Małgorzata Knap

Od przypadku pyskata Pruszkowianka, trochę temperamentna romantyczka, na ogół kobieta pełna sprzeczności. Czasami zbuntowana dama, a raz na jakiś czas bezkompromisowa wojowniczka doprawiona szczyptą wrażliwości. Oto cała ja — Małgorzata Knap.

W tym roku kończę 35 lat i od urodzenia mieszkam w Pruszkowie. W mieście, w którym się wychowałam, które kocham i z którym się identyfikuję. Edukację rozpoczęłam w Szkolę Podstawowej nr 8, następnie uczęszczałam do szkoły średniej, zwanej przez mieszkańców „budowlanką”, gdzie ukończyłam Technikum Ochrony Środowiska.
Naukę kontynuowałam na uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, studiując na wydziale ochrony środowiska. Choć udało mi się bez większych turbulencji przejść przez 5 lat studiów magisterskich, los postanowił odrobinę namieszać w moim życiowym scenariuszu i zakończyłam ten rozdział bez tytułu magistra. A potem wróciłam do Pruszkowa i swoje pierwsze kroki zawodowe stawiałam już w rodzinnym mieście. Początkowo pracowałam w sieciowej agencji pośrednictwa nieruchomościami, ale chwilę później rozpoczęła się moja przygoda z firmą deweloperską i ta okazała się na tyle wciągająca, że pochłonęła mnie na kolejne 9 lat. I tak mnie trzyma do dzisiaj.

Prywatnie — jestem matką, żoną, ale przede wszystkim kobietą, która nie tylko zna swoją wartość, ale jest świadoma własnych zalet i wad. Wiem, czego chcę od życia, zawsze dążę do wyznaczonego celu i rzadko pozwalam sobie na chwile słabości. Nie znoszę kłamstwa i obłudy, niemal tak samo mocno, jak filmów romantycznych, choć z pewnością bardziej nie cierpię wampirów energetycznych, które konsekwentnie usuwam ze swojego życia. Bywam chorobliwe zazdrosna, ale zawsze troskliwa; czasami jestem nieobliczalna, odrobinę kłótliwa i złośliwa, a mimo to pełna empatii i chęci pomocy. W moim słowniku nie istnieją słowa: „nie da się”, a porażki? Zdarzają się, to jasne! Jednak za każdym razem motywują mnie do większej pracy i wysiłku, dzięki czemu nierzadko udowadniam sobie oraz innym, że nie warto się poddawać!
Często mówię o sobie: chodząca sprzeczność. Dlaczego? Bo brawurowo łamię stereotypy. Uwielbiam gotować i jeść, pić ukochane wino z winnicy na Mazowszu i oglądać horrory, nosić szpilki i uśmiech na twarzy, momentami poleniuchować, a przy okazji potańczyć.

Mam dwie cudowne córeczki: 8-letnią Kornelię i 14-letnią Oliwkę — uczennice pruszkowskiej „ósemki”; męża, z którym dzielę życie od 16 lat i dwie małe bulwy — buldożki francuskie — Mistera i Lady. Posiadam też największy skarb — przyjaciół, na których zawsze mogę liczyć i którzy we wszystkim mnie wspierają.

Na co dzień, poza pracą, która nieustannie stawia przede mną nowe wyzwania i gdzieś pomiędzy zwykłymi obowiązkami a borykaniem się z realiami życia, realizuję się. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze lubiłam coś organizować, być sprawcą „zamieszania”, angażować się w pomoc drugiemu człowiekowi i tak mi zostało do dzisiaj. Jak nie studniówka w szkole średniej albo koncert hip-hopowy, to wspieranie wszelkich zbiórek i licytacji charytatywnych. Nie są mi obce zajęcia sportowe w pogotowiu opiekuńczym, a nawet pomoc w lokalnym domu dziecka i domu samotnej matki. Nie boję się wyzwań, a wręcz przeciwnie — lubię działać.

Od dwóch lat jestem także organizatorem zmagań sportowych na terenie miasta Pruszkowa, jakimi są Mistrzostwa Polski w wyciskaniu sztangi leżąc, rosyjskiej federacji World Raw Powerlifting Federation (WRPF). Pomysł na zaangażowanie w ten nietypowy sport zrodził się z pasji mojego męża, którego za pośrednictwem naszego przyjaciela, organizator lokalnych zawodów zaprosił do startu i reprezentowania Pruszkowa. Później wszystko potoczyło się lawinowo. Wspólna przygoda zaowocowała zawiązaniem się niezrzeszonego klubu sportowego „Pruszków Team” oraz wieloma startami w zawodach na terenie całej Polski, zawsze w barwach reprezentacji Pruszkowa.
Pokochałam tę dziedzinę sportu, choć sama nie trenuję, bo nie mam do tego predyspozycji. Zawsze jednak z całego serca kibicuję mężowi i drużynie, zwłaszcza że wiem, ile siły, potu, a niekiedy również wyrzeczeń kosztują ich treningi i jak ciężkie bywają przygotowania do zawodów.
Mnie z kolei całkiem niedawno zaintrygował boks, w którym moja niespokojna dusza doskonale się odnajduje. Wprawdzie moja przyjaźń z tym sportem trwa dopiero pół roku, ale z dnia na dzień wciąga mnie coraz bardziej i myślę, że szybko się nie skończy.

Tymczasem pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie i pamiętajcie: wszelkie ograniczania są tylko w naszej głowie. Od nas samych zależy, jak kierujemy naszym życiem. A energię i uśmiech w życiu czerpcie od ludzi, którzy Was otaczają!!!