Marta Gross

Ubrana w moro pruszkowianka, współlokatorka dwóch kotów i uzależniona od sportu „pani instruktor” – mogłabym napisać na wizytówce, gdybym ją miała.

Nazywam się Marta Gross. Urodziłam się w Warszawie, ale większość swojego życia spędziłam w Pruszkowie i Piastowie. Od zawsze byłam osobą aktywną. Taką, która w szkole z niecierpliwością wyczekiwała tylko jednych zajęć, dających możliwość, by odrobinę się poruszać – WF-u.
Dlaczego piszę o tym niemal na wstępie? Ponieważ dla dalszej części tej opowieści, to dość istotny, żeby nie powiedzieć, że kluczowy wręcz fakt.

Szkołę podstawową skończyłam w Piastowie. W tamtym czasie trochę tańczyłam i trenowałam piłkę nożną. Gdy natomiast przyszedł czas wyboru gimnazjum, długo zastanawiałam się, jaką drogą podążyć. Iść tam, gdzie idą znajomi z podstawówki, czy jednak pójść w nieznane, do innego miasta, ale do klasy sportowej, która pozwoliłaby mi spełniać moje pasje? Decyzja nie była wtedy dla mnie łatwa. Ostatecznie sport wygrał to starcie i kolejne lata obowiązkowej edukacji spędziłam w Pruszkowie w Gimnazjum nr 4, gdzie trenowałam piłkę ręczną, jednocześnie odbywając zajęcia z pływania i lekkoatletyki. W moim sercu jednak zawsze szczególne miejsce zajmowała piłka siatkowa, którą pod koniec nauki w gimnazjum zaczęłam trenować w warszawskim klubie Atena Warszawa.

W Warszawie uczęszczałam również do liceum o dość nieoczywistym, jak na dziewczynę profilu, ponieważ poszłam do klasy wojskowej. Moim szkolnym „mundurkiem” był więc mundur wojskowy oraz desanty. Przez całą szkołę średnią trenowałam też siatkówkę, najpierw w klubie UKS Hubert Warszawa, później UMKS MOS Wola Warszawa oraz kontynuowałam moją przygodę z pływaniem, głównie na szkolnych zajęciach.

Mogę więc bez wahania powiedzieć, że całe moje dzieciństwo silnie związane było ze sportem i nie przesadzę z tym stwierdzeniem. Myślę, że każdy, kto miał w swoim życiu do czynienia ze sportem, zgodzi się ze mną, że to nie jest łatwa i przyjemna pasja. Sport nie idzie na kompromisy i nie akceptuje półśrodków. Bierze wszystko albo nic. I właśnie tej wytrwałości nauczyłam się podczas wszystkich tych lat treningów. Rano szkoła, po szkole trening, lekcje i rano znów szkoła. Weekendy spędzone na meczach, a wakacje na obozach. Tak przez bardzo długi czas wyglądała moja codzienność. Brzmi nieciekawie, ale pomimo zmęczenia i momentów, gdy niejednokrotnie brakowało mi chęci, czuję, że to był piękny okres w moim życiu i nie zamieniłabym swojego dzieciństwa na inne.

W tamtym czasie poznałam mnóstwo fajnych ludzi, a sport dał mi prawdziwą życiową lekcję i wpoił wiele cennych wartości. Nauczył mnie, czym jest fair play, samozaparcie i zespołowość. Dzięki niemu poznałam samą siebie, zaprzyjaźniłam się z własnym ciałem i otworzyłam głowę, niejednokrotnie przesuwając granice własnej wytrzymałości. W końcu, ku uciesze moich rodziców, sport skutecznie wypełniał moją rzeczywistość, nie dając czasu na robienie głupot.

