystkich”. A ja słuchałam i pocieszałam.
Nie wiem. Tak już mam, że ludzie lubią do mnie mówić. Takie doświadczenia w pewien sposób mnie ukształtowały i myślę, że były jednym z czynników, które popchnęły mnie w kierunku drogi, jaką dzisiaj podążam. A zanim do tego doszło, trochę wody w rzece upłynęło.

Początkowo bardzo chciałam studiować psychologię. W końcu skoro ludzie tak chętnie ze mną rozmawiają, to musi coś znaczyć. Wtedy jednak na scenę wkroczyła moja mama, mówiąc: „Dziecko! To nie jest dobry zawód! Jak Ty się za to utrzymasz?” Posłuchałam. Skończyłam Wyższą Szkołę Turystyki i Rekreacji. I… nie przepracowałam w swoim „zawodzie” ani jednego dnia. Przez wiele lat byłam bowiem „korpoludkiem”. Przerobiłam w korporacjach 17,5 roku, nim głośno przyznałam, że to nie jest i nigdy nie była moja droga. Ta bowiem jest inna. I ogromnie się cieszę, że w końcu ją odnalazłam.

A zaczęło się od… nadwagi. Po drugiej ciąży borykałam się niestety z dodatkowymi kilogramami.
Półtora roku po urodzeniu syna, w ramach postanowienia noworocznego ruszyłam na zajęcia fitness. Po roku przeniosłam się na siłownię i pod okiem trenera personalnego poznawałam tajniki treningów oraz zdrowego odżywiania. Schudłam, wzmocniłam ciało i wpadłam jak śliwka w kompot! Zakochałam się w siłowni, w tym stylu życia. Wiedziałam, że to jest to, co chcę w życiu robić! Chcę trenować, ale chcę też pomagać innym! Chcę uczyć jak zdrowo żyć. Chcę pokazać, że tego można się nauczyć i nie jest to bardzo trudne. Chcę uświadamiać, jak ważny jest w naszym życiu ruch i to, czym się karmimy. Chcę zarażać motywacją.

3 lata później postanowiłam zrobić uprawnienia Trenera Personalnego. Kolejne 10 miesięcy wiązało się z pracą na 2 etaty: do 16.00 w korpo, od 18.00 na siłowni. Później nadeszły wakacje.
Wyjechaliśmy w Bieszczady. Wróciłam stamtąd z kolejnym postanowieniem (coś jest w tych Bieszczadach 😉 ): „Nie chcę pracować w korpo! Chcę być trenerem! Teraz albo nigdy!”. Po urlopie złożyłam wypowiedzenie, a miesiąc później byłam już „na swoim”.
1 września 2017 r. — mam 38 lat i zaczynam od nowa.

Od tego czasu zgubiliśmy z moimi podopiecznymi setki kilogramów, wylaliśmy hektolitry potu, zmieniliśmy niejedno życie. Jestem szczęśliwa. Szczęśliwa, że od prawie 3 lat nie byłam w pracy nawet jeden dzień. Dlaczego? Bo prowadzenie treningów nie jest dla mnie pracą (choć oczywiście dostaję za nią wynagrodzenie), jest moją pasją. Żyję tym. Uwielbiam to. Każdy uśmiech, jaki w zamian dostaję, każdy stracony kilogram, każdy mały krok ku zdrowemu życiu.
Działam w Pruszkowie i z pruszkowianami. Na 22m2 mojego kameralnego studia treningu personalnego spotykam dziesiątki różnych osobowości, poznaję dziesiątki historii. I widzę dziesiątki zmian, jakie zachodzą w tych ludziach. I jestem pewna, że to była dobra decyzja i że to będę robić „do końca świata i o jeden dzień dłużej”.

A potem nadszedł 2018 r. i wybory samorządowe. Wybieraliśmy Prezydenta Miasta i członków Rady Miasta. Dzięki Stowarzyszeniu „Wspólnie Pruszków Rozwijamy” znalazłam się na listach wyborczych. Ależ to była ekscytacja! Miałam plan, pomysł, miałam szansę działać na tak ogromną skalę. Na skalę mojego miasta! Chciałam edukować, uświadamiać, wspierać, pomagać. Czas wyborów był dla mnie niesamowitym okresem. Niestety do Rady Miasta nie udało mi się dostać, ale z pomysłów nie zrezygnowałam!

W moim życiu wydarzyło się mnóstwo takich rzeczy, o których nawet nie śniłam, a które na pewno by się nie zadziały, gdybym została za korporacyjnym biurkiem. Przepiękne przygody: m.in. sesja zdjęciowa do magazynu „Shape” czy występ w „Dzień Dobry TVN”.

Właśnie mija 2,5 roku mojej działalności, a ja nadal mam głowę pełną pomysłów. Jestem aktywna w Social Mediach, organizuję różnego rodzaju akcje, eventy, wyzwania. Działam również charytatywnie. Od wiosny do jesieni w Parku Potulickich planuję marszobiegi dla osób bardzo początkujących; takich, które chciałyby nauczyć się truchtać. Mam ogromną potrzebę robienia czegoś dobrego. I cieszę się ogromnie, że w naszym mieście jest tak duże pole do działania.