Maria Makowska

Z Pruszkowem rodzinnie związana jestem przez pięć pokoleń.
Szczęśliwa: jedyna córka, jedyna żona, mama czwórki dzieci, potrójna teściowa, babcia siódemki wnucząt…

Rodzina mojej Mamy Teresy sprowadziła się do Pruszkowa z Warszawy na początku lat 30-tych XX wieku. Dziadek Władysław Kowalski rozpoczął pracę w warsztatach EKD w Grodzisku jeszcze przed uruchomieniem kolejki – mamy w zbiorach rodzinnych dokumenty osobiste i zdjęcia z angielskimi inżynierami, którzy wspomagali rozruch tej pierwszej w Polsce linii elektrycznej kolei.

Rodzina najpierw zamieszkała na Żbikowie przy ul. Narodowej, gdzie urodziła się najmłodsza siostra Mamy – Jadwiga, potem na Papierni przy ul. Głównej w domu Feliksa Giskego tuż przy torach i przejeździe .

W tym domu urodziłam się i mieszkałam przez pięć pierwszych lat. Szczęśliwe dzieciństwo z Dziadkami, liczną rodziną, sąsiadami przesiadującymi na ganku, gdzie celebracją codzienną było obieranie ziemniaków, pogawędki przy papierosie (!) i w ogóle po prostu bycie razem.

Odkąd pamiętam we wspomnieniach Dziadków obecny był czas wojny i powstania, ze szczególnym okresem funkcjonowania obozu Dulag 121 w bezpośrednim sąsiedztwie.

W Powstaniu Warszawskim brali udział mój wujek Leon i jego dziewczyna (później żona) Alicja, o których losach rodzina dowiedziała się już po wojnie, gdy wracali z oflagu.
Ciocia Barbara – sanitariuszka Czerwonego Krzyża wchodziła na teren obozu w dwóch fartuchach, narzucanych jeden na drugi…
I wychodziła zawsze w towarzystwie…
Dziadkowie – Marta i Władysław udzielali schronienia wielu osobom, warszawskim wygnańcom w swoim skromniutkim mieszkaniu.
A moja mama Teresa (wtedy 13-latka) i ciocia Jadzia (10-tka) stawały z wodą, dawały pić i co i rusz odprowadzały kogoś z kolumny…

1 sierpnia dla mnie od zawsze był ważny…
Tego dnia mój tata Kazimierz obchodzi urodziny (w tym roku już 92). Jako 20-latek tylko z najbliższym kolegą w roku 1946, zostawiając na Wileńszczyźnie całą rodzinę, pojechał w nieznane – do POLSKI…

TO SĄ MOI BOHATEROWIE

Z domu szczęśliwego dzieciństwa przeprowadzka do własnego domu w dużej mierze wybudowanego przy osobistym udziale mojego taty i dziadka. Pamiętam produkcję pustaków na miejscu (podobno, chcąc zapewne pomagać, na ogół rozwalałam kijkiem stygnący produkt☺), budowę dwóch pieców z pięknych kafli, warsztat stolarski w jednym z późniejszych pokoi, gdzie powstawały wszystkie drzwi i okna, a nawet meble – niektóre nawet już długo potem – wg mojego własnego projektu – nawet takie osobiste zachcianki nastolatki realizował mój Tato!

Bycie z innymi i dla innych traktuję jako wypełnienie zadania z dedykacji książkowej od nauczyciela i przyjaciela księdza Romana Indrzejczyka „Pozostań dobrym duchem Marysiu”…
To spotkanie PRAWDZIWIE DOBREGO CZŁOWIEKA, pośmiertnie Honorowego Obywatela Miasta Pruszkowa, wychowawcy kilku pokoleń Pruszkowiaków, zaważyło na całym moim życiu.
Odkąd pamiętam – zawsze Był…
W mojej świadomości jest od zawsze…
Pierwsze obrazy to te, które On sam przywoływał:
chowałam się pod stół, jak przychodził do nas do domu…
Miałam trzy lata, kiedy rozpoczął duszpasterzowanie w Tworkach.
Moje najwcześniejsze wspomnienia to droga alejkami parku szpitalnego z babcią Martą do kościoła, miałam na pewno mniej niż 5 lat.

