Konrad Uzarski

Nie jestem typem osoby, która pozostaje w bezruchu. Odkąd pamiętam, poszukiwałem nowych bodźców i możliwości. Mam wewnętrzny napęd, który zaprowadził mnie w przestworza i w morskie głębiny. Kim jestem?

Nazywam się Konrad Uzarski. Mam 52 lata i kocham wszystko, co szybkie. Pruszków jest miejscem, do którego zawsze będę wracać. Stąd pochodzili moi rodzice i dziadkowie. Trudno bagatelizować fakt, że tutaj moja rodzina przeżyła I i II wojnę światową. Przyszedłem na świat w szpitalu na Wrzesinie, a wychowałem się na Żbikowie, gdzie poznałem i poślubiłem moją żonę Agnieszkę. Jestem dumnym tatą Adriana i Jakuba, którzy również tutaj się urodzili.

Z nostalgią wracam do wspomnień z lat przedszkolnych, gdy ze zgraną paczką przyjaciół spędzałem czas na pobliskich Gliniankach Hosera. Beztroskie chwile upływały na zabawie w podchody, jeździe na rowerze czy grze w kapsle. Moja edukacja rozpoczęła się w Szkole Podstawowej nr 9, obecnie im. Marii Skłodowskiej-Curie, a wówczas im. Przyjaźni Polsko-Wietnamskiej. Ten czas obfitował w mnóstwo zdarzeń typowych dla dojrzewającego chłopaka. Pamiętam niewinne podrywy, wagary, ale też trochę łobuzerki, bo i solówki się zdarzały. W Parku Potulickich wypożyczaliśmy kajaki lub rowery wodne. Było wesoło, gdy gromadką szliśmy do kina. W Pruszkowie działały wtedy trzy kina: Metro, Mechanik i Kolejarz. Nad Kolejarzem funkcjonowało kółko szachowe, do którego uczęszczałem późnymi wieczorami. Całkiem nieźle mi szło, bo reprezentowałem Pruszków w szachowych zawodach ogólnopolskich dla dzieci. Mój wewnętrzny kompas co pewien czas wskazywał mi inny kierunek, dlatego z szachisty przeobraziłem się w hokeistę, grając w klubie sportowym Znicz podczas zlotu dzikich drużyn. Otwarty basen Kapry to kolejny punkt Pruszkowa, którego byłem częstym bywalcem z całą moją ekipą. W końcu rowery zamieniliśmy na motorowery takich marek jak Komar, Jawa i Simson. To były czasy! Wspólne wyjazdy za miasto, pikniki i pierwsze miłości. Młodzieńcze emocje czasem brały górę, ale zawsze trzymaliśmy się razem. Hasło „sztama” dla wszystkich było jasne – po prostu mogliśmy na sobie polegać i nie były to słowa rzucane na wiatr. Do szkoły średniej uczęszczałem w Piastowie. Nadszedł czas, gdy zrobiłem prawo jazdy i kupiłem pierwsze auto, Fiata 126p. Dalszą edukację kontynuowałem już w Warszawie, gdzie byłem częstym gościem pubów i dyskotek. Nie ominęły mnie też zawody miłosne.

Dość szybko przekonałem się, że życie stawia przede mną wyzwania, które wymagają zmiany sposobu myślenia, a przede wszystkim wzięcia odpowiedzialności i to nie tylko za siebie. Gdy miałem 8 lat, ojciec miał wypadek w pracy, którego skutkiem był paraliż od pasa w dół. Od tej pory poruszał się wyłącznie na wózku. Mama starała się nie obciążać mnie problemami, ale sytuacja i tak wymagała ode mnie większej obowiązkowości niż dotychczas. Kiedy nabrałem tężyzny fizycznej, nadszedł czas na odwrócenie ról – w dużej mierze przejąłem opiekę nad ojcem.

