Konstanty Chodkowski

„Mamo, ale ja nie chcę być wieśniakiem!”
Tak brzmiała moja reakcja, gdy dowiedziałem się, że rodzice mają zamiar przeprowadzić się do Brwinowa. Warszawiacy cenią sobie swoją warszawskość, w mojej szkole zaś słowo „wieśniak” uchodziło za jedną z cięższych inwektyw. Przysługiwała każdemu, kto miał czelność dojeżdżać do szkoły z „jakiejś wiochy” (czyt.: spoza stolicy).

KOMORÓW.
Po podstawówce dostałem się do wymarzonego gimnazjum na Barskiej. Rodzice mieli jednak wobec mnie inne plany — budowa domu w Brwinowie była już w całkiem zaawansowanym stanie i wygodniej było im posłać mnie do gimnazjum w Komorowie. Dokładnie tam, gdzie chodzili już moi kuzyni i gdzie wcześniej moja prababcia wykonywała zawód nauczyciela. „Entropia działa” — myślałem — „staję się wieśniakiem”.

W pierwszej klasie zwykłem podkreślać swoje warszawskie pochodzenie na każdym kroku. Gdy się przedstawiałem, zwrot „z Warszawy” padał zwykle niedaleko od słowa „Chodkowski”. Rodzime osiedle na Rakowcu odwiedzałem tak często, jak tylko się dało. Znajomych z Warszawy zapraszałem do Komorowa, żebyśmy razem mogli się pośmiać z obyczajowości „wieśniaków” (jak się domyślacie, rozrywka ta nie była zbyt popularna wśród lokalnej ludności).

Do dziś trudno mi wskazać jednoznacznie moment, który z warszawskiego najeźdźcy przemienił mnie w komorowskiego patriotę. Wiem na pewno, że stało się to w krótkim okresie między 2003 a 2006 rokiem. Smaki życia w małej miejscowości, które wcześnie j niezwykle mnie irytowały, nagle zacząłem przyjmować jako całkiem naturalne. Nawet się nie obejrzałem, jak przestało mi przeszkadzać mówienie „dzień dobry” co drugi krok. Życie w domu jednorodzinnym z ogródkiem okazało się mieć swoje zalety. Podobnie jak bycie znajomym kogoś w, co drugim mijanym domostwie. Przestałem poruszać się „ciuchcią” (tak pogardliwie zwykłem nazywać WKD-kę), a zacząłem jeździć „kolbą”. Przestałem również mówić o Komorowie „wiocha”. Co ciekawe — zacząłem mówić tak o Warszawie. Opuszczając mury ZSO im. Marii Dąbrowskiej nazywałem Komorów swoim domem.

BRWINÓW.
„A to ciekawe” — powie ktoś — „bo przecież wspomniałeś, że Twoi rodzice wyprowadzili się do Brwinowa”. Tak jest — od połowy gimnazjum (gdy budowa domu była już ukończona), w Brwinowie przyszło mi jadać kolacje i spać. Szczerze nie czułem z tym miastem większego związku — nie znałem tam nikogo i niczego. Mój mózg klasyfikował słowo „Brwinów” zawsze jako najprostszą definicję drogi od domu (tu w znaczeniu: „budynku”) do stacji PKP. To zaś miało się zmienić dopiero na studiach.

Pierwsze trzy lata swojej akademickiej kariery przyszło mi spędzić w Polsce. Duża część nauki na Uniwersytecie Warszawskim polegała na siedzeniu w bibliotece lub w domu i czytaniu książek. Siłą rzeczy (i — powiedzmy to sobie szczerze — z nudów) zacząłem więc spędzać w Brwinowie coraz więcej czasu. No i zainteresowałem się nim. A dzięki wrodzonej zdolności ściągania na siebie uwagi zagwarantowałem sobie, że moje zainteresowanie zostało odwzajemnione. Udało się je nawet przekuć w kilka konstruktywnych działań — przez dwa lata realizowałem program edukacji obywatelskiej dla młodzieży, prowadzony przez brwinowski Ośrodek Kultury. Podobne wydarzenia sprawiły, że na mapie „okolic Warszawy” pojawiła się kolejna miejscowość, którą przyszło mi polubić.

