Katarzyna Żukowska

Jest coś magicznego w Pruszkowie. Wychowuje on ludzi bardzo charakternych, którzy są mocno zakorzenieni i przywiązani do swojej małej ojczyzny. Zdecydowanie kocham to miasto i utożsamiam się z nim. Mówi się, że tutaj każdy każdego zna. Dlatego pozwólcie, że i ja przedstawię Wam siebie. Nazywam się Katarzyna Żukowska i jestem rodowitą pruszkowianką, która realizuje swoje pasje w równie magicznym świecie, jakim jest wizaż.


Dla Pań mogę być bardziej utożsamiana z moim profilem na FB. Jestem makijażystką oraz stylistką fryzur, zajmuję się więc upiększaniem kobiet, czyniąc je przy tym szczęśliwszymi i nierzadko pewniejszymi siebie.
Jednak po kolei…

Urodziłam się w 1988 roku, zaledwie rok później rozpoczęła się transformacja ustrojowa i Polska powoli zaczęła nadrabiać cywilizacyjne zapóźnienia. I właśnie w tej myśli rozwoju oraz dążenia do lepszego życia wychowałam się ja. Chcąc opowiedzieć o sobie, o tym, kim jestem dzisiaj, najpierw muszę opowiedzieć o ludziach i miejscach, które mnie ukształtowały.
Mój dom rodzinny zawsze będzie jednym z najważniejszych miejsc na mapie świata. Moja mama — serce mojego dzieciństwa. Nauczyła i napełniła mnie wszystkim tym, co we mnie dobre, piękne i delikatne. Najwspanialsza kobieta, która cały czas pokazuje mi, czym jest prawdziwe macierzyństwo, a ja codziennie uczę się od niej czegoś nowego. Mój tata przez większość swojego życia zmagał się z chorobą, która także dla mnie była cenną lekcją; pokazała mi bowiem, że życie przynosi ciężkie doświadczenia; takie, po których nieraz upadamy, ale ważne, żeby szukać w sobie siły do wstania z kolan. I moja siostra – nasze dzieciństwo nie było beztroskie, ale wiedziałam, że mogę na nią liczyć, ponieważ zawsze stawała w mojej obronie. Kiedy poszłam do pierwszej klasy podstawówki, bardzo się cieszyłam, że ona tam będzie. Dobrze było mieć takie „plecy” w szkole.

Obecnie Szkoła Podstawowa nr 1, do której obie uczęszczałyśmy, mieści się w dużym budynku przy ul. Bohaterów Warszawy, ale nie zawsze tak było. Za moich czasów siedzibę szkoły stanowiła kamienica naprzeciwko, z kolei wejście znajdowało się od ul. Majowej. Sala gimnastyczna przy szkole była niewiele większa od klasy, jednak bliskość „Znicza” dawała spore możliwości. Jakie to było szczęście móc ścigać się po bieżni wokół boiska, czy pograć zespołowo na „małej hali”. To właśnie dzięki tamtym lekcjom WF-u zakochałam się w sporcie i postanowiłam zdawać do Gimnazjum nr 4 w Pruszkowie. Byłam trzecim rocznikiem tzw. rewolucji gimnazjalnej, a ówczesne gimnazjum wyłoniło się ze Szkoły Podstawowej nr 12. Pamiętam, jak będąc jeszcze w podstawówce, bardzo żałowałam, że nie mogłam chodzić do „Dwunastki”. W szkole sportowej była swego rodzaju renoma i prestiż, szczególnie wśród dzieci.


Spędzone w gimnazjum trzy lata wspominam z wielkim sentymentem. To był bardzo intensywny czas dorastania i prawdziwych przyjaźni. Właśnie tam podczas egzaminów do klasy sportowej poznałam swoją przyjaciółkę – byłyśmy nierozłączne wtedy i jesteśmy do dzisiaj. Gimnazjum to też, a może przede wszystkim sport — super chwile, po których zostało mi kilka medali i mimo że nie były one zwiastunem mojej kariery sportowej, to dziś cieszą oko i wywołują wspomnienia. Momentami szkoła w czasie przerw przypominała amerykańskie filmy o nastolatkach, przynajmniej my się tak w niej czuliśmy. Był to też moment beztroski, pierwszych imprez i spotkań towarzyskich. Co ciekawe niewiele z nas miało telefony, a nawet jeżeli sukcesywnie każdy od rodziców je w końcu wybłagał, to szkoda było z nich korzystać, bo SMS kosztował krocie. Mieliśmy jednak swoje miejscówki – wystarczyło, że padło hasło „placyk”, „dechy”, „dwunastka”, „transformator” czy „kwiatki” oraz godzina spotkania i nikt nie potrzebował social mediów czy telefonu, każdy wiedział, że z pewnością znajdzie kompanów na miejscu.


Po Gimnazjum przyszedł czas na liceum i emigrację do Warszawy. Mam wrażenie, że w tamtym czasie panował pewnego rodzaju kompleks mniejszej miejscowości, zwłaszcza że Warszawa nie była tak na wyciągnięcie ręki, jak to ma miejsce obecnie.

Szkoła średnia była dla mnie ważnym momentem w życiu, ponieważ to wtedy zaczęłam szukać własnej tożsamości i eksperymentować z wyglądem. Z perspektywy czasu, jako ekspert z dziedziny wizażu, stwierdzam, że mocno uczyłam się na błędach, przeszłam przez większość kolorów włosów i nie zawsze trafionych stylizacji. Myślę, że to właśnie przygotowało mnie do mojej obecnej pracy. Ten okres jest wart wspomnienia z jeszcze jednego istotnego powodu, gdyż właśnie w liceum zaczęłam spotykać się z moim obecnym mężem. Również rodowitym pruszkowianinem, którego poznałam na wspomnianym wcześniej „placyku”. Wspaniały mężczyzna, moja druga połówka. Dawno temu wziął za rękę młodziutką, szaloną dziewczynę, a w tym momencie przez życie prowadzi 100% kobietę, którą się przy nim stałam.

Pod koniec liceum rozpoczęłam swoją przygodę z makijażami. Przez wiele lat była to praca z tzw. doskoku, „weekendowa”, która przynosiła dużo frajdy, jednak nie dawała stabilności finansowej. Pracowałam, studiowałam i sukcesywnie dążyłam do zdobycia wiedzy oraz umiejętności, które uczyniły ze mnie eksperta w dziedzinie makijażu. W międzyczasie pojawił się mój największy skarb — córeczka Zuzia. Jest w tym prawda, że dziecko daje siłę do osiągania wszystkich celów. I tak zaraz po Zuzi „narodziło się moje drugie dziecko” – studio wizażu, które otworzyłam w Pruszkowie. Dzięki pracy otrzymałam szansę na odnowienie dawnych znajomości, ale także na poznanie wielu wspaniałych kobiet z Pruszkowa i okolic. Uwielbiam to miejsce. Może dlatego nie zwariowałam i nie zachłysnęłam się show-biznesem, który nagle zapukał do mych drzwi, zapraszając do współpracy z gwiazdami czy przy produkcjach telewizyjnych. Nagle świat, o którym marzą początkujące wizażystki, stanął dla mnie otworem, choć ja i tak częściej wybieram zacisze swojego salonu i pracę z moimi klientkami.

I dziś z dumą przedstawiam Wam siebie, jako dziewczynę z Pruszkowa.