Łukasz Cegliński

Nie urodziłem się w Pruszkowie i już w nim nie mieszkam, ale jestem z Pruszkowa – zawsze w ten sposób o sobie myślę i mówię. Zresztą – przecież Nowa Wieś, gdzie osiadłem, to prawie Pruszków. Nie wiem, czy pamiętacie, że na Osiedle Staszica mówiło się kiedyś właśnie „Nowa Wieś”.

Nie ma chyba dnia, żebym jakoś o moje miasto nie zahaczył – a to przejazdem, a to żeby załatwić jakiś drobiazg, albo dla przyjemności. Czasem po prostu biorę rower i jeżdżę po Pruszkowie – powoli i najcieńszymi chodnikami. Zawsze staram się wjechać gdzieś, gdzie jeszcze nigdy nie byłem – ten blok objechać z innej strony niż zwykle, w tym parku pojechać tamtą alejką w przeciwnym kierunku, na ten budynek spojrzeć z innego miejsca.

I jak tak sobie jeżdżę, to czasem się zamyślę i uzmysławiam sobie, że Pruszków dał mi wszystko, co w moim życiu najważniejsze – wyjątkową żonę, pierwszych przyjaciół, wielu znajomych, no i koszykówkę.

Przykleiłem się do tej koszykówki, a ona do mnie. Bo mógłbym tutaj pisać o uwielbianej przeze mnie polskiej scenie black metalu i koncertowych wycieczkach. Mógłbym rozpływać się nad sagą o Wiedźminie, do której regularnie wracam (Emiel Regis Rohellec Terzieff to postać fascynująca!) i mógłbym opowiadać o tym, jak lubię jeździć rowerem po Mazurach, ale pewnie 90 proc. moich znajomych kojarzy mnie przede wszystkim z koszykówką.

Wiadomo, najpierw między blokami przy ul. Dobrej graliśmy w piłkę – słupkami bramek były kamienie, plecaki lub krzaki. Fajnie się grało, mieliśmy nawet osiedlową drużynę w młodzieżowej Lidze Szóstek. Gdy jednak nauczyciel wuefu ogłosił, że w niedalekiej od naszej „Dwójki” hali MOS organizowany jest nabór do grupy koszykarskiej, to długo się nie zastanawiałem. To był taki naturalny krok. Chodziłem już wcześniej z tatą na mecze Znicza, zaczynałem oglądać NBA, chęć gry w koszykówkę była naturalna. Moim pierwszym trenerem w MKS MOS został Tomasz Ziembiński – kapitan drużyny, która zaczynała myśleć o ekstraklasie. No i wsiąkłem.

Hala MOS przy ul. Gomulińskiego była jak drugi dom. Nie zliczę spędzonych w niej godzin, nie zsumuję wysiłku, emocji, radości, wkurzenia. Charakterystyczny zapach (choć zgodzę się, jak ktoś powie, że smród), parkiet brudzący buty na czerwono (ale przynajmniej było wiadomo, skąd jesteśmy), trenerzy, którzy uczyli nas gry i życia w grupie (choć idealnymi pedagogami nie byli, absolutnie).

Najfajniejsze było jednak to, że my bawiliśmy się w koszykówkę, a nasi starsi koledzy zaczęli osiągać sukcesy. Gdy MKS MOS awansował do ekstraklasy, miałem 13 lat. Pierwsze mistrzostwo Mazowszanki – to już 15-letni Łukasz. Drugi złoty medal dla Pruszkowa – byłem siedemnastolatkiem. Nasz zespół rządził w Polsce, a ja zmieniałem „Dwójkę” na Zana, chodziłem na pierwsze spacery z dziewczynami, uczyłem się imprezować, jeździłem na pierwsze koncerty, wieszałem kolejne kolczyki w uszach. Wszystko to działo się w rytmie koszykówki. Dojrzewałem, robiąc dwutakty, piwoty i broniąc na całym boisku.

