Krzysztof Waliński

Cześć, mam na imię Krzysztof i to, kim dzisiaj jestem, zupełnie nie ma nic wspólnego z dziecięcymi marzeniami, a tym bardziej nie było planowane. Jednak zacznijmy od początku.

Urodziłem się w Pruszkowie i to wyjątkowe miasto jest nieodłączną częścią mojego życia na każdym jego etapie. Jako mały chłopak byłem zafascynowany dwiema rzeczami — piłką nożną i grami komputerowymi. Każdy mój dzień głównie na tym się opierał.

Piłka zaprowadziła mnie do Znicza Pruszków, w którym grałem przez większość mojego dzieciństwa i wczesnych lat nastoletnich. Gry natomiast są ze mną do dziś, ale już zupełnie nie w takim stopniu jak kiedyś. Natomiast to, co stało się moim sposobem na życie, miało swoje przejawy wcześniej, niż sam się spodziewałem i dopiero dziś jestem w stanie dostrzec te poszczególne sytuacje — tutaj mała historia.

Kilkuletni Krzyś uwielbia także klocki Lego, czyli nie oszukujmy się, cholernie drogie zabawki. Pożądając wciąż nowych elementów do budowania, zostałem postawiony przed abstrakcyjnymi, na tamten czas, pojęciami pieniądza, handlu i tego, że nie wszystko można mieć ot tak. Zrozumiałem, że aby posiadać więcej, muszę mieć na to fundusze, a to w głowie dziecka zrodziło bardzo proste równanie.

Fajne i gotowe zestawy Lego są drogie. Ja mam różne klocki. Dlaczego więc nie mogę sam takich zestawów tworzyć i sprzedawać? Tak, wtedy powstał mój pierwszy produkt. Zbudowałem swego rodzaju pojazd kosmiczny — pamiętam jedynie, że był on z czerwonych klocków i zapakowałem go w jakąś folijkę. Moim kanałem dystrybucji naturalnie stał się tata, którego poprosiłem, aby sprzedał moje dzieło, będąc w pracy, bo tam na pewno ktoś będzie zainteresowany. Logiczne. Zbudowałem coś fajnego, to na pewno ktoś kupi, a ja będę miał fundusz na zakup kolejnych oryginalnych zestawów.

Jeżeli jeszcze nie spodziewasz się zakończenia, to oczywiście nikt mojego produktu kupić nie chciał i fantastyczny pomysł na zarobek szybko poległ. Dziś bardzo doceniam swoją pierwszą sprzedażową porażkę i widzę, jak od małego byłem ukierunkowany na pewne kwestie. Co więcej, sama lekcja wyniesiona z biznesu klockowego ma ogromne zastosowanie w tym, z czym się obecnie często mierzę, ale to temat na zupełnie oddzielny tekst.

Dziś przede wszystkim prowadzę fajnie funkcjonującą agencję reklamową w Otrębusach, która nieprzerwanie rośnie od 2013 roku. Tutaj na przestrzeni lat miałem i mam przyjemność współpracować z największymi markami na naszym rynku, mogę poznawać od zaplecza działanie genialnych biznesów, a przede wszystkim budować relacje z ludźmi, którzy są za to odpowiedzialni.

Najbardziej jednak lubię wykorzystywać swoją wiedzę i doświadczenie, pomagając tym wszystkim, którzy dopiero zaczynają swoją drogę. Tym, którzy mają marzenia budowania czegoś własnego, ale nie wiedzą, z czym to się wiąże. Nie mają pojęcia jak zacząć lub jak zmonetyzować swój talent i pasję. Niestety nikt tego nas nie uczy, dlatego już na samym początku większość skazana jest na porażkę. Wbrew pozorom tworzenie własnego biznesu jest to mało romantyczna podróż oparta o liczby i powtarzalne procesy, a nie o wizjonerskie pomysły i zmienianie świata.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że cholernie lubię, to gdzie jestem i co robię. Jaram się tym, żyję tym. Każdego dnia czytam, słucham i wciąż się uczę… choć nie zawsze tak było. Moja edukacja, w klasycznym rozumieniu, skończyła się wraz z końcem liceum, a i tak nawet do tego momentu nigdy nie była na pierwszym planie, ani nawet na drugim. Ze szkoły zawsze miałem ochotę przede wszystkim wyjść, aby móc robić, to co lubię, a nie to, co muszę. Studiować próbowałem, nawet chyba cztery razy, ale nie trafiłem na nic, co mogłoby przyciągnąć mnie na dłużej. Niechęć do nauki kiedyś nie oznacza braku nauki teraz, bo uwielbiam zdobywać nową wiedzę i umiejętności, tylko że robię to we własnym zakresie. Uczę się od tych, których sam wybieram i wiem, że są przynajmniej dobrzy w swojej dziedzinie, a nie od przypadkowych osób, które nawet nie lubią tego, co robią.

A Pruszków? Jak wspomniałem na początku, był i nadal jest obecny w moim życiu. Najwięcej wspomnień z tym miastem mam dzięki grze w Zniczu za dzieciaka. Treningi, obozy, mecze i emocje z nimi związane, pierwsza strzelona bramka, awans do dalszych rozgrywek w turnieju — to wszystko zostanie ze mną do samego końca. W tamtych latach powstały również przyjaźnie, które pomimo upływu lat trwają do chwili obecnej. Aktualnie w Pruszkowie również mieszkam, więc jest z nim bezpośrednio związana moja codzienność. To tutaj kilka miesięcy temu urodził się mój syn i tutaj lada dzień postawi swoje pierwsze kroki – swoją drogą ciekaw jestem jakie historie dla niego napisze to miasto.