Marta Ambroziak Dogru

Cześć, nazywam się Marta Ambroziak Dogru i jestem rodowitą pruszkowianką. Urodziłam 37 lat temu w szpitalu na Wrzesinie w piękny, słoneczny dzień w połowie lutego, zaraz po tym, jak moja mama weszła z zakupami na ósme piętro, bo akurat tego dnia winda była zepsuta.

Całe moje wczesne dzieciństwo skupiało się głównie w Parku Sokoła i Parku Potulickich. Gdy było ciepło całymi brygadami jeździliśmy tam na rowerach, kąpaliśmy się w fontannie naprzeciwko Pałacyku (której oczywiście teraz już nie ma) czy pływaliśmy łódkami po stawie. Zimą także nie brakowało nam atrakcji. Spędzaliśmy czas, jeżdżąc na łyżwach po zamarzniętej tafli albo zjeżdżając na sankach z górki w parku, która wówczas wydawała nam się olbrzymią górą, dzisiaj jest zaledwie pagóreczkiem. Zresztą teraz nie ma już takich zim.

Do 10. roku życia mieszkałam z rodzicami przy ul. Niepodległości, w bloku przy pamiętnym czołgu, do którego właziliśmy przy każdej możliwej okazji, zanim zamknięto właz na amen. Tata miał działkę pracowniczą w Tworkach, gdzie też spędzaliśmy sporo czasu szczególnie latem, wspinając się po drzewach, by zerwać dojrzałe czereśnie, sadząc warzywa czy zbierając maliny albo truskawki.
Poza tym cała moja ścieżka edukacyjna, oprócz studiów oczywiście, to też Pruszków. Począwszy od żłobka przy Hubala, poprzez „Jedenastkę”, a skończywszy na „Kościuchu”.

Od dziecka wiedziałam, co będę robić w życiu i ani na chwilę plan ten się nie zmienił. Biologia i zwierzęta zawsze interesowały mnie najbardziej ze wszystkiego na świecie. W podstawówce nie za bardzo było się jeszcze jak ukierunkować. W liceum wybrałam oczywiście profil biologiczno-chemiczny, ale też nie oferowano nam ani żadnych dodatkowych warsztatów, ani tym bardziej kółka biologicznego. Musiałam więc radzić sobie sama. I robiłam tak, odkąd tylko sięgam pamięcią.

Jak tylko zaczęłam stawiać pierwsze w życiu kroki, zbierałam wszelkie dżdżownice, ślimaki i inne robale, jakie napotkałam na swojej drodze. Gdy mieszkaliśmy z rodzicami w bloku, mogłam mieć tylko chomika, potem nawet już dwa, aż do momentu, gdy przyniosłam do domu kota z ulicy. W 1992 roku przeprowadziliśmy się do pobliskich Kań, gdzie już od początku zamieszkały ze mną 2 psy i 2 koty. W tym samym roku, mając 10 lat, zaczęłam również jeździć konno. Pamiętam doskonale, że wtedy każdą wolną chwilę spędzałam w stajni. Trenowałam ujeżdżenie, ale także pomagałam przy czyszczeniu i karmieniu koni. W ferie zimowe, kiedy wszyscy znajomi wyjeżdżali na narty, ja jeździłam na koniach, trenowałam woltyżerkę i bite 2 tygodnie siedziałam w stajni.

Niestety, moją przygodę z jeździectwem brutalnie zakończyły studia i notoryczny brak wolnego czasu. Przede mną było wówczas 6,5 roku trudnej nauki na Wydziale Weterynarii SGGW w Warszawie. Zajęcia od rana do wieczora, jeszcze wtedy w trzech miejscach stolicy — na Ursynowie, na Grochowie i na Rakowieckiej. Do tego zajęcia praktyczne w Oborach za Konstancinem oraz w Dawidach. Ciągle jeździliśmy z miejsca na miejsce. Na 5. roku pojechałam na stypendium Erasmus do Turcji do Ankary, gdzie spędziłam rok. To był wyjątkowy czas w moim życiu, ale to akurat historia na osobne, bardzo długie opowiadanie a może nawet książkę.

W ciągu całego tego gorącego okresu znalazłam też chwilę na sport, chociaż pod inną postacią, niż do tej pory. Posmakowałem trochę pływania i gry w siatkówkę, ale większość czasu i tak pochłaniała nauka. Studia zakończyłam z wyróżnieniem w 2008 roku, a zaraz potem zrobiłam staż i zaczęłam pracę.

Jednak zatrudnienie u kogoś nie za bardzo mi odpowiadało, miałam bowiem swój pomysł na biznes, na pracę ze zwierzętami i kontakt z klientami. W 2010 roku wystartowałam w konkursie Akademickich Inkubatorów Przedsiębiorczości na założenie własnej działalności, w którym zajęłam II miejsce. Ze środków stamtąd pozyskanych kupiłam pierwszy sprzęt, zaadaptowałam lokal i w 2011 roku otworzyłam w Piastowie swoją pierwszą przychodnię weterynaryjną „Pupil”. Z kolei w 2018 roku zdołałam rozszerzyć działalność o drugą placówkę w Michałowicach.

Praca w zawodzie to moja wielka pasja, pracuję z przyjemnością, codziennie rano wstaję ciekawa nowych pacjentów i przypadków. Udało mi się w międzyczasie skończyć studia podyplomowe z hodowli psów oraz 2,5-letnią specjalizację z rozrodu zwierząt, tym razem w Olsztynie. Cały czas się szkolę, jeżdżę na kongresy, konferencje i warsztaty, do obu przychodni przybywa sprzętu, żebyśmy mogli coraz lepiej i szybciej diagnozować naszych podopiecznych. I to na pewno nie koniec.
Co więcej, moją rzeczywistość w pewien sposób definiuje również druga pasja, czyli hodowla kotów norweskich leśnych. Zaczęło się jeszcze na studiach w 2005 roku, kiedy do mojego domu trafiła pierwsza norweska kotka. Nieprzerwanie od tamtego czasu, czyli już15 lat, jeżdżę na wystawy kotów rasowych w Polsce i za granicę. Moje stadko liczy obecnie 7 kotów.

Prywatnie jestem mamą 6-letniej Eli i 10-letniego Adama, i to im poświęcam cały swój wolny czas. We troje jeździmy na rolkach, latem pływamy kajakami, dużo spacerujemy, a lada dzień chcemy rozpocząć przygodę z akrobatyką. Natomiast czas, kiedy jestem tylko sama, staram się spędzać z przyjaciółmi, w kinie, na górskich szlakach lub po prostu w domu z dobrą książką, najlepiej kryminałem.