Małgorzata Widera

Małgorzata Widera

Mieszkam w Pruszkowie od urodzenia, chociaż de facto urodziłam się w stolicy, w szpitalu w Międzylesiu, a właściwie prawie w taksówce lub w windzie, na dodatek równo o północy. Moja mama twierdzi, że bardzo spieszyło mi się na świat, którego od najmłodszych lat byłam i jestem ciekawa. Udział w projekcie „Pruszkowiak” traktuję jako zaszczyt, ale jednocześnie czuję się pełnoprawnym jego uczestnikiem. Po prostu czuję się pruszkowianką z krwi i kości.

Tu spędziłam najwspanialszy okres mojego życia – dzieciństwo i młodość: od żłobka, poprzez Przedszkole Miejskie nr 3, Szkołę Podstawową nr 11 (dziś nr 3) oraz Liceum Kościuszki. Od najmłodszych lat uczęszczałam na rozmaite zajęcia do „Pałacyku” (MDK). Mam wiele wspomnień związanych z tym miejscem. Tu przez wiele lat uczęszczałam na plastykę, bo chciałam zostać malarką. Warsztatu artystycznego uczyła mnie pani Rita Wnorowska. Pod jej kierunkiem byłam laureatką kilku ogólnopolskich i jednego międzynarodowego konkursu plastycznego. Jedną z nagród była wycieczka samolotem do Krakowa (moja pierwsza podróż samolotem!). Tu też uczęszczałam na zajęcia z angielskiego do pani Danuty Parys, która zaszczepiła we mnie pasję do nauki języków – dziś sama jestem nauczycielem już od ponad 20 lat! Do MDK uczęszczałam też, już jako licealistka, na zajęcia teatralne. Z tamtego okresu pamiętam sztukę opartą na twórczości Baczyńskiego. Ćwiczyliśmy wtedy „na dechach” w amfiteatrze pod gołym niebem. Czułam się jak prawdziwa aktorka. To był niesamowity klimat. Widzami byli przypadkowi przechodnie, którzy przysiadali na ławeczce i słuchali. W tych czasach rozwinęło się moje zamiłowanie do poezji, literatury i teatru, które wzmacniali we mnie od najmłodszych lat rodzice, a zwłaszcza mama – filolog, literaturoznawca, bibliofil, nauczyciel, poliglotka i mój największy autorytet.

Pałacyk w parku „Sokoła” to dla mnie miejsce magiczne, pełne wspomnień. Podobnie jak i sam park – gdzie wraz z kumplami z podwórka spędzaliśmy wiele czasu na zabawach w podchody, chowanego, klasy i berka. Mogę śmiało powiedzieć, że jako była mieszkanka wieżowca przy al. Niepodległości 9, okolice parku znam na wylot, choć dziś te miejsca bardzo się zmieniły. Park wypiękniał, zmieniła się infrastruktura dookoła, ale wspomnienia pozostają niezmienne. Dziś, moje dawne podwórko zostało pomniejszone. Tam, gdzie pasjami kopaliśmy piłkę i ganialiśmy się po trawie wzdłuż ciągu al. Wojska Polskiego — gdzie kiedyś nie było prawie ruchu — dziś znajdują się lokale usługowe i sklepy. Jak przez mgłę pamiętam czasy, kiedy w okolicy skrzyżowania stał jeszcze czołg — obowiązkowe miejsce zabaw dzieciaków z okolicy — bo zabawa w „4 pancernych i psa” była jedną z ulubionych w tych już zamierzchłych czasach, podobnie jak poszukiwanie skarbów ukrytych w ziemi pod szkiełkiem.

Ze szkoły podstawowej nr 11 mam również wiele wspaniałych, ale i czasem trudnych wspomnień. Naukę tam zaczęłam w roku 1981. Wiadomo, jakie to były czasy. Oczami dziecka wyglądało to dosyć przerażająco: Nagle na boisku szkolnym pojawiły się czołgi i żołnierze, na ulicach ZOMO. Był to czas niepokoju, cichych rozmów w domu i na ulicy. Pamiętam również rok 1986 – ciepły, słoneczny, wiosenny dzień, a w domu i w szkole panika i ogólne poruszenie. Jeszcze dziś, kiedy to wspominam czuję smak płynu Lugola, który nam podano, aby zapobiec efektom promieniowania po wybuchu w elektrowni jądrowej w Czernobylu. Na szczęście większość wspomnień z czasów podstawówki, to te piękne. Ot, chociażby z klas 1-3, kiedy wychowawczynią była niezapomniana, najcudowniejsza druga mama – pani Barbara Cholewińska. To ona uczyła mnie, jak ważna jest obserwacja otaczającego świata. Zaszczepiła też miłość do książek. Do dziś przechowuję prowadzony przez trzy lata kalendarz przyrody, gdzie z zapałem młodego naukowca prowadziłam badania, śledziłam zjawiska związane ze zmianami pór roku, obserwowałam co robią ludzie…
Z równym zapałem walczyłam o tytuł „Super wzorowego czytelnika”, prowadziłam szczegółowe zapiski z lektur i wykonywałam do nich ilustracje.