Działo się to w latach, w których Brwinów doświadczał nie lada zmian. Na moich oczach przeradzał się w miejscowość w niczym nieustępującą lokalizacjom takim jak Komorów czy Podkowa Leśna. Błotniste drogi gruntowe zaczęto pokrywać pasami asfaltu. Wzdłuż ulic zaczęły pojawiać się ścieżki rowerowe. Pasma starych, popękanych, betonowych kafli z poprzedniej epoki zamieniały się w brukowane chodniki. Wiele kamienic w centrum doczekało się zgrabnej rewitalizacji. Słowa „mieszkam w Brwinowie” z każdym kolejnym rokiem brzmiały coraz dumniej. Z czasem i ja coraz chętniej zacząłem je wypowiadać.

PRUSZKÓW.
Pruszków znam doskonale od dziecka, ale nie dlatego, że często tu bywałem. Znam go z opowieści ojca i dziadka. Dziadek spędził tu dorosłość, natomiast ojciec urodził się tu i wychowywał aż do wyprowadzki do Warszawy. Wiedziałem, gdzie to jest „przy czołgu”, co to znaczy „koncert na dechach”, gdzie jest Ołówkowa i z czego ona słynie jeszcze na długie lata, zanim przyszło mi te miejsca zobaczyć na własne oczy. Wprowadziłem się tu dopiero w wieku 24 lat, ale od pierwszego dnia wszystko wydawało się tu dziwnie znajome. No i nigdy nie byłem tu anonimowy. Na ulicach do dziś często spotykam znajomych z Komorowa lub starych znajomych mojego ojca. Pytanie, „czy Ty jesteś synem Wojtka?” słyszałem tak często, że zacząłem odpowiadać twierdząco jeszcze zanim pytający doszli do słowa „Wojtka”.

Kiedyś ukułem sobie hipotezę, że małe miasteczko to naturalne środowisko każdego Polaka. Z racji na historyczny rozwój naszego narodu, nasza kultura osiadła o wiele mocniej w małych miejskich społecznościach, niż w gigantycznych aglomeracjach. Wielkie ośrodki, w poszukiwaniu swojej tożsamości, chętnie spoglądają na Zachód. W tym samym czasie małe mieściny nie próbują na siłę nikogo małpować — po prostu są sobą. Tak rodzi się niezwykła różnorodność i oryginalność polskiej prowincji, a doznawanie tego procesu jest dla mnie nadzwyczaj fascynujące.

Pruszków ma na czym budować swoją wyjątkowość. Jednym z filarów tego miasta są niesamowici ludzie. Gdybym miał wyłonić kilka cech konstytuujących „przuszkowskość” wskazałbym na nadzwyczajny spryt, zaradność i ukierunkowanie na odrębność i samowystarczalność. Pruszków kojarzy mi się z „ostatnią wioską Galów” opierającą się warszawskiemu imperium. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że nawet gdyby świat miał się zawalić, mieszkańcy Pruszkowa nigdy nie oddadzą miasta stolicy, a już na pewno nie okrzykną się „warszawiakami”. Co więcej — nawet gdyby ktoś Pruszkowiaków próbował na siłę wcielić do Warszawy, ci na pewno znajdą sposób by tę decyzję skutecznie podważyć. Albo, chociaż tak z niej zadrwić, aby na wieki zapisać się w historii drwin.

Nie wiem, czy to magia genów, czy samowolne działanie, jednak Pruszkowem nasiąknąłem szybciej, niż mógłbym się spodziewać. Dziś wiem, że jeśli mam żyć w Polsce, to w grę wchodzi tylko Pruszków. Pruszków to miejsce mojej rodziny, ale też moich marzeń i nadziei. Nie wyobrażam sobie powrotu do Warszawy. Raczej nieustannie szukam sposobu, by nie musieć się w niej pojawiać częściej, niż raz od wielkiego dzwonu.

Nazywam się Konstanty Chodkowski i jestem z Pruszkowa. Dojście do tego prostego faktu zajęło mi całkiem sporo czasu. Wierzę jednak, że moja życiowa wędrówka w poszukiwaniu domu znalazła tutaj swój koniec.