Kamila Giemza

Nazywam się Kamila Giemza, chociaż wiele osób zna mnie jako Milkę, co jest po prostu skrótem mojego imienia.

W Pruszkowie się urodziłam i spędziłam tu praktycznie 30 lat swojego życia. I choć osiadłam kilka lat temu w niedalekim Brwinowie, gdzie obecnie mieszkam i prowadzę studio, to właśnie Pruszków miał największy wpływ na moją osobowość.

Zawodowo zajmuję się wizażem i stylizacją, makijażem i analizą kolorystyczną. Działam w tych dziedzinach zarówno w pracy z indywidualnym klientem, jak również współpracuję z markami kosmetycznymi, tworzę i współtworzę różne projekty, które zwykle ciężko zamknąć w konkretnych ramach. Od wielu lat, również w tych dziedzinach szkolę.

Moje podejście do życia, pracy i człowieka jest mocno niestandardowe i często początkowo budzi niezrozumienie, co nauczyłam się spokojnie przyjmować i przeczekiwać, dążąc świadomie do konkretnego celu. Lubię patrzeć szeroko, bo na człowieka ma wpływ bardzo wiele rzeczy, których często nie bierzemy pod uwagę. Potem, w tym szerokim polu, lubię znęcać się nad szczegółami, bo dopracowują i precyzują całość.
Niestety, żeby pokazać Wam bardziej skąd to wynika, muszę sięgnąć do korzeni…

Moi dziadkowie przeprowadzili się do Pruszkowa, kiedy moja mama była małą dziewczynką. Pochodzili z okolic Ćmielowa i przygnała ich tu praca w zakładach pruszkowskiego Porcelitu. W naszym domu mieszkało mnóstwo zdobionej ręcznie zastawy, pater i wazonów. Dziadek czasami malował w domu, czego nie bronił też wnukom. Na porządku dziennym były latające pędzle i kalki, ponieważ i moja mama przejęła rodzinne zamiłowanie do rzemiosła i ceramiki. Prowadziła przez lata własną pracownię. Odkąd pamiętam dziadek zawsze lubił poznawać dogłębnie różne historie. Po przeprowadzce zbierał mnóstwo informacji na temat Pruszkowa i początków jego powstania. To on nauczył mnie chyba najwięcej o historii okolicy, pokazując masę zdjęć, notatek i wycinków z gazet. Lubił też opowiadać, a opowiadał bardzo ciekawie.

Mój ojciec jest rodowitym warszawiakiem. On zaszczepił mi zrozumienie historii jako dziedziny, bo początkowo nauka tego przedmiotu nie chodziła moimi ścieżkami. Pokazał mi właśnie na jej przykładzie, szersze spojrzenie i szukanie powiązań. Zawsze wplatał w suche, historyczne fakty, kwestie kultury i sztuki danego czasu. Starał się pokazać mi świat też od tej pięknej strony. Nauczył mnie dużego szacunku do klasyki. Starsza siostra uwrażliwiła mnie muzycznie i ukierunkowała na dobre brzmienia i teksty, dzięki czemu napad wszelkich bandów lat ‘90tych nie zrobił mi sieczki z głowy.

Generalnie wychowałam się w rodzinie z korzeniami, pasjami i wrażliwej na różne formy artystyczne.

Dorastając zderzyłam się ze stereotypowym Pruszkowem i to właśnie, odwracając totalnie mój młodzieńczy światopogląd, pokazało mi życie, bo dorastałam w Pruszkowie w ciekawych latach. Pamiętam kiedy idąc do Kościoła w niedziele, ludzie długo omijali miejsce gdzie zginął sławetny Kiełbasa, czy kiedy akurat na parkingu przed moim blokiem policja zrobiła obławę, układając “panów w czarnych maskach” jak śledzie na ziemi, bo coś obrabowali i uciekali strzelając w powietrze… To był taki czas, kiedy nagłówki z gazet nie były na wyrost, wręcz było wiadomo, że to jedynie wyrwana część. Paradoksalnie bardzo lubiłam tamte lata. I paradoksalnie, poza tymi akcjami było na prawdę spokojnie.

Za świadomego nastolatka wpadłam w cudowną ekipę z zapędem dresowym. Kamienice na Chopina, Park Sokoła, Rock Pikniki, dechy… Mazowszanka, jeszcze sprzed czasów Znicza i później sam Znicz… Najwięcej wspomnień i najlepsza lekcja tolerancji. W tym stereotypowym mieście, zbitek subkultur różnych był genialnym zjawiskiem. Uwielbiałam czas, kiedy okuta w wąskie jeansy, wielki sweter, martensy i skórzany płaszcz, siadałam na ławce z ludźmi w czerwonych dresach z trzema paskami. Mogliśmy się z siebie nabijać, ale nie ciuch wyznaczał nasze relacje.

Liczył się człowiek.
Każde miasto tworzą ludzie. Pruszków, to trochę stan umysłu, który się czuje lub nie. Mnie nauczył szybkich i konkretnych decyzji, honoru i życia ponad stereotypami. A połączenie tego z moim wychowaniem pozwala mi w życiu doceniać historię, uczyć się z niej, ale jej nie rozpamiętywać i łączyć to, czego teoretycznie połączyć się nie da. Teoretycznie, bo jestem świetnym przykładem chodzących skrajności.