To w jedenastce zaczęła się moja przygoda z koszykówką, którą kontynuowałam w liceum. A były to czasy, kiedy koszykówka w Pruszkowie rozkwitała. W klasie 6 przyłączyłam się do braci harcerskiej. Przeważyły moje zainteresowania aktywnością społeczną, która jest mi bliska od najmłodszych lat: w szkole poprzez działalność w samorządzie klasowym i uczniowskim, a w harcerstwie przez prowadzenie drużyny Zuchów. Lata spędzone w ZHP to temat na oddzielny tekst – jedno jednak jest pewne: harcerzem nigdy się nie przestaje być, a skautowe wartości na zawsze pozostają w sercu i pamięci.

Pruszków z mojego dzieciństwa jawi mi się w kolorach czarno- biało- szarych. Takich jak na zdjęciach utrwalał mój tata- fotograf z zamiłowania (pasję do robienia zdjęć mam po nim), który jako inżynier 40 lat przepracował w CBKO, wcześniej w Mechanikach. Dziś serce mi się ściska, kiedy muszę załatwić sprawę w Urzędzie Skarbowym przy Staszica 1, bynajmniej nie z powodu podatków, ale z powodu miejsca – które kiedyś kwitło jako centrum przemysłu obrabiarkowego. To tu przeżyłam najfantastyczniejsze zabawy choinkowe, tu ganiałam się z siostrą po korytarzach, oglądałam olbrzymie obrabiarki, stąd jeździłam jako nastolatka na Targi do Poznania. To dzięki pracy taty w CBKO rozpoczęłam przygodę z hippiką w Popówku, gdzie przez kilka lat, bodaj od roku 1986, co weekend jeździliśmy jako grupa wraz z innymi pracownikami CBKO i ich rodzinami. Mam mnóstwo zdjęć wykonanych przez tatę z tego okresu – część z nich podarowałam Klubowi Jeździeckiemu „Szarża” na pamiątkę – bo był to okres, kiedy zaczynali, jako studenci, swoją działalność w stadninie.

Czasy w liceum w Kościuchu od 1989 r. wspominam kolorowo. Również zdjęcia z tego okresu są już w kolorze. Zdjęcia pomagają, gdy pamięć szwankuje… Poza pierwszymi klasowymi sylwestrami i innymi młodzieńczymi wybrykami z tych lat pamiętam swoją wychowawczynię – Asię Włodarczyk, początkującą nauczycielkę języka francuskiego. Ciągała nas na rajdy kościuszkowskie do swoich rodzinnych stron w Maciejowicach oraz zorganizowała dla naszej klasy wymianę ze szkołą Lycee de Jean Monet pod Paryżem. Była to wielka sześciotygodniowa przygoda mojego życia, która otworzyła mi oczy na świat. To wtedy podjęłam decyzję, że chcę zostać nauczycielem. Ze względu na moją wychowawczynię, którą podziwiałam i uwielbiałam, ale także ze względu na to, co zastałam w szkole wybudowanej, jako wzór dla szkół europejskich. To była i jest szkoła marzeń. Zostałam wtedy wydelegowana wraz z kolegą do wygłoszenia referatu na temat „Szkoła moich marzeń, szkoła przyszłości”, bo akurat trafiliśmy na zjazd szkół europejskich organizowany w tym liceum. To było dla mnie, 17-letniej uczennicy z Pruszkowa, wydarzenie na skalę światową i od tamtej pory jestem przekonana, że nic w naszym życiu nie dzieje się przypadkiem. „Życie kołem się toczy…”.

