Kamila Kuna

Urodziłam się późną jesienią 1955 roku w Błoniu pod Warszawą, dokąd po studiach mojego taty, z nakazu pracy, przeprowadzili się moi rodzice. Gdy miałam 9 lat wraz z rodzicami i starszą siostrą przenieśliśmy się jednak do Warszawy i zamieszkaliśmy na Mokotowie. Ukończyłam tam szkołę podstawową oraz Technikum Włókiennicze. W Stolicy mieszkałam do 1994 roku, czyli do momentu, kiedy tym razem już z mężem i dwiema córkami przeprowadziłam się do Komorowa.

Mój znak zodiaku to Strzelec. Nie jest to bez znaczenia, ponieważ z biegiem lat okazało się, że jestem niespokojnym duchem, który ciągle poszukuje nowych przygód i urozmaicenia życia, własnego i innych. Codzienność nie może być przecież monotonna, musi się coś dziać.

Od dawna moją pasją jest malarstwo. Maluję akwarelami, pastelami, a także farbami olejnymi na płótnie. Rysowałam i malowałam od zawsze. Jak każde dziecko wypełniałam swój czas przenoszeniem na papier w formie obrazków swoich wyobrażeń o otaczającym mnie świecie. Całe dzieciństwo słyszałam, że jestem uzdolniona plastycznie, co mnie z kolei ogromnie dziwiło. Nie czułam się wybitna, choć muszę przyznać, ciągnęło mnie do tego zajęcia. Podczas nauki w szkole średniej kontynuowałam swoje zainteresowania i zaczęłam intensywnie uczęszczać do Pracowni Plastycznej na Nowolipkach w Warszawie. Po maturze próbowałam zdać na warszawską ASP, ale bez powodzenia. Po trzech nieudanych próbach zrezygnowałam z dalszej edukacji plastycznej, jednak artystyczne zainteresowania zaistniały w moim życiu w nieco inny sposób.

Zatrudniłam się w Teatrze Lalka, gdzie wykonywałam lalki do spektakli dla dzieci, a następnie w Państwowej Pracowni Konserwacji Zabytków w dziale Konserwacji Zabytkowych Tkanin. Tam wiedza zdobyta w technikum w połączeniu z zainteresowaniami plastycznymi bardzo się przydały. Potem pracowałam jeszcze na Zamku Królewskim w takiej samej pracowni, pełniąc funkcję Konserwatora Zabytkowych Tkanin. W 1992 roku podjęłam jednak decyzję o rezygnacji z pracy na rzecz budowania domu i wychowywania dzieci. Wówczas mój mąż już od dwóch lat prowadził z powodzeniem firmę komputerową, która bez reszty pochłaniała jego czas. Piszę o tym nie bez powodu, ponieważ paroletnia przerwa w pracy spowodowała, że moje zainteresowania nieco się zmieniły. Zafascynowała mnie bowiem grafika komputerowa, w której odkryłam nowe przestrzenie dla mojej wyobraźni. Odbyłam nawet kurs grafiki komputerowej i zatrudniłam się w wydawnictwie.

Co również ważne, po prawie dwudziestoletniej przerwie wróciłam także do malarskich poszukiwań. Odbyło się to w najtrudniejszym momencie mojego życia, ponieważ właśnie wtedy mój mąż poważnie zachorował i niestety stracił firmę, więc zostałam głównym żywicielem rodziny. Malarstwo stało się więc odskocznią od trudnych chwil i siłą do radzenia sobie z problemami. Raz w tygodniu był czas tylko dla mnie i dla mojej pasji. Jeździłam wówczas do ogniska plastycznego w Grodzisku Mazowieckim prowadzonego przez Kubę Cwieczkowskiego. Pierwszy plener malarski w Jurgowie na Podhalu rozpoczął nowy etap w moim życiu. Mąż bardzo mnie w tym wspierał tak, jak ja wspierałam go wcześniej w jego pasji do gór – mąż jest bowiem nie tylko taternikiem i himalaistą, ale również, a może przede wszystkim Przewodnikiem Beskidzkim oraz ratownikiem TOPR.