Szósta klasa szkoły podstawowej to lekcje religii, na które się sami zapisywaliśmy u Niego. Odtąd jestem Jego uczennicą.
Widzę siebie, kolegów, koleżanki, siedzimy w ławkach, z prawej strony ołtarza, On przy nas.
Słuchaliśmy. Poznawaliśmy nasz Kościół, jego historię, pogłębialiśmy naszą wiarę.

Jako dzieciaki nie zdawaliśmy sobie sprawy z wielkości tego Człowieka.
Po prostu cieszyliśmy się ze wspólnego bycia razem. Biegaliśmy na spotkania w kościele, ciągnęło nas tam.

Maleńki kościółek szpitalny, ale na Mszy Świętej prezbiterium wypełnione szczelnie ministrantami, chór po brzegi…
Ksiądz Roman, po prostu dla nas Wujek, był rzeczywiście kimś najbliższym, czuliśmy się przez niego po prostu kochani.

Razem przygotowywaliśmy różne spektakle teatralne, zawsze z jakimś głębszym przesłaniem, czy to był “Słowik” Andersena, czy “Rozdroże Miłości” Zawieyskiego, czy wreszcie “Maria Magdalena”, nieznanego autorstwa (po latach wszystko wskazuje na tego nam najbliższego, skromnego Autora).

Potem chór, przyjemność śpiewania, spotkań na próbach, poczucie niezwykłości z bycia tak wysoko, przy organach, patrzenie z góry na wypełniony kościół i… przystojnych ministrantów!

Wspólne uroczystości, zabawy, plenerowe wypady…
Już w liceum pojechałam na pierwszy obóz w góry – od razu trafiłam na te polskie najwyższe i najpiękniejsze – Tatry.
Do tej pory, jak zamknę oczy, pamiętam szczególnie szlaki wokół Czarnego Stawu Gąsiennicowego: wejścia na Granaty, Zawrat, Kozi Wierch…
Odkopywanie spod śniegu łańcuchów, widoki zapierające dech, “kaloryjki” z tabliczki czekolady, gotowanie na kocherach nad strumieniem, kąpiele w wartkim nurcie…

Potem kolejne obozy, góry, szlaki, przygody, przyjaźnie…
Zapis w kronikach, ale najtrwalszy w nas samych…

To w górach rozpoczęła się moja miłość, która trwa… już 42 lata!!!
On błogosławił nasze małżeństwo. Zapis magnetofonowy homilii ukazuje kochającą mądrość. Zapamiętałam jedno zdanie, odsłuchanie po latach: „Przyszliście tu jako Marysia i Leszek, teraz wyjdziecie już jako jedno…”

W dorosłym naszym życiu towarzyszył nam jako Przyjaciel, dalej Wujek, już też dla czwórki naszych dzieci. Wszyscy czekaliśmy na spotkania: imieniny 28 lutego, urodziny 14 listopada, spotkania opłatkowe z torbami niezmiennie wypełnionymi prezentami i losy z charakterystycznymi ciągami cyfr…

Był z nami, pokazywał nam świat, ten blisko, który sami współtworzymy, poprzez relacje, ten wokół nas – przyrodę, historię, kulturę.

Wśród nas byli zarówno już studenci, licealiści, młodsze dzieci. Ta różnica wieku wcale nie była barierą, przeszkodą we wspólnych działaniach. To wszystko ubogacało.
My młodsi dopiero po latach, już świadomiej sięgaliśmy np. po lektury, z którymi już wcześniej jakoś się otarliśmy…
Kiedy na studiach zaczytywałam się w “Wyznaniach świętego Augustyna”, wypożyczonych z uniwersyteckiej biblioteki, okazało się że mam je wśród książek od Wujka…

Mieszkanie Księdza w kamienicy przy stacji WKD na Kraszewskiego było wypełnione MORZEM!!! książek.
Potem z tego dobytku ksiądz utworzył w podziemiach kościoła tworkowskiego całkiem pokaźną parafialną bibliotekę z prawdziwego zdarzenia:-)
Ale i książkami, albumami byliśmy obdarowywani przy różnych okazjach.
W liceum “odkryłam” Gałczyńskiego. Zafascynowana jego nieziemską poezją, wypatrzyłam podczas jednego ze spotkań w mieszkaniu Księdza, nowiutkie, pięknie wydane dzieła wszystkie, pięciotomowe… Dostałam je przy wyjściu…
Też pierwszą Biblię dostaliśmy z Leszkiem od Niego.

