Kamil Gałka

Kamila Gałka

Pruszkowska historia mojej rodziny sięga czasów prababci, która podczas wojny kupiła kamienice przy Bolesława Prusa. Z kolei dziadek miał stawiać dom w Komorowie, ale trafiła się niepowtarzalna okazja i ostatecznie osiedlił się w Otrębusach. Dopiero jakiś czas później moja mama kupiła mieszkanie w Pruszkowie. I to w tym mieście na świat przyszedłem ja.

Urodziłem się w najwspanialszym jak dla mnie, ’88 roku. Wychowywałem się i przez 26 lat mieszkałem na Wyględówku. Wprawdzie przyszedł taki moment, kiedy postanowiłem poszukać swojego miejsca w Podkowie Leśnej, jednak tęsknota za miastem i znajomymi kątami sprawiła, że po pół roku powróciłem z lokalnej banicji. Jak to mówią: wszędzie dobrze, ale w Pruszkowie najlepiej.

Pierwsze lata edukacji spędziłem w okolicach ulicy Hubala — przedszkole, podstawówka i gimnazjum. Potem, idąc śladami mamy, wybrałem się do technikum architektonicznego na warszawskim Starym Mieście. Jak większość, na studia również poszedłem, ale ich nie skończyłem. Właściwie można powiedzieć, że to był przełomowy moment w moim życiu, bo porzuciłem uczelnię i poszedłem do pracy, a dokładniej uderzałem w remonty. Plan miałem konkretny: nauczyć się fachu i założyć własną firmę. Po czasie okazało się jednak, że to w moim przypadku wcale nie jest takie proste. Zbyt duża dokładność wykonywanych prac sprawiała, że robota szła zbyt wolno. Dopiero kilka lat później trafiłem do lakierni meblowej, gdzie zdobyłem naprawdę ogromną wiedzę. Poczułem też, czym jest praca w chemii i po niezliczoną ilość godzin, a przy okazji odkryłem smykałkę do aerografii. Niestety w Polsce ta technika malowania jest jeszcze mało znana, dlatego tak dla wyjaśnienia: aerograf to mini-pistolet lakierniczy lub mini-spray wykorzystywany do barwienia, lub zdobienia motocykli, ścian, ubrań, tortów, paznokci i w zasadzie wszystkiego, co tylko komu przyjdzie do głowy.

Bardzo szybko utwierdziłem się w przekonaniu, że pogodzenie działalności zawodowej i pasji u mnie się nie sprawdza. Zbyt duża ilość pracy uniemożliwiła mi bowiem malowanie, więc postawiłem wszystko na jedną kartę. Rzuciłem lakiernię i zacząłem malować na zamówienie: motocykle, obrazy, ściany, ale głównym konikiem były t-shirty. Częściowo marzenie z czasów szkolnych o otwarciu sklepu z odzieżą się spełniło. Bycie artystą w naszym kraju nie jest wcale łatwe, ale czułem się spełniony zawodowo. Wszyscy znajomi, widząc moje prace, od początku namawiali mnie, żeby zaczął tatuować. Nie poszedłem na to, a przynajmniej nie od razu. Jakieś 3, może 4 lata trwało, zanim ten pomysł dojrzał w mojej głowie na tyle, by w końcu spróbować. Jak większość początkujących tatuatorów zaczynałem w domu. Obszerne portfolio artystyczne pomogło mi znaleźć grono zainteresowanych. Ich zaufanie przełożyło się na mój szybki rozwój. Wciąż było mi jednak mało. Chciałem doskonalić swój warsztat, a to oznaczało pracę w profesjonalnym studio. Pomyślicie, co za problem dla kogoś z moim doświadczeniem? Sprowadzę was na ziemię. „Za mało na tatuatora, za dużo na praktykanta” usłyszałem nie raz, aż w końcu udało mi się dostać do studia w Warszawie. Nie na długo. Po roku odszedłem i wróciłem na swoje, trzymając w garści decyzję o własnym studio w rodzinnym mieście.

Właśnie tak otworzył się nowy i bardzo ważny dla mnie rozdział w życiu, w którym nie napisałem jeszcze ostatniego zdania. A to wszystko oczywiście w Pruszkowie — w mieście, do którego byłem i jestem mocno przywiązany. To tu pracuję, żyję i mam zgraną paczkę przyjaciół, z którą najczęściej widuję się w studio po godzinach na „spotkaniach biznesowych”
Zapytany o ulubione miejsca, bez wahania odpowiem, że Park Potulickich, gdzie za dzieciaka spędzało się mnóstwo czasu. Teraz, aż miło się robi, gdy przejeżdżam tamtędy rowerem. Z dawnych, ale nieistniejących już miejsc w Pruszkowie, ze szczególnym sentymentem wspominam „HAMBURGERY W ZAKĄTKU”, gdzie na pewno nie tylko ja prosiłem o dodatkową porcję legendarnego sosu. Aktualnie 80% czasu spędzam w studio, czy to w pracy, czy też po. Czasami jednak, dla odmiany, można mnie znaleźć w Komorowie na Kaliszowym Gaju.

A co robię, kiedy nie pracuję?
Ciężko stwierdzić. Zazwyczaj odpoczywam, ale nie za długo, bo wtedy zaczyna mnie nosić. Nie lubię nic nie robić, choć i to czasem mi się zdarza. Kocham tatuować i malować, więc właściwie poświęcam na to każdą wolną chwilę. Kolejnym moim w miarę świeżym zainteresowaniem jest świat whisky. Bardzo ciekawy, a także smaczny temat. Wiele marek ma bardzo ciekawą historię pochodzenia, co w połączeniu z degustacją tworzy fajny klimacik.

O to, jaki jestem prywatnie, najlepiej zapytać moich znajomych. Nie wyprę się tego, że jestem uparty, jak osioł i zawsze chętny pomóc, jeśli ktoś tej pomocy potrzebuje. Przez całe życie idę do przodu jak taran, żeby spełniać marzenia, ale zawsze przestrzegając zasady „karma wita, karma wraca”. Wiem, że każda, czasem nawet błędna decyzja, jaką podjąłem, poprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem teraz.

Kumpelska rada ode mnie? Jeśli macie marzenia, róbcie co w Waszej mocy, żeby jest spełnić. Naprawdę warto.