Magdalena Zawada

Mam na imię Magda i dumnie nazywam się pruszkowianką.
Urodziłam się w 1995 roku w szpitalu na Wrzesinie, jako pierwsze dziecko moich rodziców. Początkowo mieszkaliśmy na Osiedlu Staszica w malutkiej kawalerce. W tamtym domu były dwa miejsca, w których można było mnie znaleźć – albo mościłam się na kanapie obłożona kocami i pluszakami (z honorowymi miejscami dla Kubusia Puchatka, Prosiaczka i Tygryska), albo siedziałam w kuchennej szafce z durszlakiem na głowie. Z osiedla przenieśliśmy się do bloku w okolicach stacji PKP, w momencie, w którym na świecie miała pojawić się moja młodsza siostra. To był rok 2001. Fajnie, bo chodziłam do przedszkola w parku Sokoła – więc miałam blisko. Obok też mieszkała moja ukochana babcia.

Bardzo lubiłam sam budynek – był nowy, ładny, kolorowy, a mieszkanie duże. Miałam też swój pokój, a mama nie bała się mnie puszczać na podwórko, bo było ogrodzone, z nowymi huśtawkami i czystą piaskownicą. Były też tam fajne dzieciaki, choć nieco starsze niż ja. Na rozłożystych gałęziach drzewek iglastych rozkładałyśmy razem z przyjaciółką domki dla lalek, z kolei wieczorami razem z kolegami ścigałyśmy się na rowerach albo rolkach, a kiedy indziej bawiliśmy się w policjantów i złodziei. Wtedy jednak Pruszków wyglądał zupełnie inaczej. Szczególnie tamta okolica była szara, bura i nieprzyjemna. Wiele ulic było nieoświetlonych, wiele budynków w ruinie, a asfalt odchodził płatami. Na rogu przy moim bloku bardzo często w nocy schodziły się grupy ludzi, które krzyczały i piły piwo. Potem butelki walały się po ulicy.

Do podstawówki chodziłam do „Ósemki” tak jak moja mama kiedyś i moja siostra później. Większość dzieci z mojej klasy mieszkała na Osiedlu Staszica i w jego okolicach. Niedaleko mnie – tylko jedna koleżanka. Z dziecięcą zazdrością patrzyłam na dzieciaki wracające wspólnie do domu, gdy ja zwykle szłam sama. Po drodze zawsze szły na plac zabaw albo do sklepu na lody. Już wtedy miałam poczucie, że w mojej okolicy nie ma nic fajnego i gdzieś tam daleko trawa jest bardziej zielona.

W tamtym czasie mama przyniosła mi do pokoju „Świat Wiedzy” i wyjątkowo przypadł mi do gustu segregator o człowieku. Godzinami i nierzadko po kilka razy czytałam te same artykuły, oglądałam zdjęcia i obrazki. W szczególności fascynował mnie szkielet i w moim pokoju przez długi czas wisiał rysunek ludzkiego szkieletu mojego autorstwa, na którym za pomocą kolorów i strzałek zaznaczyłam poszczególne kości. Nie jest to coś, co kogokolwiek w bliższej rodzinie zaskoczyło, bo z naukowo-medycznego światka wyrwał się tylko mój tata, mechanik. Myślę więc, że mamy te zajawki po prostu w genach.

Poszłam do Gimnazjum nr 1 i oczywiście biologia stała się moim ukochanym przedmiotem. W drugiej klasie tego przedmiotu zaczęła nas uczyć pani Małgorzata Czyż. Pani Gosia chyba wyczuła, że mam smykałkę do biologii i spędziła ze mną wiele godzin, poświęcając mnóstwo uwagi, aby przygotować mnie do olimpiady biologicznej. Nie było to łatwe, bo musiałyśmy materiał z dwóch lat przerobić w kilka miesięcy. Przy wsparciu mojej wychowawczyni, Pani Grażyny Leżyńskiej, udało się to wszystko jakoś zorganizować. I wygrałam. Wtedy po raz pierwszy miałam taką myśl – ja chyba naprawdę się do tego nadaję! Jednakże, jeżdżąc na kolejne etapy konkursu do stolicy, po raz pierwszy zetknęłam się z towarzystwem warszawskim. I pamiętam, jak bardzo zaskoczona byłam tym, że ludzie sądzą, iż Pruszków to jakaś mała wieś leżąca ze sto kilometrów od Warszawy…