Z marzeń o wielkiej karierze nic nie wyszło. Zatrzymałem się na jednym meczu w rezerwach Mazowszanki w sezonie 1997/98, ale przy koszykówce zostałem na całe życie. Mój ojciec w latach 90. był dziennikarzem „Rzeczpospolitej”, opisywał pruszkowski basket, ale nie miał czasu na dodatkowe zlecenia dotyczące obsługi meczów. I ja właśnie od nich zacząłem – najpierw robiłem statystyki z meczów. Na nagraniach z lat 90. widzę siebie siedzącego za koszem, jak po każdej akcji pochylam głowę i coś tam notuję. Potem były krótkie relacje, rozmowy z trenerami, pierwsze większe teksty, stałe współprace…

No i dziś jestem redaktorem naczelnym jednego z największych portali sportowych w Polsce. Redaktorem, który całą swoją zawodową ścieżkę zawdzięcza, najogólniej mówiąc, Pruszkowowi i koszykówce. Zaczynałem od liczenia zbiórek, asyst i przechwytów w hali MOS, a potem byłem korespondentem na finale NBA czy kilku EuroBasketach. Przy baskecie wykonywałem właściwie każdą dziennikarską pracę. A jak przeczytałem znakomitą książkę „When The Garden Was Eden”, o sukcesach koszykarzy New York Knicks z początku lat 70., to stwierdziłem, że sam też chcę coś takiego stworzyć.

Tak powstali „Srebrni chłopcy Zagórskiego” – książka o świetnej reprezentacji Polski z lat 60., która otworzyła mi oczy na historię koszykówki, zmieniła mi perspektywę myślenia o sporcie. A teraz właśnie pojawiła się na rynku moja najnowsza książka, ta najważniejsza — możliwe, że już na zawsze: „Pruszków mistrz! Szalony basket przełomu wieków”. Nawet nie wiecie, jakie emocje we mnie grały, gdy ją pisałem. Najprościej mówiąc: po raz kolejny zrozumiałem, jak kocham to miasto.

Miasto najzwyklejsze, obrzeże aglomeracji, sypialnię Warszawy. Ani specjalnie ładne, ani wyjątkowo zaprojektowane, mające swoje codzienne problemy. Dla mnie jednak — wyjątkowe. Gdzie nie spojrzę, tam wspomnienie – tu miałem rowerową kraksę, tam fajnie się grało w kosza, to miejsce najfajniej wygląda jesienią. Pod halą Znicz kiedyś świetny koncert zagrała Armia, do stawu w Parku Potulickich wpadła mi kiedyś wieczorową porą piłka, na Polach Parzniewskich nie było kiedyś bloków i chodziliśmy tam na pierwsze piwa i ogniska. W piwnicy kumpla mieszkającego przy ul. Prusa mieliśmy próby szczenięcej hardcorowej kapeli, jak byliśmy mali, to bawiliśmy się „w syfa”, ganiając dookoła budynku z transformatorami i rzucając w siebie kępą trawy z ziemią, a pływać uczyliśmy się na nieistniejącym już krytym basenie naprzeciwko stacji PKP.

Zmienia się Pruszków, wiadomo. Zan ma nowy budynek, „Dwójka” zarosła drzewami, odnowiono halę MOS, nawet mój stary blok przy Dobrej doczekał się nowej elewacji. No i fajnie, dzieje się. Gdy robię sobie te rowerowe przejażdżki po mieście, lubię dziwić się, że tu coś zbudowano, tam coś otworzono, a jeszcze indziej coś zmieniono.

Wiecie, co jeszcze lubię? Robić zdjęcia boisk do koszykówki albo nawet pojedynczych koszy. Także tych pokrzywionych, zarośniętych, zapomnianych. Chodzi mi po głowie wystawa takich zdjęć – najlepiej w Parku Sokoła, na tym boisku do koszykówki otoczonym siatką. Gramy tam czasem z synem, rzucamy sobie do kosza.

No bo ten kosz jest jednak najważniejszy.