Po czterech latach malowania w Grodzisku przeniosłam się do Warszawy do pracowni prowadzonej przez artystę-plastyka Jacka Bukowskiego. Samo wejście do jego atelier było wielkim objawieniem. Na ścianach wisiało mnóstwo świetnych obrazów często abstrakcyjnych, a do tamtego momentu pojęcie abstrakcji było dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Sam Jacek Bukowski był wobec swoich studentów bardzo wymagający i z wielkim poświęceniem przekazywał nam swoją wiedzę. Spędziłam w tym miejscu (należącym zresztą do Warszawskiego Stowarzyszenia Twórców Kultury, której jestem członkiem) pięć lat i teraz mogę śmiało powiedzieć, że czuję się malarką. Mogę malować wszystkie tematy, jakie mi przyjdą do głowy i cokolwiek, co mi w duszy zagra. Od realizmu do abstrakcji. Choć nie dostałam się na wymarzone studia, miałam swoje małe ASP i wiele się tam nauczyłam. W międzyczasie pobierałam także nauki malarstwa u artysty-plastyka Joanny Meisner. Pod jej czunjnym okiem poznałam różne techniki malarstwa np.: malowanie akwarelą, pastelą suchą i olejną, kredkami, gwaszem, czy farbami akrylowymi.

Trzy lata temu Zarząd Osiedla Komorów zwrócił się do mnie z propozycją prowadzenia warsztatów rysunku i malarstwa dla dzieci w wieku szkolnym. Zdecydowałam się na ten krok, choć było to dla mnie zupełnie nowe doświadczenie. Nie miałam praktyki w prowadzeniu podobnych zajęć, więc zaczęły pojawiać się w mojej głowie pytania, jak poprowadzić warsztaty, żeby były nie tylko pouczające, ale też ciekawe, nietuzinkowe? Tak poniekąd zrodził się pomysł zostania Arteterapeutką. Na stronie Centrum Kultury Łowicka znalazłam informację o rocznym kursie ArteTerapii Kultura Przeciw Wykluczeniu. W 2018 roku udało mi się zapisać na kurs i zaczęła się nowa przygoda.

Po roku brania udziału w wykładach czuję się innym człowiekiem i nie opuszcza mnie wrażenie, że otworzyły się przede mną nowe horyzonty. W 2020 roku napisałam i obroniłam pracę dyplomową. Mam w rękach narzędzia, które mogą pomóc ludziom w różnym wieku i z różnymi problemami poczuć się lepiej ze sobą, w grupie i w społeczeństwie. Oczywiście wymaga to ode mnie dalszego samokształcenia i uważności. Pandemia obecnie trochę zaburzyła ten proces, ale z optymizmem patrzę w przyszłość.

Co jeszcze warto o mnie wiedzieć? Lubię być blisko natury. Często rodzinnie i z psami (mamy ich dwa i oba uratowane z bezdomności) chodzimy na spacery na łąki nad Utratą i do pobliskich lasów. Podziwiam i cieszę się, że mieszkam blisko przyrody, z której mogę czerpać siłę i inspiracje do moich obrazów. Parę lat temu wpadłam na pomysł zorganizowania pleneru malarskiego dla moich malujących znajomych pod tytułem „Gmina Michałowice — Cztery Pory Roku”. W ciągu półtora roku namalowaliśmy kilkanaście obrazów przedstawiających piękne okolice i zabytki gminy. Nawet udało mi się zorganizować wystawę tych prac na Gminnych Dożynkach. Przez kolejne dwa lata na parterze w budynku gminy w Regułach ustawiałam malarskie prace znanych mi i nieznanych malarzy. Stworzyła się swego rodzaju nieformalna galeria malarstwa. Teraz pałeczkę przejął ktoś inny, ale przecież nic nie trwa wiecznie. Zmiany zawsze wpływały na mnie mobilizująco.

Ostatnio sięgnęłam nawet do swoich korzeni. Moja mama urodziła się i wychowała na Lubelszczyźnie. Spędziłam tam wiele letnich miesięcy i do dzisiaj wspominam ten dziecięcy czas z dużym sentymentem. Dlatego, kiedy cztery lata temu zorganizowaliśmy plener malarski w Kawęczynku na Roztoczu, od razu zakochałam się w tym miejscu. Namówiłam męża na kupno 100-letniej chałupy na Roztoczu i od dwóch lat dzielnie ją remontujemy. Kolejna przygoda na mojej prywatnej liście i kolejny pomysł na to, aby w przyszłości prowadzić w tym miejscu plenery malarskie dla zainteresowanych taką formą spędzania czasu.

Mimo wszystko nie zapominam o Komorowie. Kiedy tylko minie pandemia i wrócimy do normalności w kontaktach międzyludzkich, chciałabym zorganizować w moim mieście pracownię malarską dla młodzieży i małych dzieci oraz ich opiekunów. Nie wiem jeszcze jakimi ścieżkami przyjdzie mi iść, pewne jest tylko to, że moje serce i plany na przyszłość będą związane z Komorowem, w którym czuję się bardzo dobrze oraz z Roztoczem — miejscem otwartych przestrzeni, które tak bardzo lubię malować i ciepłych, przyjaznych ludzi.