Katarzyna Kucharska

Mam na imię Katarzyna, choć chyba nigdy nie czułam się Katarzyną. Ani Panią Katarzyną. Przez wiele lat byłam po prostu Kaśką. Zbuntowaną, aktywną, której wszędzie było pełno. Miałam suszone liście na zielonych ścianach w pokoju, kolekcję kilkudziesięciu drewnianych, ceramicznych, metalowych i jakich tylko się dało dzwonków i fryzurę, na jaką mało kto by się odważył. Pokaźne grono przyjaciół i psa. Ukochanego. Choć pierwszy w moim życiu był żółty mieszaniec Baster, to tylko z opowiadań znam historię, w której bronił mojego wózka, gdy tylko ktoś chciał się przyjrzeć śniademu bobasowi z wielkimi oczami. Z ciemnej cery zostały mi na twarzy liczne piegi, które podobno pasują do mnie jak ulał. I oczy. Jak dla mnie – bardzo wyjątkowa część Kaśki, bo od kiedy pamiętam, były wrażliwe na dobro i krzywdę innych. Wystarczyło zarzucić temat „pomagamy?” i już byłam. Czy to jako dziecko oddawałam zabawki „dla biednych dzieci”, czy w szkole, gdy brałam udział we wszystkich zbiórkach charytatywnych, jakie tylko były, chodząc po rodzinie i prosząc, żeby też się włączyli, czy to w życiu zawodowym.

Kiedy w moim domu pojawił się kolejny psiak – rudy owczarek nizinny Bika, który bardziej przypominał mieszankę owieczki i lisa, niż wspomnianego owczarka, poczułam, że to jest to. Zaczęłam interesować się pomaganiem zwierzakom w rodzinnym mieście – Głownie. Z czasem zamieszkał z nami pierwszy cocker spaniel angielski – Sara, a ja powoli z Kaśki zmieniałam się w Kasię…

I tak wsiąkłam. Wyskoczyłam z rodzinnego miasta do Warszawy, aby zostać dziennikarką i niedługo potem znalazłam się w Pruszkowie. Wcześniej byłam tu raz, w piękny, słoneczny dzień. W pałacu ślubów. Przyjechałam tu WKD, więc wyjątkowo urzekła mnie wtedy ulica Kraszewskiego. Kiedy zaś szukałam tu mieszkania, zawsze padało i było zimno. Nie zraziło mnie to. Wolałam Pruszków, który więcej miał wspólnego z moją Małą Ojczyzną, niż z wielką metropolią, jaką bez wątpienia jest Warszawa.

Pochodzę z małego miasta leżącego pomiędzy Łodzią a Łowiczem, które nazywa się Głowno. Poniekąd chyba właśnie dlatego tak dobrze czuję się w pozbawionym zgiełku Pruszkowie. Kocham lokalne społeczności, to, że ludzie się znają, mogą na sobie polegać, budować relacje, zamiast być w wiecznym pędzie między pracą a domem, anonimowi i szarzy. Według mnie Pruszków daje możliwość tworzenia czegoś razem. Jasne, że i tutaj są osoby, które od świtu do nocy są w pracy, jest jednak wielu ludzi, którzy pracują na miejscu. Mają czas na kawę, wspólny spacer, gest życzliwości wobec sąsiada. Dla mnie to właśnie buduje przywiązanie do tego miejsca. Mieszkam tu od ponad dekady i gdybym miała opuścić to miasto, to byłoby mi bardzo szkoda. Czego? Chyba najbardziej Parku „Sokoła”, w którym spędzam z dziećmi dużo czasu; gdzie, zanim one się pojawiły, niemalże każdego dnia byłam z moim psem i gdzie prawie zawsze spotkam kogoś znajomego. Drugim takim miejscem jest chyba budynek Przedszkola Miejskiego nr 9, w którym jesteśmy codziennie. To takie zwykłe, normalne, ciepłe i przyjazne miejsce. Z wywołującymi uśmiech sezonowymi dekoracjami w korytarzu, żółwiem Franklinem, o którego wszyscy tam tak dbają i wychowawcami, z którymi mam przyjemność rozmawiać.

Zanim tu jednak trafiłam, dwadzieścia lat życia spędziłam we wspomnianym już wcześniej Głownie. Tam skończyłam szkołę podstawową i ogólniak. Tam działałam w harcerstwie, udzielałam się społecznie i złapałam bakcyla na pomaganie zwierzętom. Z Przytuliskiem dla Zwierząt w Głownie miałam do czynienia jeszcze zanim ono oficjalnie powstało, kiedy było to zaledwie kilka kojców ustawionych na terenie MZK. Miałam wtedy kilka lat, a do tej pory pamiętam, że była tam bardzo łagodna rottweilerka, którą opiekowała się Pani Zosia — Anioł Stróż Przytuliska, która działa w nim do dzisiaj.

