Marcin Krygier

[introdukcja]
Cześć, mam na imię Marcin i jestem z Pruszkowa. W poniższym tekście postaram się Wam przybliżyć jakąś część mojej historii, jednocześnie szkicując obraz mojej osoby. Obraz, który możecie sobie dowolnie pokolorować 😉, sugeruję wesołe i pogodne kolory, ponieważ one najlepiej odzwierciedlają mój charakter. Tłem obrazka będzie oczywiście rodzinne miasto ze wszystkimi swoimi blaskami i cieniami. Nie jestem niestety mistrzem pióra, a w historii, którą chcę Wam opowiedzieć, wątki przeplatają się, czasem mieszają, a czasem biegną równolegle – mam nadzieję, że uda mi się przedstawić je w miarę czytelnie. Formę i styl tegoż tekstu potraktujcie, proszę z pobłażliwym przymrużeniem oka, wszak „życie to sen wariata”.

[zaczyn]
Zacznijmy od tego, że swoje życie postrzegam jako nieustanną, codzienną ewolucję osobniczą. Jak wiadomo, głównymi determinantami zmian są: czas, otoczenie, przypadek i szczęście. To one wytyczają kierunek, one nadają tempo. W moim przypadku te ingrediencje były najsilniejszymi żywiołami miotającymi moim bytem po wszechoceanie życia. Ale po kolei…

[preludium – stadium kaszojada]
Moja historia zaczęła się w roku 1980… Szczęśliwie się złożyło, że na świat przyszedłem w Pruszkowie. Wtedy wraz z rodziną mieszkaliśmy w domku niedaleko stacji WKD w Malichach. Głębokie dzieciństwo spędziłem w domu z babcią, bo z przedszkola uciekałem. Słodkie i beztroskie były to dni. W wieku 6 lat trafiłem do SP nr 3 im. Karola Świerczewskiego w Piastowie (chodziłem tam do klas 0, 1 i 2, potem po przeprowadzce na os. Staszica kontynuowałem edukację w SP nr 11 im. Tadeusza Sygietyńskiego w Pruszkowie). I tak już w pierwszych klasach podstawówki zacząłem rysować. Co? I jak? Podpatrzyłem od kolegi z ławki, Przemka. Od tamtej pory, przestałem pilnie udawać na lekcjach, że uważam i w najlepsze zapełniałem kajeciki podobiznami żołnierzyków, czołgów, pancerników itd. Zwyczaj ten pozostał ze mną przez wszystkie kolejne szkoły, tylko spektrum tematów zaczęło się rozszerzać pod wpływem fascynacji komiksami, która gdzieś w tamtym czasie pojawiła się była.

[a digital daemonium in putat de manu mali]
Następną zajawką zdecydowanie był komputer. Pierwszy dostałem, będąc jeszcze uczniem szkoły podstawowej. Piękny Commodore C-64 (zwany, z racji siermiężnej formy, „komodą”) z magnetofonem! Wtedy otworzyły się przede mną wrota cyfrowych piekieł. Zaczęły się pierwsze wagary, granie, łamanie dżojstików (kontrolerów wychyłowych) i programowanie (z tego, co na pewno pamiętam, to w kilku odmianach BASIC-a). Wtedy napisałem też swoją pierwszą grę strategiczno-ekonomiczną pt. „Przemytnik”. Mimo iż z biegiem czasu fascynacja komputerem nie słabła, po cichutku rozkwitały kolejne.

[pompa, obce światy i czarny anioł Grahama M.]
Nie wiem jakim cudem jako szkolne dzieciaki, znaleźliśmy się z kilkoma znajomymi w siłowni u p. Irka (w piwnicy DK przy ul. Hubala). To w połączeniu z lekturą znalezionej gdzieś na strychu książki pt.: „ABC Młodego siłacza” zaowocowało zamiłowaniem do ćwiczeń siłowych, które (choć BARDZO nieregularnie i już nie tak siłowo, to jednak) uprawiam do dziś. Równolegle do siłowni zacząłem bardziej interesować się książkami. Chyba od zawsze byłem zapisany do biblioteki osiedlowej mieszczącej się na parterze bloku stojącego na tyłach SP nr 2 (wypożyczałem tam m.in. „Misia Paddingtona” :)). Teraz zapisałem się do biblioteki miejskiej mieszczącej się przy ul. Kraszewskiego. I zaczęło się szaleństwo: fantastyka i horrory! Zamiłowanie do książek towarzyszy mi po dziś dzień, choć coraz rzadziej wybieram beletrystykę.

