Kacper Pacak

Nazywam się Kacper Pacak. Urodziłem się w Pruszkowie i w tym mieście mieszkam do dzisiaj. Co ja mogę Wam o sobie opowiedzieć? Chyba nic innego, ponad to, co zdążyli opowiedzieć Wam o sobie moi poprzednicy. Jestem zwykłym, szarym człowiekiem. Pracowałem, studiowałem zaocznie, mam jakieś pasje. Gdyby nie to, że zachorowałem i potrzebuję kosztownego leczenia, które przekracza mój budżet, pewnie nawet byście o mnie nie usłyszeli. Ale nie o tym jest ten tekst. Dostałem szansę, aby się z Wami przywitać i zrobię to najlepiej, jak potrafię.

Wszyscy zaczynają od początku, więc i ja pójdę tą drogą. W Pruszkowie mieszkam razem z rodziną. Moja mama Teresa jest wieloletnią szefową kuchni w SP nr 3. Z kolei mój ojciec Andrzej to zawodowy kierowca. Mam też rodzeństwo — brata Sebka i siostrę Olgę, którzy tak, jak ja pokończyli pruszkowskie szkoły. Dzięki nim jestem wujkiem czwórki urwisów, ponieważ siostra ma dwóch chłopców, brat dwie córki, z czego najmłodsza, Wiktoria, jest moją chrześnicą.
Prywatnie mogę śmiało powiedzieć o sobie: zdeklarowany zwierzolub, a ściślej rzecz ujmując „psiarz”. Aktualnie posiadam bowiem dwa psy, Faraona i Kruszynę, oraz kota Lulka.

W Pruszkowie ukończyłem Szkołę Podstawową nr 8 oraz Gimnazjum nr 3. Jestem także absolwentem Liceum Ogólnokształcące im. Tadeusza Kościuszki, a po roku przerwy kontynuowałem edukację na Akademii Sztuki Wojennej w Rembertowie, wybierając kierunek: logistyka. Byłem na trzecim roku (szóstym semestrze), gdy dowiedziałem się, że choruję. Pomimo trwającego wówczas okresu diagnostyki, udało mi się pozdawać większość egzaminów. Pracy licencjackiej jednak już nie obroniłem.

Zawodową karierę rozpocząłem 4 dni po ostatnim egzaminie maturalnym. Szybko, ale myślę, że wcale nie jestem w tej kwestii wyjątkiem. Poza tym u mnie w domu nigdy się nie przelewało, więc musiałem (i chciałem) wziąć sprawy w swoje ręce. Początkowo pracowałem jako magazynier w trzech różnych firmach, a ponieważ ówczesne zarobki nieszczególnie mnie satysfakcjonowały, ciągle szukałem sposobu na polepszenie swojej sytuacji. Aż trafiłem do mojej ostatniej pracy w korporacji w Duchnicach. Tam również pracowałem najpierw, jako magazynier, ale moi zwierzchnicy bardzo szybko dostrzegli we mnie potencjał i kiedy tylko zwolniło się miejsce na bardziej wymagającym stanowisku, czyli logistic administrator, od razu objąłem wakat.
Z uwagi na to, że w lipcu 2018 roku rozpocząłem leczenie, pracowałem aktywnie jakoś do września. Obecnie jestem po prostu pacjentem, który przez cały okres leczenia miał raptem czteromiesięczną przerwę.

W całym tym bałaganie nie zapominam jednak o moich pasjach. Pierwszą, poważną zajawką od wielu już lat jest lotnictwo. Wyjazdy na pokazy lotnicze do Radomia stały się poniekąd moją tradycją, którą od 2000 roku dzielę z ojcem. Przez wszystkie te lata, nie byłem tylko na jednych; tych, które odbyły się w 2018 roku, a moja nieobecność spowodowana była wówczas słabą pogodą i moim ogólnym, nie najlepszym stanem zdrowia.
Gdzieś w skrytości ducha marzę jednak o tym, by kiedyś zrobić licencję i wyrwać z rzeczywistości tyle czasu, aby móc w pełni realizować moją wielką pasję. Pasję, która na razie jest wielkim, niezrealizowanym marzeniem. Czy mi się uda? Zobaczymy.

Lotnictwo to jednak nie wszystko. Wolne chwile chętnie spędzam w towarzystwie znajomych, a kiedy akurat się nie spotykamy, gram na konsoli. Jestem zapalonym graczem i przyznaję się bez bicia. Granie pozwala mi, choć na chwilę odciąć się od stresu i problemów. Gdy mam doła, którego nie jestem w stanie w ten sposób zakopać, to zdarza mi się po prostu wsiąść do mojego ultraszybkiego samochodu o mocy całych 90 koni mechanicznych, jeździć w kółko bez celu i na całe gardło śpiewać piosenki z radia. Nietypowe, ale pomaga – wierzcie mi. Głęboko zakorzeniony we mnie duch rywalizacji, który właśnie dyskretnie się roześmiał, chętnie się z Wami o to założy 🙂

Pruszków znam na wylot. Na przestrzeni lat wiele się w tym mieście zmieniło. Okolica się rozwinęła, w pewien sposób rozrosła, jednak są takie rzeczy, które mimo upływu czasu pozostają nieśmiertelne, jak chociażby szare bloki z wielkiej płyty. Pruszków ma swoje wady, ale to jest moje miasto – ojczyzna lokalnego patrioty, którym się czuję. Od lat obserwuję i czasami również wspieram z trybun basket Pruszków. Mam nawet swój szalik i koszulkę. W samym mieście bardzo podoba mi się natomiast ilość parków (nie licząc Parku Żwirowisko, który darzę najmniejszą sympatią) i zieleni. W porównaniu z innymi miastami tej wielkości, mamy jej naprawdę sporo. Myślę jednak, że największą bolączką miasta jest nagły wzrost osób zmotoryzowanych. Brak miejsc parkingowych w kluczowych miejscach, zły stan techniczny ulic czy brak przepraw na drugą stronę, to coś, co dzisiaj wzbudza moją irytację. Może z czasem i to się zmieni.