Konrad Werkowicz

Urodziłem się w 1985 roku w Pruszkowie. Tutaj mój pradziadek miał sklep, do którego dowoził towar ze wsi, tutaj później osiedliło się wujostwo od strony babci, a potem ściągnęli dziadkowie. Zarówno jedni, jak i drudzy, mieli mieszkania w centrum Pruszkowa. Szpital Tworkowski, Porcelit, CBKO — to były ich miejsca pracy. Tutaj urodzili się, poznali i pobrali moi rodzice. Po ślubie na jakiś czas zamieszkali w Warszawie, a potem ruszyli do Milanówka, gdzie spędziłem swoje dzieciństwo, grzebiąc w piachu i w garażu, nieraz w odwrotnej kolejności — co było ze szkodą dla metalowych części i narzędzi.

Do Pruszkowa jeździło się na obiad do babci albo na wycieczkę szkolną do McDonalda czy do kina. W Pruszkowie był czołg, czasem przyjeżdżał cyrk i wesołe miasteczko z wielkim „latającym” młotem (na którym można było zostać obrzyganym przez tych mniej odpornych). Tak pamiętam odwiedziny miasta z dziecinnych lat. Czas Milanówka w końcu dla mnie minął, a w Pruszkowie z gościa stałem się mieszkańcem. Rok spędziłem w podstawówce numer 6, chodząc na lekcje i na papierosa za szkołę, tam, gdzie jest teraz blok. Ewentualnie rozrzucałem po klasie stary preparowany ryż albo przynosiłem do szkoły walizkę pełną małych torebek mąki czy cukru pudru. Kolejne dwa lata spędziłem w SP nr 2, tym razem chodząc na piwo i wódkę po lekcjach, albo na rower i wódkę. (Gdybym miał prawo jazdy jako trzynastolatek, straciłbym je wielokrotnie). Ewentualnie w małpim gaju na środku pól parzniewskich odpalało się petardy typu „achtung” ze sklepu „Krecik”. Mogły komuś coś urwać, ale chyba nie urwały. Kultura spacerowa pojawiła się później, dopiero z rozpoczęciem kursów bierzmowania. Zajęcia kończyły się późno, a dziewczyny mieszkały daleko, więc ktoś musiał je odprowadzać. Już bez petard.

Kiedy reszta towarzystwa była w liceum i próbowała się uczyć, to u mnie to wtedy jakoś nie szło.
Raczej stałem z kamerą pod śmietnikiem, popijąc piwo. W tym też okresie zacząłem warsztatowe praktyki w OHP (Ochotniczy Hufiec Pracy). Dzień zaczynało się nie od pracy, tylko od lektury „Super Expressu” lub „Faktu”.
Miałem dużo czasu wolnego, który spędzałem na dworze, siedząc i pijąc. Na dłuższą metę było to nudnym zajęciem i można się było przeziębić, więc wolałem usiąść do komputera. Przesiedziałem około 3000 godzin, ucząc się montażu wideo, grafiki i retuszu — potem jakoś poszło. A nauka rodzi dalszą potrzebę nauki. Pomyślałem, że OHP to strata czasu, więc może warto wrócić do liceum…? Wszystkich nauczycieli z wieczorowego ZSTiO zapamiętałem jako życzliwych. To dzięki nim przygotowałem się do matury, co dało mi szansę na dalszą naukę w studium fotograficznym. I już nie stałem jak kiedyś, tyle czasu pod śmietnikiem, tylko na środku — przykładowo — torów, ze statywem i aparatem. Wkrótce wszyscy znajomi już mieli dość pozowania dla mnie. Koleżanka z klasy, Agnieszka, tak dobrze wyglądała w bikini (na tle bajora pod kominem), że dostałem propozycję fotograficznej współpracy od Ewy z Warszawy, która właśnie otworzyła własną agencję modelek. Zdjęcia nie wyszły zbyt dobrze, ale pojawiła się motywacja, żeby szukać kolejnych szans na dalszą kreację.

Znajomi śmiali się, że jak pójdę do „prawdziwej” pracy, to świat się skończy! A jednak poszedłem. W magazynach w MLP wytrzymałem trzy miesiące — nie chciałem robić nadgodzin, więc mnie zwolnili. Było to dokładnie dzień po tym, jak Magda z Milanówka poprosiła mnie o pomoc przy pracy zaliczeniowej z grafiki. Całe szczęście, że tak się stało, bo inaczej musiałbym kolejne lata spędzić z paczkami przy akompaniamencie RMF Classic i w towarzystwie godzilli z folii aluminiowej, którą zrobiłem z dostępnych na magazynie towarów. Kolejna, długo szukana praca w „reklamie” była dużo, dużo ciekawsza. Dzięki pracowni „Idea” (znajdującej się niedaleko mojego bloku — takie szczęście żółtodzioba) udało mi się zdobyć pierwsze profesjonalne doświadczenie w obsłudze klienta i pewną ogładę. Napsułem też trochę materiałów, ale właściciele byli naprawdę wyrozumiali! Dziękuję, pani Basiu :).