Jak teraz patrzę na całe swoje życie, mogę śmiało powiedzieć, że działanie zawsze było moim żywiołem. W porównaniu z rówieśnikami, którzy na dodatek nie mieli tylu obowiązków co ja, byłem wręcz nadaktywny. Opieka nad ojcem nie przeszkadzała mi w odwiedzaniu modelarni lotniczej na ulicy Hubala, a także uczestniczeniu w zajęciach sekcji wędkarskiej mającej siedzibę w tym samym budynku. Tutaj też, dwa pietra niżej, ćwiczyłem na siłowni. Potrafiłem nawet wygospodarować czas, aby wziąć udział w zawodach modelarskich. Modelarstwo lotnicze RC pochłonęło mnie bezgranicznie. Do tego stopnia, że pod koniec lat 90. zorganizowałem lotnisko modelarskie na terenie obecnego osiedla przy ulicy Działkowej, które ze względu na zabudowę zostało przeniesione do Parzniewa. Następnym krokiem do bujania w obłokach był kurs szybowcowy w Aeroklubie Warszawskim na Bemowie. A z tego powietrza poniosło mnie w głębiny. W trakcie trwania kursu szybowcowego zrobiłem również kurs płetwonurkowania w Warszawskim Klubie Płetwonurków.

Moją ścieżkę zawodową zacząłem budować dość wcześnie, bo w wieku 19 lat prowadziłem już firmę budowlaną w Pruszkowie, a na dodatek importowałem sprzęt elektroniczny z byłych terenów RFN. Dużo czasu spędzałam na promie Polferries, a Travemünde i Hamburg stały się moim drugim domem. W Hamburgu wieczorami relaksowałem się w słynnej dzielnicy St. Pauli. To czasy największej mojej aktywności, a 5 godzin snu musiało wystarczyć. Chyba nie muszę mówić, z jaką przyjemnością zamieniłem malucha na mercedesa. Korzystałem z zasłużonych, osobiście wypracowanych profitów. Po kilku latach prosperity odleciałem w przeciwnym kierunku. Zgubiła mnie nadmierna pewność siebie i brak pokory. Zrezygnowałem z własnej działalności i zacząłem pracę w korporacji. W ciągu 8 lat odniosłem sukces, zaczynając od stanowiska sprzedawcy, a kończąc na stołku prezesa. Brzmi trochę jak American dream i coś w tym jest, ale nie osiągnąłem tego dzięki koneksjom, ale własnej determinacji, nieprzeciętnej energii i elokwencji. Muszę przyznać, że brylowanie w towarzystwie mam we krwi, więc na spotkaniach w pracy szybko został zauważony mój potencjał. Sukces w pracy przełożył się na szerokie możliwości realizacji moich pasji. Na początku powiedziałem, że kocham wszystko, co szybkie, więc nadszedł czas na naprawdę szybkie motocykle i potężne samochody. Dalej realizowałem się w szybownictwie i płetwonurkowaniu, a kolejną ekscytującą przygodą stało się podróżowanie. Z ciekawością i zachwytem odkrywałem różne zakątki Azji oraz Afryki, ale to Azja intryguje mnie kulturową złożonością oraz malowniczością krajobrazów. To tutaj ścierają się pradawne tradycje i intensywny rozwój technologiczny. Nowa pasja skłoniła mnie do wyznaczenia sobie nowego celu – chcę zostać cyfrowym nomadą. Jestem na najlepszej drodze ku temu, aby zwiedzać świat, zostając w każdym kraju dłużej, ponieważ po latach pracy w korpo, znowu zacząłem pracować na własny rachunek. Tym razem zająłem się prowadzeniem sklepu internetowego – obecnie mam ich już trzy.

Czy życie cyfrowego nomady to tylko kolejny etap w mojej historii? Czy mnie to znudzi i zacznę po raz kolejny wszystko od nowa? Nie wiem. Wiem tylko, że w każdej chwili mogę wrócić do domu. To w moim życiu jest niezmienne. W Pruszkowie się urodziłem i tęsknota za moim miastem wygrywa. Z bijącym sercem i melancholią zerkam na miejsca przywołujące wspomnienia z młodości. Gdziekolwiek moje pomysły i pragnienia mnie zaprowadzą, gdy przyjdzie czas, chcę wrócić do korzeni i spocząć właśnie tu, gdzie leżą prochy moich bliskich.

ZDJĘCIE ZROBIONE W RAMACH WYSTAWY w CH NOWA STACJA