Pokochałam sport miłością nieskończoną i bezwarunkową. Nie zdziwi więc fakt, że z wykształcenia jestem magistrem fizjoterapii i magistrem wychowania fizycznego o specjalizacji: trener przygotowania motorycznego. Niestety moją przygodę ze sportem nieoczekiwanie przerwała kontuzja. Operacja kolana i długa rehabilitacja dla osoby tak aktywnej fizycznie była istną torturą. Nie mogłam się doczekać dnia, kiedy znów będę mogła zacząć się ruszać, bez obaw o nadwyrężenie własnego zdrowia. Kiedy nadszedł ten dzień, a ja dostałam zielone światło od zajmujących się mną specjalistów, w mojej głowie pojawił się kolejny pomysł na aktywność. Najpierw była to tylko siłownia i fitness, a potem pomyślałam: „a może Krav Maga?”. I tak od pomysłu do realizacji nie minęło zbyt wiele czasu.

Na pierwsze zajęcia poszłam w 2012 roku i trenuję do dzisiaj. Jako że Krav Maga to obszerny system walki, zaczęłam dodatkowo zgłębiać tajniki boksu, tajskiego boksu i brazylijskiego jiu jitsu. W międzyczasie zrobiłam kurs instruktora samoobrony i sportów walki. Tak właśnie moja dotychczasowa sportowa droga oraz wykształcenie doprowadziły mnie do mojej aktualnej pracy, a Krav maga sprawiła, że stałam się bardziej pewną siebie i asertywną osobą.

„Wybierz pracę, którą kochasz, i nie przepracujesz ani jednego dnia więcej w Twoim życiu” – sentencją Konfucjusza można byłoby podsumować moją pracę zawodową, bo faktycznie jest ona moją wielką pasją, którą cały czas odkrywam. Bycie instruktorem samoobrony i sportów walki to nietypowy zawód. Kiedyś to ja byłam po stronie ucznia, dzisiaj, choć nadal się uczę, mogę spełniać się jako trener- nauczyciel. Od kilku lat pracuję z dziećmi, młodzieżą i kobietami przekazując im przynajmniej podstawową wiedzę w zakresie bezpieczeństwa osobistego. Biorąc pod uwagę, że czasy, w których przyszło nam żyć, zmuszają do zadbania o swoje bezpieczeństwo wszelkimi możliwymi środkami, staram się uświadomić jak największą liczbę osób. Dodatkowo od tego sezonu ruszam z moim autorskim projektem, czyli klubem Fenix Krav Maga.

W pracy instruktora zawsze stawiam na zdobytą podczas studiów wiedzę, dążę do tego, by zajęcia były bezpieczne i wartościowe dla uczestników. Zwłaszcza dla dzieci. Praca z nimi to trudne i bardzo odpowiedzialne zajęcie, ale niezwykle inspirujące i dające przy tym mnóstwo satysfakcji. Jeśli natomiast chodzi o Panie, to cieszy mnie, że jest coraz więcej świadomych kobiet, które wybierają się na kursy samoobrony. Przemiany niektórych z nich są naprawdę bardzo budujące. Niech nas będzie więcej!

Prywatnie jestem osobą empatyczną i wszechstronną. Co chwilę interesuje mnie coś nowego i to się chyba już nie zmieni, jednak we wszystko, czego się podejmuję, angażuję się na 200%.
Ważna jest dla mnie najbliższa rodzina i szczerzy przyjaciele. Poza wspomnianymi przeze mnie sportami walki interesuję się strzelectwem, siatkówką, treningiem funkcjonalnym, zdrowym trybem życia, rozwojem osobistym i psychologią. Lubię podróżować, robić zdjęcia, posłuchać dobrej muzyki i czasem nawet pośpiewać. Miałam kiedyś marzenie o skoku ze spadochronem – i to udało mi się spełnić. Dzisiaj pojawiło się kolejne – – nauczyć się latać, zaczynając od tunelu aerodynamicznego.
Uwielbiam zwierzęta i sama mam w domu dwa koty, chociaż czasem się zastanawiam czy to nie ja pomieszkuję u nich (jak to popularne memy o kotach donoszą ).

Pomimo iż miałam okazję mieszkać w różnych miejscach, to jednak w Pruszkowie czuję się najlepiej. To miasto ma bardzo duży potencjał. Podoba mi się, że jest tu wszystko czego potrzeba do życia, a przy tym nie jest tak gwarnie i tłoczno jak w dużych miejskich aglomeracjach. To w Pruszkowie spotkałam bardzo dużo pozytywnych ludzi i to z Pruszkowem wiążę swoją przyszłość.