Zaraz po szkole średniej poszłam na studia, wybierając kierunek: Dziennikarstwo i Komunikacja Społeczna na UW. Niedługo potem mając w garści atut w postaci niskiego głosu, rozpoczęłam swoją przygodę z radiem. W tamtym okresie przewinęłam się przez Radio Kolor, Antyradio, TOK FM, ale największą szkołę i życiową przygodę przeżyłam w Polskim Radiu Bis, które następnie stało się Euro, a obecnie od kilku lat to po prostu Czwórka. Co ciekawe, z czasem to w radiu wskoczyłam w temat dziennikarstwa internetowego, gdy w moje ręce wpadło administrowanie fanpage’a Czwórki i praca starszego redaktora na stronie internetowej radia. W międzyczasie próbowałam swoich sił w agencjach PR, ale takie korpożycie okazało się kompletnie nie z mojej bajki. Radio dawało mi wolność i pozwalało rozwijać drugą pasję, tę związaną z psami.

Od razu po obronieniu magisterki na dziennikarstwie rozpoczęłam studia podyplomowe na SGGW na kierunku „Pies i jego rola w społeczeństwie”. Zaskoczyłam wszystkich, ale od pierwszych dni na studiach byłam pewna – behawioryzm! Zachwyciłam się. Chłonęłam wiedzę jak gąbka, co chwilę jeżdżąc na kolejne seminaria o psach, robiąc kurs Przewodnika Psa Pracującego, a następnie zdobywając tytuł zawodowy Zoopsychologa. Przez wiele lat, zanim otworzyłam swoją firmę, praktykowałam oczywiście w Przytulisku dla Zwierząt w Głownie. Nie wyobrażałam sobie iść do ludzi i ich psów tylko po szkole. Zbierałam więc karmę dla Przytuliska za moją pomoc i nadal się uczyłam.

W 2019 roku zdecydowałam, że nadszedł mój czas. Zostawiłam spokojny, ciepły etat, by oddać się psiej pasji, nie porzucając przy tym działalności dziennikarskiej. Nie wiem, jak to działa, ale rzeczywiście, to był właściwy moment. Od pierwszego miesiąca w ekspresowym tempie zaczęło rosnąć grono osób, z którymi współpracuję i których psom pomagam. Prowadzę też zajęcia w szkołach i przedszkolach dotyczące zwierząt. Realizuję się w pełni! A wszystko to uzupełniam moim dziennikarstwem. Piszę artykuły, redaguję teksty i strony internetowe, prowadzę firmowe fanpage. Sprawia mi to dużą przyjemność, bo znowu mogę się rozwijać i robić to, co lubię. Tę część mojego życia zawodowego również wykorzystuję w działalności wolontariackiej. Współadministruję fanpage Przytuliska w Głownie, jestem koordynatorem wielu akcji dobroczynnych, można rzec nadwornym pisarzem życzeń, podziękowań i skarbnicą pomysłów, co jeszcze możemy zrobić.

A moja rodzina? Nie ma możliwości, żeby tego nie akceptowali, bo taka po prostu jestem. Nigdy nie odmawiają mi pomocy i wsparcia. Pomagają w transporcie darów do Przytuliska, wspierają w rozwijaniu swojej firmy. Mam też dwóch małych naśladowców – Olę i Artura. To moje dwa cienie, które chciałyby ze mną chodzić na konsultacje behawiorystyczne, a na widok zwierząt rozczulają się, jak ja.

Kiedy nie pracuję, to staram się jak najwięcej czasu spędzać z rodziną. Wtedy wspólnie czytamy, spacerujemy, jeździmy na wycieczki. Ale to nie wszystko. Kiedy tylko mogę, to zajmuję się też sobą. Bardzo lubię uprawiać sport, więc przy każdej nadarzającej się okazji pędzę na siłownię lub biegam. Tej zimy doszło też morsowanie, którym się zafascynowałam. W wolnych chwilach zgłębiam tajemnice zdrowego odżywiania, równowagi wewnętrznej i ajurwedy.

Dziś Kasia, to człowiek, który każdemu mówi, aby wsłuchał się w siebie i szedł za głosem serca. Rzuciłam etat w radiu, pracę z ludźmi, których bardzo lubiłam i szanowałam, aby w zgodzie ze sobą, tak jak to ja czuję, oddać się mojemu talentowi – czyli zostać freelancerem i nadal realizować się dziennikarsko, i otworzyć drzwi swojej pasji – drugiego zawodu, behawioryzmu. Idę przed siebie pomagając zwierzętom, ucząc ludzi wrażliwości i uważności w kontakcie z czworonogami, organizuję warsztaty dla dzieciaków i lokalnych społeczności, podczas których towarzyszy mi moja ukochana spanielka – Lilo i wiem, że żyję pełną piersią.

Kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy na nic nie mają czasu, mówię – rzuć to. Rzuć etat i rób to, co lubisz. Nie do wiary, jak wiele osób o tym marzy, a jak niewiele ma na to odwagę. Od siebie mogę powiedzieć – nie ma czego się bać, jeśli włoży się w to całe serce. Nie energię. Serce. Jeśli zaufamy, że się uda, to nagle wokół nas znajdą się ludzie, którzy sami będą chcieli z nami współpracować. Tacy, którzy będą nam kibicowali i zaoferują bezpłatną pomoc. W końcu też tacy, dla których staniemy się inspiracją. I to jest piękne. Pasja może nas uskrzydlić.