[pierwsze dźwięki]
Poza komputerami, siłownią i książkami lwią część życia w tamtym okresie stanowiła dla nas, dzieciaków, muzyka. Ona ustanawiała wartości, dawała poczucie przynależności i wyrażała nasze uczucia. Z rumieńcami na twarzach lataliśmy po kasety z Manhattanu i kiosków przy Chopina i Niecałej, jeździliśmy na koncerty, urządzaliśmy wyprawy po koszulki do sklepu „Dziupla” na Pradze czy na bazar pod „Patykiem” aka „Pekinem”. Gnani młodzieńczymi fascynacjami muzycznymi już pod koniec szkoły podstawowej założyliśmy pierwszy zespół garażowy w piwnicy. Zespół w swoim dossier miał wpisane: czad, brak kompromisów i dobrą zabawę. Ekipa w trójosobowym składzie (Potok, Łoju i ja) początkowo przyjęła nazwę DópA. Po jakimś czasie uznaliśmy, że ta nazwa nas nie uzewnętrznia i zmieniliśmy ją na Enema (z łac. lewatywa).
[W tym miejscu bardzo pragnę przeprosić mieszkańców jednego z bloków przy SP nr 11, to tam, w piwnicy organizowaliśmy próby, koncert i imprezy. Przeprosiny są konieczne, gdyż dźwięki, które tworzyliśmy, były generowane na licencji „trzy akordy i darcie mordy”, z położeniem jednak gargantuicznego akcentu na to, że znacznie lepiej wychodziło nam to drugie.]

[fin du siècle]
Gdy nadeszła druga połowa lat dziewięćdziesiątych z całym kolorowym dobrodziejstwem płynącym z kapitalistycznego zachodu, słodkie czasy podstawówki odeszły bezpowrotnie w przeszłość. Był rok 1996, kiedy zaczęliśmy eksperymentować z rapem i hip-hopem. Zaczęło się od tego, że w klubo-piwnicy (w bloku przy ul. Wróblewskiego) zmontowaliśmy skład pod nazwą SP11 (czyt. Es pi ileven :)). Potem szaleństwo rapowe, rozpętało się na dobre. W tamtych czasach brałem udział w tak wielu projektach (jako uczestnik, bitmaker lub producent), że trudno by było je wszystkie wymienić. Kilka jednak dla przyzwoitości należy. Tak więc, były to m.in.: BAN0 aka BANZER0, FIRMA (pozdrowienia dla DJ’a Lidera i radia Bogoria), ZNF (Zawsze Na Fali), Zła Pogoda Skład (hard core i tekno!!!), ENI, Dar Rzeki (z Mutim /Pozdro Mordo!/ w studiu urządzonym u babci w mieszkaniu), współpraca z Adą Krawczyk (zwłaszcza hicior NDCJSNN!!!). Gdzieś w całym tym szaleństwie rapowym, w tak zwanym międzyczasie, razem z kilkoma znajomymi z Pruszkowa i Piastowa zmontowaliśmy ekipę JUHA Corp. – cel był jeden: tworzyć wszystko! I tak przez kilka lat robiliśmy wspólnie różne dziwne rzeczy, które łączył jeden mianownik: komputer jako główne narzędzie pracy. W ciągu tych kilku lat powstały: tysiące grafik (rastrowych, wektorowych i renderowanych), setki piosenek (łączyliśmy muzykę robioną we wszystkich możliwych stylach muzycznych na trackerach — FastTracker ciągle ma swoje miejsce w moim serduszku, sami pisaliśmy tekstami i ogarnialiśmy mastery), dziesiątki animacji (także poklatkowych i full render 3D), dziesiątki komiksów, opowiadań, wierszy, kilka gier komputerowych, kilka filmów krótkometrażowych (kręconych VHS-em, najdłuższy 45-minutowy był montowany 5 dni na 2-óch pentiumach 166 i 200 mmx) i miliony wspaniałych wspomnień.
Pod koniec ‘98 lub na początku ‘99 z chłopakami z pruszkowskich osiedli założyliśmy zespół Self Enjoyment. Żywot jego był krótki, acz intensywny. Graliśmy próby w salce do korektywy w SP nr 8 (w zamian musieliśmy grać koncerty na szkolnych dyskotekach – to był chory układ, bo nasza muzyka nijak nie wpisywała się w trendy ówczesnych parkietów dyskotekowych), zagraliśmy na WOŚP w Grodzisku Mazowieckim i rozwiązaliśmy zespół… zbliżały się matury.
Jeżeli słyszeliście o którymś z powyższych projektów, możecie uznać się za szczęściarzy. Wszystkie produkcje były robione dla zabawy, dla siebie i jeżeli już były rozpowszechniane to tylko w wąskim kręgu znajomych. Kto wie, jakby to wyglądało, gdyby wtedy istniały Jutuby. Chociaż umówmy się, nigdy nie miałem jakichś talentów muzycznych, ale muzykę kochałem zawsze. Nieliczne produkcje, po dziś dzień można wyszperać na popularnych serwisach (a większość, poza nagraniami na taśmach magnetofonowych, mam do dzisiaj na dysku).
Z różnych względów nie piszę o wszystkich sprawach dziejących się niejako dookoła mojej radosnej twórczości lat młodzieńczych – ten materiał zostawiam sobie na trzytomową autobiografię, którą nazwę „WPR na przełomie wieków. Było grubo”. Wiem jednak na pewno, że „… imprezy, miejscówki, ludzi i klimat – takich rzeczy się nie zapomina”. (cytat z mat. własnych).