Piszę te wspomnienia od tygodnia, wśród codziennych zajęć.
Przerywam, powracam…

Nie da się ująć tego wszystkiego, co było naszym udziałem. To jest w nas wciąż żywe.

Najpiękniejsza część naszego człowieczeństwa to to, czego nas nauczył w otwartym, życzliwym byciu dla drugiego: prostota, pokora i szacunek wobec innych, choćby inaczej myślących.

To wszystko, czego byliśmy świadkami można przeczytać w Jego wierszach, w nich widać całą Jego Szlachetną Postać.

Słowa z Ewangelii o Jezusie: “…przeszedł On dobrze czyniąc…” (Dz 10, 38) zawsze mi przywołują życie księdza Romana.

Nie bez przyczyny na tablicy pamiątkowej w kościele parafialnym św. Edwarda umieściliśmy napis:
“Mieliśmy szczęście od Boga być Jego uczniami i przyjaciółmi”.

To wszystko na pewno wpłynęło na to, że sama jestem pedagogiem społecznym.
Już blisko czterdzieści lat z Zespołem, Dziećmi i ich Rodzinami współtworzymy Przedszkole „Jedynka” na Sadowej.
Integrujemy społeczność lokalną, tworząc koalicję na rzecz dobrej jakości edukacji. Wychowujemy kolejne pokolenia.
To wspaniałe doświadczenie – najpierw wspomagać w wychowaniu dzieci znajomych i przyjaciół (to przecież moja dzielnica), potem widzieć jak te ich dzieci dorastają, wchodzą w rolę mamy, taty i przyprowadzają swoje dzieci…
W Zespole wspaniałych pedagogów są zarówno Tacy, którym bliżej do babciowania jak i Ci, którzy są na początku kariery – a wszyscy z powołania – naprawdę – ten kto z nami zostaje na dłużej tutaj serce zostawia…
Częste są też odwiedziny Absolwentów – kibicujemy ich pasjom, cieszymy się z sukcesów…
Tyle Osób i tych małych i tych dużych wciąż ubogaca moje życie i nie tylko moje – czerpiemy od siebie pełnymi garściami – ale to już inna opowieść, nie na jeden wpis!

„Od zawsze” ciągnęło mnie do ludzi.
W latach szkolnych: harcerstwo, sport – chyba wszystkie dostępne dyscypliny sportowe (tenis stołowy, lekkoatletyka, łyżwy, siatkówka, piłka ręczna a nawet nożna – sekcja dziewczyn uruchomiona przy Technikum Mechanicznym – na treningi maszerowałam przez całe miasto!!!), samorząd uczniowski…

Od szesnastu lat zaangażowana jestem w działania samorządu lokalnego – najpierw jako radna miejska, a od 2010 przez dwie kadencje w Radzie Powiatu.

Dane mi było przy tej okazji poznać wiele zagadnień, a przede wszystkim poznałam TYLU WSPANIAŁYCH LUDZI PRACUJĄCYCH NA RZECZ INNYCH, także mogłam powrócić już w innej roli do szkół, których byłam uczennicą, cieszyć się patrząc jak kolejni pedagodzy pięknie rozwijają, ubogacają dzieci i młodzież, przekazują im zarówno wiedzę jak i dają przestrzeń do rozwijania zainteresowań, pasji… poznałam też ludzi i miejsca, o których nie miałam pojęcia, że są tak blisko wokół nas i potrzebują wsparcia, ale przede wszystkim zrozumienia dla podstawowych potrzeb i często po prostu dobrego słowa i zwykłego uśmiechu… – za te wszystkie doświadczenia z serca dziękuję i obiecuję, że gdziekolwiek będę – pomagać i służyć nie przestanę …