Małgorzata Maj

Cóż powiedzieć? Moi mili, drodzy? Jak wypełniam PIT do Urzędu Skarbowego i wpisuję miasto, powiat, poczta — Pruszków, to absolutnie czuję się pruszkowianką z krwi i kości.

Ale zacznijmy tę opowieść od początku. A było to tak… Do Pruszkowa wprowadziliśmy się w 1979 r. Rodzice kupili kawalerkę w bloku przy ul. Powstańców 105. Obok był Herbapol, kiosk ruchu, w którym codziennie czekała teczka z gazetami dla taty. Był też sklep Pani Sasankowej, u której kupowałam andruty i oranżadę w torebce ze słomką. Mieszkałam tam z rodzicami i o 6 lat starszym bratem Arkiem. Do „zerówki” chodziłam na ul. Jasną 3, często sama, między blokami ulic Zgody i Helenowskiej, mijając po drodze Pana przy stoisku z watą cukrową. Dokładnie pamiętam blok, w którym była „zerówka” i Panią wychowawczynię z długimi, czarnymi włosami.

Ach, to były czasy.

Po „zerówce” przyszedł czas na szkołę. Edukację wczesnoszkolną zaczęłam w SP nr 8 przy ul. Obrońców Pokoju. Spędziłam tam jednak tylko 4 lata, ponieważ do 4 klasy poszłam już do SP nr 1 i to była jeszcze stara „Jedynka” z dziurami w podłogach. Z okresu podstawówki najbardziej utkwiło mi w pamięci codzienne picie mleka i fluoryzacja zębów, jak również podanie płynu Lugola na szkolnym boisku po awarii w Czarnobylu. Dobrze wspominam też zabawy na trzepaku, skakanie na skakance czy grę w gumę z dziewczynami z klasy i z osiedla. W międzyczasie rozpoczęłam również naukę w szkole muzycznej w Pałacyku, a dokładniej naukę gry na akordeonie. Wbrew pozorom, to nie akordeon okazał się miłością mojego życia, bo od najmłodszych lat bardziej interesowały mnie zabiegi kosmetyczne i fryzjerskie. Mój dziadek chętnie poddawał się takowym, kiedy akurat spędzałam wakacje na wsi. Lalki także były wdzięcznymi modelkami, ale koniecznie te z długimi włosami. Miałam trzy, z czego finalnie wszystkie zostały w krótkich fryzurach.

Mój tata z kolei był jednym z pierwszych przedsiębiorców w Pruszkowie. Zajmował się usługami dla ludności – wykopami ziemnymi koparko-spycharką. Swego czasu zrobił nawet wykop pod Kościołem św. Edwarda, przy ul. Partyzantów. Mama natomiast zajmowała się rodziną i domem. W tamtych czasach pod blokiem stały ze 3, może 4 auta i Taty… koparka „Białoruś”. Pamiętam, że chłopaki z osiedla przychodzili oglądać sprzęt.

Moim rodzinnym domem nie jest jednak mieszkanie przy ul. Powstańców, ale dom, który dawno temu kupili moi rodzice. Okres po przeprowadzce z osiedla na Tworki był mimo wszystko bardzo trudny dla naszej rodziny. Rok później nagle zmarł mój tata. Wydarzenia z tamtego okresu w pewnym sensie zamknęły w moim życiu rozdział beztroskiego dzieciństwa. W zasadzie niewiele pamiętam. Codzienność po prostu płynęła swoim tempem. Koniec roku szkolnego, zakończenie podstawówki, a potem wybór dalszej ścieżki edukacji. I tu bez zastanowienia zapadła decyzja o kontynuowaniu nauki w ZSZ w „Budowlance”, w klasie wielozawodowej. Zawód? Oczywiście, FRYZJER! Wiedziałam bowiem, że to jest właśnie to, co chcę robić, mimo że zdawałam również do technikum na dokumentację budowlaną.