W szkołach średnich odbywają się aktualnie matury. Swoją maturę pamiętam jak przez mgłę, był rok 1993… Uczyłam się do egzaminów w parku Potulickich i w czytelni na Kraszewskiego. To były piękne czasy… Dziś sama jestem egzaminatorem, a moja najstarsza córka zdaje maturę… Dalej były studia na UW i dorosłe życie…

Tu zakończę moją historię, mam nadzieję, że udało mi się was zaciekawić i pobudzić wspomnienia związane z Pruszkowem. Dziękuję panu Maciejowi za możliwość udziału w tym projekcie… Dzięki temu mogę się poczuć częścią większej pruszkowskiej społeczności.
Pozdrawiam serdecznie i życzę udanego weekendu w Pruszkowie.

A skrócie:
Kim jestem? Przede wszystkim jestem mamą trzech najwspanialszych córek i szczęśliwą małżonką – wdzięczną za to, że rodzina nie tylko toleruje moje zaangażowanie w pracę, zarówno zawodową, jak i społeczną, ale także mocno wspiera i rozumie…
Tomasz – bez ciebie nic nie byłoby takie same i możliwe!
Mamy również cudownego psiaka – goldenkę „Lilly”, którą traktujemy jak członka rodziny, a która rozładowuje wszystkie trudne sytuacje w domu. Lubimy spędzać czas rodzinnie, często na działce blisko domu, którą zajmuje się mój mąż. Tam czujemy się najlepiej. Uwielbiamy wypady do kina i wspólne oglądanie filmów. Zawsze spędzamy razem wakacje, chwile spędzane razem traktujemy jak święte. Nie zawsze bywa różowo, jak to w rodzinie, ale swoje tradycje rodzinne traktujemy poważnie i piastujemy je pieczołowicie.

Zawodowo – jestem nauczycielem dyplomowanym języka angielskiego, opiekunem samorządu i wolontariatu w liceum, prowadzę też swoją działalność prywatną, m.in. nauczam języka biznesu; od 2018 r. jestem też Radną Miasta Pruszkowa, w radzie pełnię funkcję Przewodniczącej Komisji Oświaty, Kultury i Sportu, jestem również członkiem Komisji Skarg, Wniosków i Petycji oraz od dwóch miesięcy Komisji Zdrowia i Opieki Społecznej.

Moje „pasje” – powinniście wyczytać ze zdjęcia.
Moje ulubione miejsce w Pruszkowie: Park Potulickich.
Miejsca, gdzie najczęściej przebywam w Pruszkowie: działki przy ul. Srebrnej i osiedle Ceglana – moje miejsce na ziemi; LO Zana i MDK – „Pałacyk” – tu pracuję; Urząd Miasta – odkąd zostałam Radną; cukiernia „Sowa”- bo uwielbiam słodkości i dobrą kawę w doborowym towarzystwie; park Potulickich- tu się wyciszam i znam każdy zakamarek – w 8 klasie zrobiłam pracę badawczą o parku do konkursu z biologii; okolice ulic Kraszewskiego, Prusa, Kościuszki; księgarnia „Ania”- moja ulubiona i jedyna w swoim rodzaju; osiedle „Lipowa ostoja” – tu odbywam najważniejsze rozmowy, „narady wojenne” i wylewam litry łez, aby potem z uśmiechem na ustach stawiać czoła nowym wyzwaniom.
A poza Pruszkowem również Komorów, z którym jestem związana nie tylko poprzez 15 lat pracy w ZSO i dzieci uczęszczające do komorowskiej szkoły, ale przede wszystkim poprzez wspaniałych ludzi i przyjaciół, których tam poznałam i znam do dziś, cenię i podziwiam.

Miejsca mojego dzieciństwa – centrum miasta, al. Niepodległości, ul. Drzymały, Park Sokoła wraz z „Pałacykiem” i park Kościuszki, park Potulickich, przychodnia przy ul. Drzymały, SP nr 3 (dawniej 11), LO Kościuszki, Kościół Św. Kazimierza – tu miałam I Komunię świętą; stacja PKP, WKD w Pruszkowie, CBKO przy ul. Staszica, Biblioteka Miejska przy ul. Kraszewskiego, osiedle „Ceglana” i wiele innych…

Czego brakuje mi w Pruszkowie?: ryneczku, tętniącego życiem z klimatem i muzyczką w tle… ale wszystko jeszcze przed nami. Pruszków stale się zmienia. Tu mieszkają wspaniali ludzie, którzy ciągle mnie zaskakują…