Kamil Nadolny

Urodziłem się w Pruszkowie 30 lat temu i od tamtej pory nie opuściłem na dłużej tego miasta. Pierwsze lata życia spędziłem w domu dziadków, położonym niedaleko dzielnicy Tworki. Podobno jako dziecko byłem „dzikusem” i unikałem ludzi — sprawa była na tyle poważna, że… nie chciałem chodzić do przedszkola. Dziwnie słucha mi się tych opowieści, patrząc na to, co jest teraz. A jest zupełnie odwrotnie!

Mając siedem lat, przeprowadziliśmy się z rodzicami na osiedle Staszica. Tam zrozumiałem, co oznacza życie na blokowisku. Szybko zostałem ustawiony przez starszych kolegów na odpowiedniej pozycji w hierarchii społecznej — nie byłem przez nich gnębiony, raczej po prostu początkowo trudno było mi się przyzwyczaić do zmiany z jednorodzinnego domu na blok pełen rówieśników. Moja adaptacja nie trwała jednak długo. Gdy już odnalazłem się w nowym otoczeniu, zawarłem przyjaźnie, które trwają do dzisiaj. Śmiało mogę więc powiedzieć, że mam ekipę kumpli, których znam całe życie. Z lat młodości pozostała także ksywa — znajomi mówią do mnie Kamel.

Z Pruszkowem łączy mnie wiele spraw. Przede wszystkim skończyłem tu wszystkie szkoły, oprócz uczelni. Za każdym razem oceniany byłem tak samo: „zdolny, ale leniwy”. Mam wrażenie, że większość nauczycieli pamięta mnie do dziś, bo na każdy temat miałem własne zdanie, co często kończyło się uwagą do dzienniczka albo słabą oceną z zachowania na świadectwie. Generalnie moją taktyką, którą nieświadomie stosowałem, było robienie bardzo dobrego wrażenia na wejściu, a potem prześlizgiwanie się na tej opinii do końca semestru. Bardzo dobrze wspominam czasy szkoły średniej — jestem Zaniakiem. Tam przez trzy lata prowadziłem szkolny radio węzeł, a to dawało mi ogromne ilości swobody. W murach Zana poznałem też szkolną miłość, z którą jestem do dziś. Zan to także czas, w którym uaktywnił się mój za długi i cięty język. Dzięki tej super umiejętności wkurzania nauczycieli mogę pochwalić się rekordem szkoły w postaci siedmiu jedynek, które dostałem na jednej lekcji u polonistki (dodam tylko, że nadal jest ona postrachem szkoły 😊 ). Ale… był to najlepszy nauczyciel, jakiego miałem w życiu i wiele jej zawdzięczam. Z rodzinnego miasta wyrwała mnie dopiero chęć uzyskania wyższego wykształcenia. Czas spędzony na Warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego był najlepszym okresem w moim życiu. Do tej pory żartuje, że głupi byłem, kończąc studia w 5 lat!

Przełom szkoły średniej i wyższej to czas, w którym rozpoczęła się moja działalność w stowarzyszeniu Zdrowy-Rower. Razem z licealnymi kolegami zrzeszaliśmy rowerzystów i dzięki współpracy z fundacjami charytatywnymi zbieraliśmy pieniądze na szczytne cele. Zamknięte pruszkowskie drogi w obstawie policji i rowerowe happeningi z tamtego okresu to między innymi moja sprawka! Wspólne działania z przyjaciółmi zaowocowały kolejnymi świetnymi akcjami, w tym podróżą rowerem po Europie. Tysiące przejechanych kilometrów w zaufanej ekipie zrodziły pomysł rowerowego tripu do… Aten. Bez wątpienia była to podróż mojego życia! Do dziś śmieję się, że udało się nam osiągnąć cel, bo byliśmy młodzi i głupi.

Pruszków to także miejsce mojej pracy. Zaczynając od pracy w obsłudze klienta w punktach sieci komórkowych, po miejsce, w którym znajduję się obecnie — od paru dobrych lat pracuję w dziale handlowym lokalnej kablówce. Moim zadaniem jest dbanie o to, aby Pruszkowianinie (i nie tylko!) byli zadowoleni z naszych usług. Lata przepracowane z klientami i fotograficzna pamięć skutkują tym, że coraz więcej osób w Pruszkowie kojarzę, a coraz mniej pojawia się twarzy, których nie potrafię rozpoznać.

