Justyna Anna Mrozowska

Nazywam się Justyna Anna Mrozowska. Mam 35 lat, dwa koty, u których kątem mieszkam i trudny charakter.
Urodziłam się w Sejnach, gdzie spędziłam dziecięce lata głównie na kłótniach z rodzeństwem — dwoma starszymi braćmi i jedną młodszą siostrą. Ten, kto ma rodzeństwo, doskonale rozumie, o czym piszę, ale nie zawsze było dramatycznie. Najstarszy brat był moim opiekunem, nieustannie stawał w mojej obronie i nie miał problemu z tym, by zabrać mnie do wspólnej zabawy ze swoimi kolegami. Z drugim bratem przeważnie odrabiałam lekcje i walczyłam na poduszki, pod nieobecność mamy, rzecz jasna. Z kolei siostra jest ode mnie młodsza o sześć lat, więc całe dzieciństwo spędzałam na notorycznych ucieczkach od niej. Wtedy była moim utrapieniem, łaziła za mną niczym ogon, a potem kablowała rodzicom. Dzisiaj jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. Wspiera mnie najmocniej na świecie i wiem, że zawsze pomoże mi w kłopotach. Podobnie, jak Mama, która stoi przy mnie niczym Anioł Stróż. Gdy byłam dzieckiem i chorowałam, niestrudzenie czuwała przy moim łóżku, a teraz jest najlepszą babcią dla moich dzieci oraz kotów. Wystarczy jeden telefon i nie pytając o nic, babcia wsiada w pociąg.

W Sejnach kręciło się całe moje życie. Tam chodziłam do szkoły podstawowej i ukończyłam liceum ogólnokształcące. W tym mieście mieszkała moja ukochana babcia — jedyna, jaką miałam. Nie było mi bowiem dane poznać reszty dziadków i myślę, że to właśnie dlatego łączyła mnie z Nią tak silna, wyjątkowa więź. Zawsze, gdy coś się działo, uciekałam właśnie do niej.
W Sejnach rozwijałam również moją wielką pasję, jaką swego czasu była siatkówka. Moje pierwsze spotkanie z piłką doskonale pamięta pani Ewa od WF-u. Sprawiła, że pokochałam ten sport i kontynuowałam go w szkole średniej, grając w reprezentacji szkoły pod skrzydłami trenera Karola. Życie bywa jednak przewrotne i zweryfikowało moje zamiłowanie do siatkówki. Musiałam pożegnać się z piłką i strojem, ale myślę, że tak właśnie miało być. Coś musiało się skończyć, by coś innego mogło się rozpocząć.

W końcu to właśnie w Sejnach urodziła się moja starsza Córka, z którą dziesięć lat temu, za sprawą mojego obecnego męża, przeniosłyśmy się do Pruszkowa. I to w Pruszkowie rozpoczął się kolejny, trwający do dzisiaj rozdział mojego życia. W tym mieście uwiliśmy sobie gniazdko, tu poznałam wspaniałych ludzi, między innymi niezastąpioną piątkę Lejdys, i to tu przyszła na świat nasza młodsza Córka — pruszkowianka z krwi i kości.
W Pruszkowie czuję się dobrze. Uwielbiam park Potulickich, długie spacery urokliwymi alejkami i przesiadywanie na ławkach między drzewami. Co najważniejsze ciągle poznaję to miasto, uczę się o nim czegoś nowego, a dzięki projektowi PRUSZKOWIAK miałam okazję poznać tutejszych mieszkańców. Pruszków obserwuję od wielu lat. Podoba mi się to, że miasto wspiera młodych ludzi, że jest tu miejsce na wolontariat i pomoc zwierzętom. Zwłaszcza że sama mam do nich ogromną słabość, szczególnie do kotów. Mam dwa.
Pierwszego Filemona przyprowadził Mąż ze starszą Córką i do dzisiaj jest jego pupilkiem. Z kolei Rudego spotkaliśmy na ulicy — mały, brudny i chory. Zapadła szybka decyzja „zabieramy go do domu”. Z tyłu głowy majaczyła myśl, że przecież jest już jeden kot, że Mąż mnie wydziedziczy, ale biedak nas potrzebował. No i został. Czasem się zastanawiam czy koty mieszkają u nas, czy jednak My u kotów. Pocieszam się, że to odwieczny dylemat właścicieli tych charakternych zwierząt.

Z wykształcenia jestem „łapówkarzem”. No, dobra, nie do końca. Muszę sprostować, bo wyjdzie z tego jakaś mafijna historia rodem z pruszkowskiej dzielnicy. Nie mając zbytnio pomysłu na studia, wybrałam administrację bezpieczeństwa publicznego w Suwałkach, a ponieważ lubiłam czytać kodeksy, wybór tematu pracy licencjackiej, nie był trudny — łapówki 🙂 Teraz rozumiecie? Obecnie zawodowo niewiele odbiegam od tematu. Wciąż mam styczność z finansami, tyle że w nieco innym kontekście — pracuję w windykacji, koncentrując się głównie na klientach firm.

Prywatnie jestem pedantyczna, szybko się wzruszam i dzielę ciało z intruzem — zdiagnozowaną Fibromialgią. Chorobą nieznaną i bardzo trudną, która funkcjonuje jak zatrute jabłko, na zewnątrz człowiek wygląda na zdrowego, a w środku wszystko przestaje działać, jak należy.
Prócz tego, że jestem Żoną i Matką, jestem również wielką fanką Backstreet Boys (od jakichś 20 lat), na dodatek nieszczęśliwie zakochaną pierwszą młodzieńczą miłością w AJ. Marzenie o byciu na ich koncercie miało się nigdy nie spełnić, ale spełniło się! 24 czerwca widziałam ich na żywo, a to wszystko dzięki Mężowi i mojej wspaniałej przyjaciółce. Niezapomniana przygoda. Marzenie odhaczone. Kolejne na liście, to drugi tatuaż. Je również spełnię. Kiedyś.

Mówią, że ludzie się nie zmieniają, jestem jednak doskonałym dowodem na to, że jest wręcz odwrotnie. Czasem wystarczy chwila, by odmienić czyjeś życie, zmienić ocenę drugiego człowieka i spojrzenie na świat. W to wierzę.