[outro, czyli miękkie lądowanie]
Mijały lata, kolejne szkoły (Liceum ekonomiczne, studium zawodowe, jakieś kursy zawodowe), zasiłek dla bezrobotnych, pierwsze przypadkowe prace (m.in. na budowie, w kafejce internetowej, w call center, w magazynie, na wykopaliskach archeologicznych). W końcu tuż po zakończeniu studium zawodowego, a przed rozpoczęciem studiów, rozpocząłem pierwszą pracę „w zawodzie”. Pracowałem wtedy jako terapeuta zajęciowy z osobami chorymi nerwowo i psychicznie. Po kilku latach zmieniłem pracę, aby pracować z … osobami niepełnosprawnymi intelektualnie w stopniu głębokim. Znowu minęło kilka wiosen (w międzyczasie wyprowadziłem się z Pruszkowa do Grodziska, potem do Warszawy, w sumie na kilkanaście lat), a ja znowu zmieniłem pracę. Tym razem przeniosło mnie do przedszkola Montessori. I tak jak pewnie się domyślacie, po kilku latach zmieniłem znowu miejsce zatrudnienia. Kolejnym miejscem (po dziś dzień), w którym się znalazłem była szkoła podstawowa. Potem, gdzieś pomiędzy natłokiem zdarzeń codziennych, zdarzyły się jeszcze podyplomówka, epizod z prowadzeniem kursów programowania dla dzieci i prowadzenie przez kilka lat poradni psychologiczno – pedagogicznej, a ja zdążyłem trochę posiwieć i wyłysieć (w różnych miejscach niekoniecznie w tej kolejności).

Tak oto dzisiaj jestem dumnym ojcem najwspanialszego 8-latka Mikołaja, znowu stąpam po ziemi ojczystej i oglądam jej niebo, jestem pedagogiem specjalnym i wychowawcą niesamowicie kochanej klasy 6 a oraz trenerem biofeedback. Dawne fascynacje odeszły nieco w cień, wiadomo z braku czasu i takie tam… Jednak wciąż od czasu do czasu coś nagram lub narysuję (moje prace można obejrzeć na moich profilach społecznościowych). Poza tym rozwijam teraz kilka innych zainteresowań, ale o tym już może innym razem.
Pozdrawiam ciepło!

[Post scriptum]
Pisanie powyższego tekstu było dla mnie niesamowitą podróżą w przeszłość. Wraz z każdym kolejnym napisanym słowem, do głowy przychodziły kolejne wspomnienia związane z Pruszkowem. Może niektóre, gdzieś, kiedyś opiszę, pozostałe muszą pozostać na wieki tajemnicą spowitą pomrokami dziejów.
Niemniej jednak liczę się z tym, że w natłoku tego, co opisałem, mogłem pominąć jakieś istotne osoby lub wydarzenia. Jeżeli tak się zdarzyło, przepraszam, nie było to zamierzone działanie z mojej strony. Dorastaliśmy w szalonym miejscu i czasie. Sami wiecie jak wiele wspaniałych, niesamowitych, czasem irracjonalnych, a nawet mrożących krew w żyłach rzeczy wtedy się działo. Kto tam, wtedy był, to wie, o czym piszę. Wspomnienia są na zawsze w nas… Pozdrawiam ciepło!

Marcin

ZDJĘCIE ZROBIONE W RAMACH WYSTAWY w CH NOWA STACJA