W Pruszkowie rozwijał także się mój zmysł muzyczny — jako chłopak wychowany na blokowisku, jak gąbka chłonąłem od starszych kolegów wszystko, co związane z muzyką. Do połowy gimnazjum rozwijałem się jako fan hip-hopu, żeby od początku liceum zmienić całkowicie styl. Zapuściłem długie włosy i przywdziałem glany na nogi. Szczęśliwie zbiegło się to w czasie z fajnym okresem w Pruszkowie. Mieliśmy bowiem w okolicy kilka naprawdę dobrych, amatorskich kapel, a koncerty w MOK-u, czy liceum Kościuszki pamiętam nadal doskonale 😊

Prywatnie jestem bardzo aktywny fizycznie, a zadbały o to w moim życiu dwie osoby. Pierwsza to mój ojciec, który zawsze troszczył się o to, żeby rozwój umysłowy szedł w parze z fizycznym. Ojciec nauczył mnie pływać, jeździć na rowerze i generalnie zadbał o to, abym potrafił ze sportu czerpać przyjemność. Drugą osobą, która ukształtowała mój sportowy charakter, był trener Capoeiry, którą ćwiczyłem w okresie liceum. Brazylijska sztuka walki z elementami tańca może dla niektórych nie brzmi zbyt porywająco, ale polecam spróbować! Chociażby po to, by wiedzieć, o czym mówię. Nie sama jednak Capoeira jest tu najważniejsza, a postać trenera. Nigdy tego Danielowi nie powiedziałem, ale zaszczepił we mnie takie cechy, które procentują po dziś dzień. Ogromna chwała mu za to.

W moim życiu uprawiałem już całkiem sporą ilość różnych dyscyplin sportowych. W każdej chciałem być najlepszy i katowałem się na treningach, żeby za każdym razem skończyć jako… średniak. To potrafi być naprawdę dołujące. Zbieg pewnych zdarzeń spowodował jednak, że odpuściłem i zmieniłem taktykę. Z tą zmianą podejścia łączy się moja aktualna miłość sportowa, czyli biegi z przeszkodami. Jest to dyscyplina sportu, która coraz mocniej zaznacza swoją obecność na sportowym podwórku. Najbardziej znanym cyklem biegów z przeszkodami jest Runmageddon i to właśnie na Runmageddonie odkryłem, że mogę robić coś fajnego bez sportowego „zarzynania się”. Tak właśnie udało mi się zorganizować akcję, w której zawodnik poruszający się na wózku jako pierwszy w Polsce pokonał 6-kilometrową trasę runmageddonowej formuły Rekrut. Zbudowałem team, dzięki któremu całość zakończyła się sukcesem i pokonaniem wszystkich przeszkód. Tym zawodnikiem był, nie kto inny jak, Artur Świercz, który również gościł w projekcie „Pruszkowiak”. Dumą napawa mnie fakt, że dorzuciłem ogromną cegiełkę do organizacji tego przedsięwzięcia. Razem napisaliśmy nowe karty w historii tego sportu. Jest to dla mnie punkt zwrotny w podejściu do samego siebie, po tylu latach wiem, że nie mam szans zostać zawodowym sportowcem, ale nadal mogę robić coś naprawdę wielkiego.

Moje podejście do sportu ma ogromny wpływ na moje życie prywatne. Jestem uparty i wiele od siebie wymagam, bardzo często za wysoko stawiam sobie poprzeczkę, ale dla mnie zabawa zaczyna się wtedy, kiedy przekraczam jakąś granicę swojego organizmu. To powoduje też, że czasami robię ogromne głupoty, które odbijają się na moim zdrowiu. Jednak zawsze byłem zdania, że wolę sobie coś zrobić na treningu niż siedzieć przed telewizorem. Do tego wszystkiego dochodzi fakt, że ja zwyczajnie nie potrafię usiedzieć na miejscu. Porządek w swoim życiu odnajduję w chaosie, a jeśli coś jest powtarzalne, to szybko zaczyna być dla mnie nudne. Im więcej dzieje się wokół mnie, im więcej ludzi poznaje, im więcej energii daje od siebie innym, tym bardziej czuje się szczęśliwy.

Nazywam się Kamil Nadolny, a mój znak rozpoznawczy to tatuaże i wieczny uśmiech na twarzy.