Obecnie zawodowo robię zdjęcia ludzi, głównie wizerunki lub proste kreacje. Jeśli widzisz na billboardzie zdjęcie jakiegoś zespołu lub czyjś portrecik na stronie internetowej jakiejś firmy, to może to być moje zdjęcie. Czasami nagrywam krótkie formy wideo. Hobbystycznie lubię fotografować kobiety (również takie, które nie zawsze są ubrane). Lubię też wodę i krajobraz poprzemysłowy.

Pewnego razu zadzwonił do mnie ojciec. Przyszedł, położył na stole Nikona d100 i powiedział, że może się tym zajmę. Nie miałem wtedy żadnego aparatu, a te w komórkach nadawały się jedynie do cykania pornografii najniższego sortu. Przyjąłem prezent i radę.
Później koleżanka z Pruszkowa wspomniała, że klub, do którego chodzi, poszukuje fotografa. Poszedłem tam i zacząłem fotografować koncerty hip-hopowe. Równie szybko przestałem, bo zamiast pić piwo z redbullami przy okazji trzymając aparat w ręku, musiałem przygotowywać się do matury.

Przez jakiś czas mieszkałem przy ul. Stalowej. W trakcie jednej z sesji coś uderzyło w szybę – okazało się, że to stary ziemniak. Sąsiad uznał, że od błyskającego flesza jego dzieciaki nie mogą zasnąć.
W końcu przyszedł taki moment w moim życiu, że byłem totalnie przepracowany: sesje dla banków, pełen etat w pracowni krawieckiej i do tego czasochłonne hobby fotograficzne. Tymczasem mój ojciec ściągnął do siebie do Anglii kuzyna Szczepana – artystyczną duszę. Szczepan zdradził mi, jak robić płyn do ogromnych baniek mydlanych. Poćwiczyłem puszczanie baniek na balkonie przy Stalowej i wkrótce wyleciałem do Londynu performować na ulicy. Za granicą pomieszkałem pół roku. W tamtym czasie kupiłem strasznie ciężki analogowy aparat, który się do niczego nie nadawał i przeszła mi chęć do fotografowania. Życie napisało jednak dla mnie całkiem nowe scenariusze.

Wróciłem do Polski. Zacząłem chodzić na imprezy taneczne, gdzie poznałem moją przyszłą żonę, Hanię. Przez jakiś czas cisnęliśmy się w małym mieszkanku w Warszawie, ale niedługo potem zaczęliśmy potrzebować większej przestrzeni. Mimo że szukając nowego domu, objechaliśmy ze dwadzieścia okolicznych miasteczek, nie było lepszej opcji niż Pruszków — miasto, w którym się urodziłem.

W międzyczasie Piotrek z Komorowa, którego znam od dzieciństwa, poprosił mnie o pomoc przy kręceniu teledysków. Razem zrobiliśmy ich ponad 30. Jeden z nich nakręciliśmy w pruszkowskim SDK – jak ktoś jest ciekawy, może obejrzeć na YouTubie, wyszukując hasło: „Łobuz kocha najbardziej”. Przy teledyskach robiłem rozmaite rzeczy: pisałem scenariusze, montowałem, ogarniałem produkcję. Raz załatwiałem na plan wielbłądy z cyrku Zalewskich, które trzeba było wozić tirem z Parzniewa na Wał Miedzeszyński.

Ostatecznie wróciłem do fotografii. Nie mam wykalkulowanej ścieżki zawodowej, nie wiem, czy będę pracował w tym zawodzie do końca życia. Może coś nowego mnie oświeci albo zainspiruje?

Kiedy pojawiła się w Pruszkowie pierwsza kawiarnia, pomyślałem, że miasto się zmienia. Zmienia na lepsze. Możemy narzekać na szalejącą deweloperkę, przeludnienie i władze miejskie, jednak obiektywnie poziom Pruszkowa stale się podnosi. A całej zieleni miejskiej, którą tak w Pruszkowie lubię, raczej nam nie wytną.

ZDJĘCIE ZROBIONE W RAMACH WYSTAWY w CH NOWA STACJA