Marcin Ciesielski

Cześć.
Nazywam się Marcin Ciesielski. Mam 32 lata i dokładnie tyle samo czasu mieszkam w Pruszkowie. Wszystko rozpoczęło się w szpitalu na Wrzesinie 2 grudnia 1987 roku. Dorastałem w tej „gorszej” (podobno) części Pruszkowa — o chłopakach stamtąd nagrano nawet film „Alfabet mafii”. Czy kiedykolwiek odczułem „gorszość” tej strony miasta? Nigdy.
Pruszków to obecnie mała metropolia pełna kontrastów — z jednej strony luksusowe osiedla, z drugiej kamienice, w których świat zatrzymał się dawno temu. Mimo rozwoju, w tym miejscu zatrzymał się również ruch uliczny. Kiedyś nie było tu takich korków, może nie licząc wiecznie zapchanych Alei Jerozolimskich w kierunku Warszawy.

W Pruszkowie przeszedłem wszystkie szczeble podstawowej edukacji. Moi rodzice nie widzieli potrzeby wożenia mnie do elitarnych warszawskich szkół: „Jeśli ma z niego wyrosnąć coś dobrego, to wyrośnie i tutaj” — mawiali. Dlatego swoją oświatową „karierę” rozpocząłem w Przedszkolu Miejskim nr 8 na Żbikowie, a następnie moje szkolne, biało-czarne trampki za 8 zł prowadzały mnie do Szkoły Podstawowej nr 9 również na Żbikowie. Wówczas niewątpliwymi zaletami były na pewno oszczędność czasu i mniejsze zużycie obuwia. Gimnazjum nr 4 im. Jana Pawła II przy ul. Hubala to była już wyprawa. Najpierw pieszo 800 m do przystanku, następnie czekanie na autobus, który często jeździł, jak chciał. Za to widok Pruszkowa z wiaduktu nad aleją Wojska Polskiego — BEZCENNY!

Czas gimnazjum oceniam jako przełomowy w moim życiu. Zawsze myślałem: „Skończę Akademię Medyczną. Uwielbiam biologię. Po co mi więc polski, historia, wos, geografia?!” Chemia i matematyka były ciekawsze i bardziej przydatne, podobnie jak biologia. Liceum im. Tomasza Zana tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, co chcę w życiu robić. Ukończyłem Warszawski Uniwersytet Medyczny, zdobywając tytuł magistra fizjoterapii. Później nadszedł czas na szkolenia podyplomowe, własny gabinet w Pruszkowie i marzenie o klinice. Nawet raz chcieli mnie do telewizji — tak jest teraz.

Jak nietrudno zgadnąć praca jest moją pasją, spełnieniem marzeń. Jednak wszystko ma swoje granice, a rozsądek zawsze jest w cenie. Względnie niedawno, bo 3-4 lata temu mój tydzień pracy zaczynał się w poniedziałek i kończył… hmm, właśnie chyba się nie kończył. I tak doprowadziłem się na skraj wyczerpania, w tym do utraty przytomności. Wtedy dotarło do mnie, że muszę coś zmienić, bo nie o to w tym przecież chodzi. Teraz praca zawodowa wypełnia mój czas tylko od poniedziałku do piątku. Nie mnie oceniać czy obecne 50-60 godzin tygodniowo przeznaczone na rozwój zawodowy to dużo. Jedno jest pewne — pasja to najkrótsza droga do pracoholizmu, a ten ponoć jest niewyleczalny…

„Dużo w życiu przeżyłem/-am. Wiem co to życie!”. Czuję nieskromnie, że również mógłbym się podpisać pod tymi słowami i to pogrubioną czcionką. Poznałem, czym jest otyłość w wieku młodzieńczym; mam świadomość ile wyrzeczeń i pracy kosztuje zrzucenie 30 kg, zaliczyłem kilka wypadków w swoim życiu, w tym jeden poważny. Przeżyłem złamania, krwiaki, śruby i blachy w kościach, liczne operacje, a nawet zaniki pamięci. Jak wielu mam też swoje traumatyczne przeżycia osobiste. Nie żalę się. Mówię to po to, żebyście wiedzieli, że każdemu z Was też się uda. Wpisany w naszą psychikę instynkt przetrwania, weźmie górę!

Prywatnie jestem uzależniony od aktywnego trybu życia, podróży, muzyki, sushi i kawy. Okazjonalnie nie pogardzę dobrą whiskey. Od 18 lat moja codzienność związana jest z siłownią. Dawno, dawno temu… była sobie taka jedna na Zniczu, niezbyt duża – to właśnie tam oraz na siłowni „Goliat” tak naprawdę wszystko miało swój początek. Niekiedy zdarzało się tak, że nie stać mnie było na karnet i wtedy ćwiczyłem w domu na misternie kompletowanym sprzęcie. Od paru dobrych lat nie tylko szlifuję formę, ale również pracuję na siłowni, pomagając Wam w osiąganiu celów, po których realizację tam przychodzicie.
Kiedy nie ćwiczę morsuję, spędzam czas w saunie, medytuję i wędkuję. Nie mam psa, kota, rybek, ani innego zwierzaka, ale to nie znaczy, że ich nie kocham. Wiem jednak, że zdechłyby z głodu albo zjadły wszystkie kapcie, bo w domu bywam gościem.

A sukcesy, porażki, plany na przyszłość, wątpliwości, błędy? Każdy je ma. Świat pędzi teraz turbo-szybko, jesteśmy wystawiani na ogromną ilość bodźców. Szukamy sukcesów, mamy marzenia i gnamy za nimi, jednocześnie szukając spokoju.
Życzę nam wszystkim, żeby nasze życie wyglądało tak, jak pokazują to media społecznościowe 🙂