Krzysztof Bystrzycki

Jestem z Pruszkowa – tu się budzę, pracuję i odpoczywam.

Szczenięce lata upłynęły mi na nowo budowanym osiedlu Ostoja, na bezbrzeżnych polach kukurydzy i ziemniaków. W tamtych czasach Ostoja przyciągała chłopaków budynkami, w których wykonano jedynie ściany nośne. Wyglądały one jak szeregi tuneli stojących w równych odstępach na połaci zarośniętej chwastami ziemi. Pustostany nie były ogrodzone ani tym bardziej zabezpieczone, były za to jak wielki plac zabaw. W dzisiejszych czasach nie do osiągnięcia dla dzieci.
Co więcej, osiedle graniczyło wówczas z wielkim polem uprawnym pobliskiego Komorowa, gdzie można było piec ziemniaki albo ganiać w kukurydzy. Jako dziecko miałem się więc gdzie zgubić na całe dnie.

Do szkoły chodziłem na ulicę Lipową (SP nr 6). Pamiętam, jak butami budowaliśmy kręte trasy do gry w kapsle. Graliśmy przed i po lekcjach, czasami na przerwach. Kapsle koniecznie musiały być z koszulkami. Często graliśmy jeszcze w pikuty, czyli rzucanie nożem w okrąg, z którego wycinane były nowe połacie własnego państwa. Tak wiem, całkowity brak szacunku do przepisów BHP.

No, a później przyszło Liceum (im. Kościuszki). Nowe otwarcie. Możliwość zaistnienia wśród nowych osób. Rodzice dali więcej swobody decydowania o nauce, kolegach i czasie wolnym. Zaprzyjaźniłem się z Marcinem. Po szkole chodziliśmy do jego mieszkania i opróżniając lodówkę słuchaliśmy „Perfektu”, „Queen”, lub im podobnych.

W liceum poznałem też Małgosię, chodziliśmy do jednej klasy. Ona była prymuską, ja pragmatykiem (starałem się nie mieć wtedy jeszcze dwójek), więc była poza moim zainteresowaniem. Do czasu. W pewnym momencie, a właściwie niedługo przed maturą doszło do mnie, że chciałbym z nią być. Tylko jak to powiedzieć koleżance? Wstąpiłem do Oazy, aby nawiązać z nią kontakt poza szkołą. I zaskoczyło. Już po… roku była moją dziewczyną.
To był okres, który ukształtował mnie na nowo. Nawróciłem się, uwierzyłem, że Bóg jest osobą. Jest obecny w moim życiu, mogę z nim rozmawiać.

Po maturze pojechałem z kolegami w góry i zakochałem się w Beskidach. Od tej pory jeździłem tam w wolnym czasie. Niedługo później rozpocząłem studia na Politechnice i z radością stwierdziłem, że tam są tylko takie przedmioty, które naprawdę lubię. Studiowałem na wydziale Inżynierii Środowiska, ponieważ chciałem robić to, co tata: wodociągi, kanalizację, ogrzewanie i wentylację.

Po studiach ożeniłem się i rozpocząłem pracę. To był już okres wolnego rynku i rozwoju polskiej przedsiębiorczości. Mój tata założył firmę. Robił to, co zawsze, ale teraz już na własny rachunek. Doradził mi: „Krzysiek, ty nie umiesz pić, ty sobie w wykonawstwie nie poradzisz”. Założyłem więc biuro projektowe w Pruszkowie i do dziś dbam o dobry klimat, czyli projektuję instalacje sanitarne.

Lubię ruch. Mimo że mam siedzący tryb pracy, gdzie tylko mogę, chodzę pieszo. Do pracy i urzędów pruszkowskich jeżdżę na rowerze. Wchodzę po schodach, nawet jeśli jest winda. Wolę wpleść w codzienne sprawy ruch niż specjalnie jechać na zajęcia sportowe.

Lubię także uciekać w góry, ale wcale nie od rzeczywistości. Dla mnie góry to nauka życia. To one pokazały mi, że gdy jest ciężko, warto spojrzeć wstecz i zobaczyć jak wiele już zrobiłem. Choć wchodzenie jest bardziej ekscytujące, to schodzenie z pewnością trudniejsze technicznie, trzeba bowiem umieć zejść ze sceny. Dzięki górom wiem, że droga na szczyt zawsze prowadzi przez mniejsze szczyty. Z kolei z tych mniejszych doskonale widać ten większy. Lubię posiedzieć na szczycie, ale nie za wysoko — mam lęk wysokości.