Klaudiusz Szymańczak

Nazywam się Klaudiusz Szymańczak. Rocznik ‘78. Urodziłem się w Milanówku, wychowałem natomiast w Brwinowie, a do Pruszkowa przeprowadziłem się w 2001 roku, kiedy poznałem moją żonę, Agatę. Z racji tego, że dzieciństwo spędziłem w Brwinowie, to właśnie tam kończyłem szkołę podstawową. Edukację kontynuowałem już w liceum w Milanówku, potem były studia w Warszawie. Od jakichś piętnastu lat zajmuję się nauczaniem języka angielskiego, również w Pruszkowie, gdzie od dłuższego czasu prowadzę własną szkołę językową. Nauczanie to jednak niejedyna dziedzina, w jakiej się spełniam. Trzy lata temu pojawił się w mojej głowie pomysł napisania powieści, który udało mi się zrealizować. Na rynku literackim debiutowałem w 2018 roku powieścią kryminalną „Negatyw”, potem były kolejne dwie „Mroczny świt” i „Virga”.

Od dziecka lubiłem oglądać filmy, czytać i pisać — zawsze mnie do tego ciągnęło. W okolicach czterdziestych urodzin uznałem, że jak nie spróbuję czegoś z tym pisaniem zrobić, to będę tego potem żałował do końca życia. Wziąłem więc udział w indywidualnym kursie pisania powieści, gdzie niemal od razu okazało się, że mój pomysł na książkę jest dobry i warto to rozwijać. Podczas kursu poznałem ludzi z branży, miałem to szczęście, że ktoś mnie zauważył i dostrzegł w szlifowanym przeze mnie piórze potencjał. Dalej jakoś poszło.

Niebawem zaczynam kurs scenariuszy filmowych w New York Film Academy, co jest jakimś rozwinięciem mojego zamiłowania do pisania, kinematografii i szeroko rozumianego opowiadania historii. Od zawsze lubiłem przyglądać się otaczającemu światu, relacjom międzyludzkim i problemom społecznym, jestem pewien, że widać to w moich książkach. O ile początkowo pisanie traktowałem jako spełnienie jakiegoś marzenia, to teraz podchodzę do tego niezwykle poważnie i nie ukrywam, że chciałbym się temu poświęcić całkowicie, co jednak nie jest łatwe i wymaga niemałej pokory.

Jeśli natomiast chodzi o czas wolny, to powoli zapominam, co to jest. Pisanie książek, nauczanie angielskiego, a za chwilę kurs pisania scenariuszy praktycznie wypełniają moją codzienność, nie pozostawiając wiele miejsca na cokolwiek poza rodziną. A jeśli już znajdę wolną chwilę, to spaceruję z psem — białą bulterierką Teslą, Bardzo często w weekendowe wczesne poranki, można mnie więc spotkać w Parku Potulickich. Poza tym oglądam dużo filmów, czytam lub gram w gry video, ale przy towarzyszącym mi deficycie czasu nie zawsze mam możliwość oddać się podobnym rozrywkom. Podobnie jak podróżom, których jestem ogromnym miłośnikiem, szczególnie tych do USA, ze względu na tamtejszy klimat wielkich metropolii.

Mieszkam z żoną Agatą i córką Karoliną w centrum Pruszkowa i szczerze mówiąc, lubię to miasto coraz bardziej. Nie jestem jednak całkowicie bezkrytyczny i potrafię dostrzec jego mankamenty. Pruszków niewątpliwie się rozwija. Powstawanie nowych miejsc na lokalnej mapie czy coraz liczniejsi mieszkańcy, którzy zdecydowali się osiąść tu na dłużej, to bez wątpienia zmiany na lepsze. Czego nie można niestety powiedzieć o wzmożonym ruchu i rosnącej liczbie samochodów na pruszkowskich ulicach, która powoli zaczyna się robić nieznośna nawet dla mnie – miłośnika klimatu wielkich miast. To dlatego jednym z moich ulubionych miejsc jest Park Potulickich. Świetna punkt zwłaszcza o poranku, kiedy nie słychać jeszcze hałasu aut, a jedynie ciszę przerywaną śpiewem okolicznych ptaków.
Gdybym miał wspominać Pruszków z czasów młodości, to z perspektywy dziecka przyjeżdżającego z rodzicami na zakupy do SDH przy Kościuszki, lub z perspektywy nieco starszego już chłopaka jeżdżącego do składnicy harcerskiej przy Wojska Polskiego. Do innych „kultowych” pruszkowskich miejsc, jakie wciąż mam w pamięci z pewnością zaliczam drewniane pawilony handlowe z rurkami z kremem czy piwem, no i oczywiście magiczny sklep „1001 drobiazgów”, jeśli dobrze pamiętam nazwę. Za najbardziej charakterystyczny element Pruszkowa zawsze będę uważał natomiast starą wieżę ciśnień przy stacji PKP. Do Pruszkowa za dzieciaka przyjeżdżałem zazwyczaj pociągiem, więc ten element miasta najbardziej zapadł mi w pamięć. Ponadto bar z frytkami przy basenie – nazywał się chyba Fred. Czołg pamiętam, ale słabo.

Od jakiegoś czasu czysto rekreacyjnie zainteresowałem się także historią miasta. Mam kilka albumów i książek pana Mariana Skwary. Sam chciałbym napisać książkę opowiadającą o współczesnym i historycznym Pruszkowie, mam na to nawet pomysł. Nie opowiadałbym jednak o tej niechlubnej, przestępczej przeszłości miasta – która jest nawet na swój sposób ciekawa – bo nie uważam, żeby trzeba było temu poświęcać jakąś szczególną uwagę. Było i dobrze, że minęło.

Co do nadziei związanych z tym miastem to ostatnio widziałem w lokalnych mediach tekst o tym, że istnieje pomysł na budowę placu miejskiego w Pruszkowie i przyznaję, że bardzo mi się ten pomysł podoba. Brak takiego centralnego punktu w mieście nie jest chyba dobry. Obserwując to, co się dzieje w Pruszkowie, podzielam po części niepokoje mieszkańców związane z budowaniem wszędzie wielkich bloków, z drugiej strony rozumiem, że bez tego miasto nie będzie się rozwijało. Chciałbym jednak aby oprócz blokowisk, oczywiście tam, gdzie to możliwe, rozrastały się parki oraz skwery i żeby były to naprawdę zielone tereny, a nie kilka drzew, między którymi ktoś jeszcze upchnął plac zabaw dla dzieci. Place zabaw to jedno, a parki gdzie powinna dominować przyroda to drugie i mam nadzieję, że Pruszków właśnie w tym kierunku będzie się zmieniał.

ZDJĘCIE ZROBIONE W RAMACH WYSTAWY w CH NOWA STACJA