Kolejnym krokiem w mojej biologicznej karierze była oczywiście klasa biologiczno-chemiczna. Wybrałam Liceum im. Dąbrowskiego w Warszawie, zlokalizowane tuż przy Nowym Świecie. Wtedy zaznałam życia! Jazda do Warszawy, do samego centrum, imprezy u znajomych w Warszawie, spotkania w Warszawie. Ach, ta Warszawa. To warszawskie życie i warszawskie sprawy. Zachłysnęłam się tą Warszawą. Wtedy zaczęło mi realnie przeszkadzać mieszkanie w Pruszkowie – a może też po prostu NIE w Warszawie.

Nie jestem rannym ptaszkiem, a mimo to zwykle musiałam wstawać o 6:00, by dojechać do szkoły na czas. Zimą to już w ogóle był dramat — co śnieg, co deszcz, to opóźnienia, czekanie na peronie, potem długie postoje i tak człowiek siedział dwie godziny w tym starym pociągu, w którym siedzenie parzyło, a podeszwy butów topiły się od kaloryfera pod fotelem rozkręconego na maksa. Wiecznie byłam spóźniona – nawet moja wychowawczyni zaczęła w pewnym momencie machać na to ręką, mówiąc: „No tak, biedne dziecko, ty to z Pruszkowa taki kawał musisz dojeżdżać”. Powroty też miały same minusy — zawsze trzeba było pilnować, kiedy następny pociąg, kiedy ostatni pociąg. Z każdej imprezy trzeba było wyjść wcześniej niż wszyscy albo nocować. A nie ma nic lepszego niż własne łóżko. W klasie mówili na mnie Pruszków. Warszawskie dzieciaki żartowały, że Pruszków to taka wieś gdzieś daleko od Warszawy, gdzie hodujemy krowy, a prąd mamy na korbkę. Śmieszne to było, ale w sumie trochę też nie.

Potem przyszła klasa maturalna i moment decyzji: co dalej? Moja rodzicielka marzyła o córce na medycynie. Czy córka o tym marzyła? Ciężko stwierdzić, chyba, może, w sumie nie wiem – na pewno nikt jej nie pokazywał, że są jakiekolwiek inne opcje niż biologia, biotechnologia, chemia, fizyka, dietetyka, fizjoterapia, technologia żywności, kosmetologia i wiele innych. Uczyłam się więc, aby zostać lekarzem. Nie zapomnę nigdy wyrazu twarzy mojej mamy, gdy pewnego dnia, dwa miesiące przed maturą oświadczyłam: – Mamo, nie idę na medycynę, idę na biologię na Uniwersytet Warszawski! Ale jak to? Nie medycyna? Ano nie. I co, tylko biologia? Tylko biologia. Tylko na UW? Tylko na UW. Ale może jeszcze jakiś kierunek? Może jeszcze gdzieś? Na wszelki wypadek? Nie tam mamo, luzik, będzie git.

Blady strach ją obleciał, a ja tylko w duchu modliłam się, by się dostać, bo inaczej byłby przypał – trzeba by było nie tylko znaleźć sobie zajęcie, ale jeszcze przyznać mamie rację! Udało się jednak. A studia były SUPER. Wyspecjalizowałam się w Zakładzie Cytologii, pracując na zarodkowych komórkach macierzystych, mięśniach szkieletowych i najbardziej emocjonujących nowotworach wśród nowotworów – potworniakach. Tak, to te z włosami i zębami w środku. Moje studia były bardzo intensywne. Prowadziłam warsztaty dla dzieci i licealistów z prowadzenia hodowli komórkowych, między innymi na słynnej „Nocy Biologów”. Wygłaszałam wykłady o komórkach macierzystych mięśni szkieletowych, m.in. na UniStem Day. Byłam stażystką w Instytucie Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej PAN oraz w Centrum Onkologii. Wyjechałam również na praktyki do MedImmune, renomowanego ośrodka badawczego w Cambridge. A wyniki badań, które prowadziłam w trakcie studiów, trafiły do anglojęzycznych publikacji. Jednakże ten ogrom doświadczenia praktycznego to nie wszystko, co wyniosłam ze studiów – najważniejsze i najcenniejsze jest to, jak te studia mnie zmieniły. Jak ukształtowały mój światopogląd, na przykład pokazując, że nie ma rzeczy czarnych lub białych. Że świat jest bardzo skomplikowany – bardziej, niż się spodziewałam. I że im więcej wiesz, tym mniej wiesz.