Serce podpowiadało mi jednak inaczej i posłuchałam go. Praktyki zaczęłam od września w malutkim zakładzie obok domu u Pani Joli, choć nie był to szczyt moich marzeń. Tam poznałam Agnieszkę, z którą się zaprzyjaźniłam, więc nie było aż tak źle.
W tamtym czasie moja mama wyjechała na Ukrainę na handel. Jako wdowa radziła sobie najlepiej, jak umiała. Nie było jej 2 miesiące, a ja podjęłam kolejną ważną decyzję i zmieniłam praktyki. Znalazłam się w Komorowie w salonie fryzjerskim „Szyk”, obok stacji WKD. Właścicielką lokalu była Pani Danusia Lisiewicz. Nie zapomnę wrażenia, jakie wywarł na mnie ten salon. To były szare, nijakie czasy, a w Komorowie salon fryzjerski „Szyk” błyszczał niczym w Las Vegas. Nigdy tego nie zapomnę. Podobnie jak tego, że to właśnie w tamtym miejscu moje serce w pełni otworzyło się na fryzjerstwo. Tam nauczyłam się wszystkiego, tam dorosłam i dojrzałam, a co najważniejsze znalazłam kogoś, kto w niełatwym momencie mojego życia stał się dla mnie drogowskazem. Pani Danusi, która okazała mi wielkie serce i wsparcie, nie zapomnę do końca życia, a nawet jeden dzień dłużej. Tej kobiecie zawdzięczam wiele przemian w moim życiu. W salonie „Szyk” przepracowałam kawałek życia. Zaczęłam już w 3 klasie szkoły zawodowej i zostałam na kolejne długie lata, 1993-2006.

W 2002 roku wyszłam za mąż, ale nie za chłopaka z Pruszkowa :). Niedługo potem urodził się nasz syn Piotr, a cztery lata później córka Zofia i już nie wróciłam z urlopu wychowawczego do pracy. Przez kolejne 12 lat byłam managerem ogniska domowego. Można powiedzieć sielsko, a wręcz anielsko. Realizowałam się, pomagając w przedszkolu, do którego chodziły moje dzieci, a następnie w szkole. Przez cały okres podstawówki dzieci, byłam przewodniczącą Rady Rodziców i myślałam, że moje idealne, poukładane życie niczym mnie już nie zaskoczy. Czekała mnie jednak niespodzianka. Urodziłam kolejne dziecko, syna Aleksandra, który nadał nowy bieg mojemu życiu. Zrozumiałam, że ono tak naprawdę dopiero się zaczyna.

Przyszedł czas na zmiany. Remont, rozbudowa domu i dobudowa garażu. Przez dwa lata garaż był schronieniem dla samochodu, ale od 27.10.2018 roku stał się miejscem upiększania waszych fryzur, moi mili, i spełnieniem moich skrytych marzeń o własnym salonie. Realizacja mojego pomysłu to był tak szybki proces, że do dzisiaj trudno mi w to uwierzyć. Tu się rozwijam, rozwijam swoją największą pasję i nie przepracowuję ani jednego dnia. Tworzę piękne fryzury, dbam o kolory, codziennie witam nowe osoby i stałych bywalców. Przede wszystkim jednak każdego dnia sprawiam radość moim klientom i dziękuję za zaufanie, jakim mnie obdarzają. Co tu dużo mówić, czuję, że żyję!

To jest moje miejsce na ziemi.

Uwielbiam zdobywać wiedzę, nieustannie się szkoląc. Mój bieg dopiero nabiera pędu, to jak niekończąca się opowieść! Współpracuję z cudownymi ludźmi, profesjonalnymi markami. I to wszystko w Pruszkowie! Moja pierwsza rozmowa biznesowa odbyła się właśnie w tym mieście, w kawiarni „Zapach szczęścia” – pachnie do dziś! Chociaż kawiarni już nie ma…

Pruszków jest mi bardzo bliski i choć nie mam czasu w pełni korzystać z uroków miasta, bo mój kalendarz pęka w szwach, to codziennie spotykam u siebie w salonie mieszkańców Pruszkowa. To z pruszkowianami wspominam najróżniejsze miejsca, często takie, których dzisiaj już nie ma albo diametralnie zmieniły swój charakter. Podczas takich rozmów przywołujemy w pamięci dyskoteki w klubie pacjenta na Tworkach, seans „Tytanic” w Domu Kolejarza, oglądany na krzesłach albo łyżwy na zamarzniętym stawie w Parku Potulickich.

Moi mili, drodzy uznałam, że projekt Pruszkowiak jest bliski mojemu sercu. Przyjęłam wyzwanie, które rzuciła mi córka. Jestem szczerą i otwartą osobą i czuję, że to mój czas. Dziękuję, że jesteście!

Małgosia Maj