Jarosław i Jakub Wolcendorf

Jesteśmy braćmi. I choć wielu sądzi, że bliźniakami, to jednak różnica wieku między nami jest znaczna, bo 4 lata. Urodziliśmy się na Śląsku. Tam spędziliśmy pierwsze lata swojego życia i poznaliśmy smak sportu, a doskonałe zaplecze w tym zakresie zapewnili nam rodzice-lekkoatleci. W okresie naszego dzieciństwa nieustająco uprawiali sport, więc większość czasu spędzaliśmy z nimi na stadionie sportowym. Jak zatem głosi stare porzekadło: „czym skorupka za młodu…” , zamiłowanie do aktywnego spędzania czasu było w nas pielęgnowane od najmłodszych lat. Jako dzieciaki próbowaliśmy swoich sił w lekkiej atletyce, koszykówce i kolarstwie. Ostatecznie przy tej dyscyplinie pozostaliśmy do dziś, choć początki były dość niepozorne.
Mieszkając jeszcze w Zabrzu, mieliśmy jedno ulubione miejsce, zwane Placem Kopernika – podłoże wyłożone kostką, praktycznie żadnych samochodów i proporcje godne stadionu. Pod względem przestrzeni dawało więc całkiem sporo możliwości, szczególnie młodym chłopakom z nadmiarem energii. Właśnie tam organizowaliśmy sobie wyścigi na rowerach pożyczonych od kolegów, którym ktoś akurat przywiózł dwukołowiec prosto z Niemiec. Tak wspominamy naszą pierwszą rowerową zajawkę. Zabawa była świetna i nie zniechęcały nas ani liczne otarcia i siniaki, ani bolesne upadki czy tuzin wywrotek.
W okresie nastoletnim, gdy na stałe przenieśliśmy się do Brwinowa, mieliśmy jeszcze krótki epizod z koszykówką. Na treningi jeździliśmy wówczas na MOS, rzecz jasna na rowerach. Niestety koszykówka okazała się dla nas inwazyjnym sportem, a kontuzje, które dość często się odnawiały, wykluczały nas z gry na długi czas. Wtedy najlepszym lekarstwem na urazy była właśnie jazda na rowerze. W tej chwili nawet trudno się zorientować, kiedy kolarstwo całkowicie przejęło stery w tej sferze naszego życia i stało się stałym jego elementem.
Od tamtej pory wiele eksperymentowaliśmy, sprawdzaliśmy różne style, poznawaliśmy tę dyscyplinę od przysłowiowej podszewki i wypracowaliśmy własny kolarski gust. Na obecną chwilę naszym ulubionym rodzajem kolarstwa jest Cyclocross, zwany też kolarstwem przełajowym. Ta odmiana jest specyficzna ze względu na sezon trwający od października do połowy stycznia, co trzeba przyznać, jest nietypowe, jak na jazdę rowerem. Startujemy z sukcesami w zawodach ogólnopolskich, ale również w Mistrzostwach Europy i Mistrzostwach Świata. Nie będzie więc żadnym nadużyciem stwierdzenie, że sport odgrywa w naszym życiu dużą rolę. Pomaga zorganizować czas, ale przede wszystkim daje dużo pozytywnej energii nawet zimą, kiedy za oknem buro i mokro. Trenujemy codziennie, zawsze wcześnie rano, przed pracą. Z kolei weekendy to w naszym przypadku miks pracy i pasji — w soboty działamy zawodowo, natomiast niedziele zazwyczaj spędzamy na zawodach. Po treningu spotykamy się w „Pracowni Rowerowej Jakoobcycles”, gdzie spędzamy większość dnia, pracując przy… rowerach. I tak to się kręci.
Pierwszy sklep rowerowy – „Roxer”, założyliśmy i prowadziliśmy w Pruszkowie wspólnie z kolegą Pawłem, w pasażu handlowym przy ulicy Wojska Polskiego. Były to lata 90. „Roxer” był wówczas jedynym takim punktem, poza Warszawą, który zaczął nadążać za standardami dużych miast. Sprzedawaliśmy tam ekskluzywne jak na owe czasy marki Univega oraz GT. Kilka lat później zdecydowaliśmy się na samodzielny biznes, który przenieśliśmy do Brwinowa. Obecnie „Pracownia Rowerowa Jakoobcycles” nadal znajduje się w Brwinowie, gdzie już ponad 20 lat zajmujemy się rowerami — sprzedajemy je, serwisujemy, składamy i wykonujemy też renowacje rowerów zabytkowych. Dla nas rower to nie tylko kawałek metalu czy karbonu. Do każdego zlecenia podchodzimy indywidualnie, bo jak mówi nasze doświadczenie, każdy egzemplarz jest inny, z każdym współpracuje się inaczej, każdy wymaga też innego podejścia. W swojej pracy zawsze stawiamy przede wszystkim na jakość, nie ilość. I to motto przyświeca nam każdego dnia.
Mimo że nasza codzienność skupia się głównie w Brwinowie, w którym wraz z rodzinami mieszkamy od paru ładnych lat, to Pruszków z wiadomych względów jest nam równie bliski. To miasto na przestrzeni ostatnich dwóch dekad bardzo się zmieniło. Kiedyś było w nim zdecydowanie ciszej i spokojniej, dookoła panowała większa pustka, którą z roku na rok zapełniają teraz kolejne nowoczesne budynki mieszkalne, a pociągi jeździły jakoś wolniej, choć to akurat pewnie tylko złudzenie. Nam miasto zawsze kojarzyć się będzie przede wszystkim z „Fabryką Ołówków”, zakładem przemysłowym „ZTS Plastyk”, gdzie produkowali skalowane modele samolotów i śmigłowców, oraz z zapachem chloru, który uderzał w podróżnych wysiadających z pociągu na stacji PKP. W Pruszkowie są jednak takie miejsca, które nie zmieniły się pomimo upływu czasu — wąskie ścieżki rowerowe, jakie znają tylko ludzie pochodzący stąd. Zaczynają się od Podkowy Leśnej, wiodą przez zalesiony Komorów i prowadzą aż do Pruszkowa, a tam można już krążyć, krążyć i krążyć. Istny raj dla zapalonych rowerzystów — sprawdziliśmy!