I całe studia miałam tylko jedną myśl w głowie – jak najszybciej wynieść się do Warszawy. Miałam dosyć dojazdów, kombinowania z powrotami, noclegów, płacenia krocie za bilety. Nie miałam ochoty ciągle biegać obładowana rzeczami, bo w końcu każda wyprawa do Warszawy to wyprawa na cały dzień. A jak czegoś zapomniałam, to koniec. Nie mówiąc o tym, że zawsze łatwiej było mi dojechać gdzieś, niż kogoś ciągnąć do siebie. Bycie w Warszawie, na miejscu, było po prostu wygodne. Przyznać jednak muszę, że Pruszków w tamtym czasie zaczął się mocno zmieniać – zaczęto remontować ulice, odnawiać budynki, stawiać nowe, ładne osiedla i nowe place zabaw; zbudowano również Nową Stację. Nie zaprzątałam sobie tym wtedy głowy – miałam klapki na oczach.

Skończyłam studia. Zostawiłam za sobą laboratorium i poszłam pracować w badaniach klinicznych – i pracuję tak już ponad trzy lata, zarządzając globalnym badaniem w obszarze onkologicznym. Jest to praca bardzo ciekawa, ale też trudna. Aby badanie kliniczne miało sens, musimy mieć ogromną wiedzę o potencjalnym leku, wszystkie procesy muszą być doskonale zaprojektowane i jeszcze lepiej zarządzane – ale nawet perfekcja w tym obszarze nie gwarantuje sukcesu, jakim jest wykazanie, że lek działa, a potem samo wprowadzenie go na rynek. Według mnie badania kliniczne to łącznik między naukowcami w laboratorium a lekarzami w szpitalu. To dzięki nam na rynku są nowe leki, które codziennie ułatwiają lub ratują życie dziesiątkom pacjentów. I to jest wspaniałe.

W międzyczasie przeprowadziłam się do tej upragnionej Warszawy. Moje biuro mieści się w centrum Mordoru i po początkowej radości, że dojazd zajmuje mi 20 minut, a nie godzinę, i że wszystko jest tuż obok, i wszędzie tak blisko, zaczęłam zauważać, jak ogromny hałas mi towarzyszy na co dzień, ile bodźców i jak wielki pośpiech. Jak wielu jest ludzi jak mało zieleni. I że wracam do domu taka okrutnie zmęczona. Okazało się, że plusy Warszawy są w moich oczach niewspółmierne do minusów. Gdy przyjeżdżam do Pruszkowa, by odwiedzić rodziców, czuję w sercu spokój. Święty spokój. Tu nie muszę niczego udowadniać. Nie muszę się spieszyć. Mogę się zatrzymać, pomyśleć. Spojrzeć w niebo i zobaczyć niebo, zamiast kolejnego baneru i kolejnego wieżowca.

Wokół jest cisza – nie ma pędzących samochodów, trąbiących tramwajów, wiecznych remontów i setek ludzi na ulicach. Jednak to, co jest najmilsze dla mnie – mam sentyment do wielu miejsc. Dla mnie to nie są tylko ulice, tylko sklepy, tylko usługi. Znam od lat tego pana, co sprzedaje guziki w pasmanterii, fryzjerka Magda strzygła połowę mojej rodziny, a ta pani z zoologicznego już zna mojego psa i mówi: „Kiedyś to się tak bał, a teraz taki słodki!”. I gdy idę parkiem, nie widzę parku – widzę miejsca, w których zdzierałam kolana, jeżdżąc na rowerze, i krzew forsycji, której gałązki rwałam mamie na prezent, i tę ścieżkę, którą zawsze szłam z babcią do cukierni. Tu mieszka ciocia, a tu mieszkał mój przyjaciel. I tak jest z każdym zakątkiem tego miasta. Moc pięknych wspomnień, które zamierzam przekazać swoim dzieciom właśnie tu, właśnie tak. Tego Warszawa nie ma i nigdy nie będzie miała. I za to Pruszków kocham i niczym córka marnotrawna już niebawem wracam w te okolice na stałe.