Maksym Gołaś

Aby ta krótka autoprezentacja miała jakiś pożytek, zacznę od podzielenia się pewną dobrą radą; na wypadek, jakby ktoś nie chciał czytać dalej. Od dwóch lat swój dzień w pracy zaczynam od naparu z nagietka. Poleciła mi to pewna przyjaciółka, Ania ze Żbikowa. Nagietek wspaniale działa na organizm. Umysł po nim pracuje jakby ściślej. To jedna z bardzo wielu dobrych rzeczy, która mnie spotkała ze strony jednej z bardzo wielu dobrych osób w Pruszkowie.

Myślę, że mogę już o sobie powiedzieć, że jestem Pruszkowiakiem… Pruszkowianinem? Jak zwał tak zwał, jestem nim z wolnego wyboru. Może właśnie dlatego, iż jest to kwestia wolnej woli, a nie zbiegu wielkich zdarzeń, których efektem jest przyjście na świat, dostrzegam głównie pozytywne aspekty mojego statusu, który niektórzy określają mianem „słoika”. I gdy ktoś używa wobec mnie określenia spadochroniarz z Kobyłki, jako historykowi z wykształcenia, nasuwa się od razu pozytywne skojarzenie z Cichociemnymi. Takie skojarzenia zobowiązują. I nie jest to dla mnie pierwszyzna, gdyż po tym jak przeprowadziłem się do Malich w 2010 roku i zacząłem rok później pracę w urzędzie miejskim w Wołominie, to tam też od czasu do czasu kojarzono moją rolę ze wspomnianą służbą Ojczyźnie. I te żarty… Prawie identyczne. Ale tak w Wołominie, jak i w Pruszkowie brałem sobie za wzór pana burmistrza Jana Cicheckiego (vide Google).

Zatem zagnieździłem się w Pruszkowie, ale już teraz bardziej w centrum miasta. Tutaj chodzi do przedszkola mój syn, tutaj planuję swoje życie i spełniam się społecznie. Po wielu przeprowadzkach (Warszawa ->Nowy York ->Warszawa ->Kobyłka ->Warszawa ->Pruszków) tutaj jest zdecydowanie największe zagęszczenie moich osobistych znajomych, przyjaciół (… i oponentów) na tysiąc mieszkańców, niż gdziekolwiek indziej na świecie. Potem długo, długo nic, aż pojawia się Warszawa, a potem piękna i szlachetna ziemia wołomińska.

Szybko zorientowałem się, że można tutaj wiele zrobić i zaangażowałem się w politykę w jej wymiarze samorządowym. Z tą zaszczytną, choć degradowaną działalnością publiczną, miałem już do czynienia wcześniej, jako obserwator – rzecznik prasowy wojewody mazowieckiego w latach 2005-2007. Samorząd obserwowałem z tamtej perspektywy z zainteresowaniem i coraz większym przekonaniem, iż normalni ludzie nie doceniają jego roli, a tym bardziej swojego w nim udziału. Bo o ile wymiarze ogólnokrajowym bliski jest mi program Marszałka Piłsudskiego, który został streszczony przez naszego najwybitniejszego Ojca Niepodległości w krótkich żołnierskich słowach hrabiemu Skrzyńskiemu, to w wymiarze Małej Ojczyzny uważam się za republikanina. Rzecz Pospolita, czyli Rzecz Wspólna, to właśnie samorząd, to ludzie i łaskawie przez nich oddelegowani przedstawiciele, którzy mają za zadanie dysponować wspólnym dobrem dla wspólnych korzyści. Wierzę w to i utwierdzam się w tym przekonaniu. Co więcej sądzę, że trzeba dążyć do tego idealnego modelu, a że akurat lubię wyzwania, to zgłosiłem się na ochotnika! Po kilku latach ciężkiej pracy i dzięki piętnastu radnym powiatowym zostałem w 2014 roku Przewodniczącym Rady Powiatu Pruszkowskiego, a rok później starostą pruszkowskim. Chciałem co prawda wcześniej zostać Prezydentem Pruszkowa, ale obywatele-republikanie zdecydowali inaczej. Vox Populi Vox Dei, jak to się onegdaj za przykładem Karolingów w I Rzeczpospolitej mówiło. Chęci moje się nie zmieniały, a i ten Vox Populi nie był jednomyślny… Zatem służyłem swojej powiatowej społeczności najlepiej jak umiałem, mając interes Pruszkowa na poczesnym miejscu.

Tu się kończy ta historia. I jak to w historii bywa, nie do końca znane są jej wszystkie przyczyny, siły, bohaterowie i sprężyny. Ciepły wiatr tej wyjątkowo pięknej jesieni, przynajmniej na jakiś czas, wywieje mnie z samorządu pruszkowskiego. Ale co tam! Nadal chciałbym być aktywny na rzecz naszego miasta, jego mieszkańców, moich sąsiadów i przyjaciół, czyli swojej respubliki. Poza tym mam tu jeszcze kilka spraw do załatwienia.

Tymczasem do zobaczenia w tłoku eskaemki, w korku do Warszawy lub podczas spaceru ulicą Cedrową.